piątek, 26 kwietnia 2024

Fundusz Kościelny: likwidacja i... co w zamian?

 

                        Fundusz Kościelny: likwidacja i… co w zamian?

 

 

Wstęp

 

Rządząca od 13 grudnia 2023 r. w Polsce koalicja za jeden z celów postawiła sobie reformę stosunków Państwa z Kościołem (katolickim), co skądinąd musi się w jakimś stopniu – a to z uwagi na konstytucyjną zasadę równouprawnienia wyznań – odbić na sytuacji wszystkich społeczności wyznaniowych w RP. Zresztą działania zamierzone przez rządzących jako skierowane wobec Kościoła katolickiego – a nawet ściślej: rzymskokatolickiego – mogą w ostatecznym rezultacie przynieść skutki bardziej znaczące właśnie dla mniejszości wyznaniowych. Weźmy np. pomysł zredukowania płatnych z budżetu lekcji religii z 2 do 1 godz. tygodniowo, przy zachowaniu zasady udostępniania pomieszczeń szkolnych dla nauki religii (nawet z możliwością organizacji drugiej godziny nauki – ale już płatnej ze środków danego wyznania). Dla wyznań mniejszościowych, powiedzmy sobie szczerze, „religia w szkole” jako taka nie jest największą wartością, ponieważ nauka religii w ich przypadku i tak odbywa się przeważnie w ramach tzw. zespołów międzyszkolnych, w pomieszczeniach danego wyznania. Natomiast fakt opłacania nauczycieli religii z budżetu ma dla wyznań mniejszościowych o wiele istotniejszą wagę, niż dla wprawdzie tracącego wciąż wiernych, ale wciąż potężnego Kościoła rzymskokatolickiego. Utrata połowy tych wpływów dotkliwie uderzy w mniejszościowe finanse – także i w finanse niejednej parafii greckokatolickiej. Podobnie zresztą wiele posunięć i regulacji w teorii nie związanych z problematyką religijną może poważnie wpłynąć na pozycję materialną wspólnot wyznaniowych. Ogólny stan gospodarki, to czy ludzie będą en masse bogacić się czy biednieć, różne regulacje szczegółowe (np. wpływające na ceny energii – a zatem pośrednio na ceny wszystkiego, jako zależne od cen energii), dla nas zaś konkretnie – losy wojny w Ukrainie i napływ (bądź też przeciwnie – odpływ) imigrantów stamtąd. W tej sytuacji wydaje się, że zwrócenie uwagi naszego laikatu na finansowo-gospodarcze aspekty funkcjonowania Kościoła jest jak najbardziej aktualną kwestią. W tej zaś dziedzinie przyszłość Funduszu Kościelnego, co do potrzeby likwidacji którego istnieje zasadnicza zgoda, a przedmiotem sporu jest jedynie sposób dokonania tejże likwidacji – wydaje się być szczególnie predestynowaną do podjęcia nad nią namysłu w środowisku greckokatolickim. Oczywiście, możemy uznać, że uplasowanie nas przez ustawodawstwo polskie w ramach Kościoła katolickiego zwalnia nas od potrzeby refleksji czy tym bardziej działań w tej materii: niechże łaciński „Wielki Brat” ustali sobie z Rządem RP, jak to ma wyglądać, a my to przyjmiemy i tyle. Być może tak właśnie będzie, i wcale nie znaczy to, że narzucone nam w ten sposób rozwiązanie będzie najgorszym z możliwych. Wydaje się jednak, że samo podjęcie refleksji ma istotną wartość.

 

Czym jest Fundusz Kościelny?

 

                 Formalną podstawą istnienia Funduszu jest  ustawa z dnia 20 marca 1950 r. o przejęciu przez Państwo dóbr martwej ręki, poręczeniu proboszczom posiadania gospodarstw rolnych i utworzeniu Funduszu Kościelnego (Dz. U. 1950, nr 9, poz. 87). Od owej formalnoprawnej strony ustawa ta nie była jakimś bezprecedensowym rozwiązaniem. Przeciwnie, problem tzw. dóbr martwej ręki stanowił przedmiot troski władz świeckich już od późnego średniowiecza! Rzecz w tym, że w ówczesnym ustroju stanowym nieruchomości ziemskie, gdy już raz trafiły w ręce instytucji kościelnej, stawały się praktycznie wyłączone z obiegu cywilnoprawnego. Co Kościół otrzymał, to już trzymał i nie puszczał – tak mniej więcej, jak nieboszczyk w swej stężałej dłoni. Stąd właśnie pojęcie „dóbr martwej ręki”, których nie wolno było alienować – czyli zbyć komuś innemu. Powodowało to ciągły wzrost udziału ziemi kościelnej w ogólnym areale, a w czasach, gdy posiadłości Kościoła zwolnione były z podatków – spadek przychodów budżetu. Za Władysława IV szlachta próbowała wręcz wystarać się w Rzymie o zakaz nabywania przez Kościół dóbr ziemskich, „aby Polska nie obróciła się w kapłańskie królestwo”.

              Pomysł, jak przejąć część dóbr kościelnych w sposób, który jednocześnie „wyjmował” je z owej „martwej ręki”, ale też nie był prostą grabieżą, a przy tym stanowił narzędzie uzależnienia Kościoła od państwa – pojawił się w czasach Oświecenia. Na ziemiach eparchii przemyskiej, należącej od 1772 r. do monarchii habsburskiej, ów pomysł przyjął postać Funduszu Religijnego, utworzonego przez cesarza Józefa II ze skonfiskowanych posiadłości skasowanych zakonów (tych, które nie mogły się wylegitymować „użyteczną społecznie” aktywnością w dziedzinie nauki, oświaty, lecznictwa czy dobroczynności). Fundusz ten później podzielono zresztą na osobne Fundusze dla poszczególnych krajów koronnych, w tym i Galicyjski. Z naszego, grekokatolików, punktu widzenia, utworzenie józefińskiego Funduszu Religijnego, który rzeczywiście wspierał (nie bezinteresownie, bo wymagając  w zamian lojalności i współpracy) Kościół, miało znaczenie o tyle istotne, że stanowiło potężny transfer środków od Kościoła łacińskiego do nas. W ten sposób Fundusz stał się (obok przymusu studiów teologicznych, zrównanych z uniwersyteckimi, dla kandydatów do kapłaństwa) narzędziem realnego zrównania praw i statusu katolików tradycji bizantyjskiej z łacinnikami.

                      Fundusz Kościelny w wydaniu bierutowskim tworzony był teoretycznie z podobnych powodów, „celem usunięcia pozostałości przywilejów obszarniczo-feudalnych w dobrach martwej ręki oraz celem materialnego zabezpieczenia duchowieństwa”. Konfiskować miano wszystkie dobra poza gospodarstwami rolnymi parafii (do 50 ha, zaś w woj. śląskim, pomorskim i poznańskim – do 100 ha), a dochód ze skonfiskowanej ziemi miał być przeznaczony „na cele kościelne i charytatywne”. Ziemię odbierano nie tylko katolikom, ale i prawosławnym oraz innym wyznaniom posiadającym nieruchomości ziemskie. Ustawa z 1950 r. nie objęła natomiast grekokatolików, jako uznanych za wspólnotę zanikłą w związku z wysiedleniami ludności ukraińskiej do Związku Sowieckiego; nieruchomości greckokatolickie podlegały przejęciu przez Skarb Państwa na mocy przepisów wcześniejszych, w szczególności dekretu z dnia 5 września 1947 r. o przejściu na własność Państwa mienia pozostałego po osobach przesiedlonych do ZSRR (Dz.U. 1947 nr 59 poz. 318).

                   Ustawa z 1950 r. uchwalona została nie w państwie normalnym, a w komunistycznej Polsce – i utworzony na jej postawie Fundusz aż do końca 1989 r., wbrew jej formalnym zapisom, służył głównie finansowaniu celów poza- i antykościelnych. Środki Funduszu były zupełnie oderwane od ewentualnych dochodów z przejętej ziemi, była to czysta dotacja budżetowa.

                Dopiero wskutek uchwalenia tzw. „ustaw majowych” (17.V.1989) Fundusz zaczął działać mniej więcej zgodnie z pierwotnymi założeniami. Głównym celem wydatkowania środków stała się częściowa refundacja składek emerytalno-rentowych osób duchownych (w bardzo szerokim rozumieniu, obejmującym również zakonnice i braci zakonnych bez święceń). Jako to wygląda w praktyce? Otóż czynny duchowny, jeśli nie podlega ubezpieczeniu społecznemu z innego tytułu (jako pełnoetatowy pracownik, oficer WP czy SG w służbie czynnej itp.), płaci co miesiąc składki na ZUS i NFZ od podstawy równej pensji minimalnej brutto; w I półroczu 2024 r. jest to kwota 4242 zł. Składka emerytalna wynosi łącznie 828 zł. 04 gr., z czego sam duchowny wpłaca 165 zł. 61 gr., a brakujące 662 zł. 43 gr. przekazuje ZUS-owi Fundusz Kościelny. Składka rentowa to 339 zł. 36 gr., przy czym duchowny uiszcza 67 zł. 87 gr., a Fundusz Kościelny 271 zł. 49 gr. Ubezpieczenie wypadkowe to 70 zł. 84 gr., duchowny osobiście płaci 14 zł. 17 gr., zaś 56 zł. 67 gr. wpłaca zań Fundusz. Całkowicie samodzielnie opłaca duchowny składkę zdrowotną (na rzecz NFZ) w kwocie 381 zł. 78 gr. oraz – jeśli się na to zdecyduje – dobrowolne ubezpieczenie chorobowe (na rzecz ZUS-u) w wysokości 103 zł. 93 gr. miesięcznie. Podsumowując: sam duchowny co miesiąc wpłaca do ZUS-u 629 zł. 43 gr. (a jeśli płaci składkę chorobową, to 733 zł. 36 gr.), natomiast Fundusz za tegoż duchownego przekazuje temuż ZUS-owi 990 zł. 59 gr. Duchowny tych pieniędzy nie ogląda (chyba że na swym koncie ubezpieczonego w pue.zus.pl), są one przekładane z jednej państwowej kieszeni do drugiej, a duchowny ma z nich ten ewentualny pożytek, że – jeśli dożyje – otrzyma emeryturę (a w przypadku inwalidztwa – rentę) w takiej wysokości, jak gdyby osobiście płacił pełne składki od postawy równej pensji minimalnej. Dodam, że o ile wiem, dobrodziejstwa dopłat z Funduszu kończą się w momencie osiągnięcia przez duchownego ustawowego wieku emerytalnego (65 lat dla mężczyzn), mimo że np. w Kościele katolickim kanoniczny wiek emerytalny duchownych to 75 lat (może być on lokalnie obniżany, np. w archidiecezji lubelskiej jest to lat 70), a systemie emerytur kapitałowych opłacanie składki przez dalsze 10 lat skutkowałoby znacznym wzrostem późniejszych wypłat emerytalnych (z racji większego kapitału zgromadzonego na koncie oraz… mniejszej liczby lat przewidywanego życia).

               W niektórych latach Fundusz dotował również remonty zabytków sakralnych oraz kościelną działalność charytatywno-opiekuńczą, tego typu wydatki były jednak niewielką częścią budżetu Funduszu.

            Należy podkreślić, że z dobrodziejstw Funduszu mogą korzystać na równych zasadach wszystkie legalnie istniejące w Polsce wyznania w ogólnej liczbie 185, z których znakomita większość w 1950 r. w ogóle nie istniała i żadnych nieruchomości wówczas nie utraciła. Co prawda Fundusz nadal pozostał czystą dotacją budżetową bez związku z ew. dochodami ze skonfiskowanej ziemi, tym niemniej konfiskata owa była faktem i formalną podstawą zaistnienia Funduszu.

                Fundusz Kościelny w obecnym kształcie jest dość dziwaczną hybrydą rozwiązań józefińskich i komunistycznych – i pogląd, że „coś trzeba z nim zrobić” jest dość powszechny. Ale co mianowicie?

 

O czym trzeba pamiętać

 

             U podstaw wszelkich przyszłych rozwiązań winno się znaleźć rozróżnienie na 2 osobne zagadnienia.

             Pierwszym jest kwestia rekompensaty za zagarnięte przez komunistów ziemie, budynki, inwentarz żywy i martwy. Z natury rzeczy dotyczyć to może jedynie tych społeczności wyznaniowych, którym rzeczywiście coś zabrano.

             Drugim jest problem, na ile we współczesnym państwie polskim możliwe jest wspieranie ze środków publicznych działalności religijnej. Rzecz jasna, model polski stosunków państwa ze wspólnotami religijnymi zaliczamy do typu zwanego „separacją przyjazną” – a nawet w państwach reprezentujących model „separacji wrogiej” zdarza się finansowanie przez państwo duszpasterstwa wojskowego, remontów i konserwacji zabytków sakralnych itp. Tym bardziej w warunkach „separacji przyjaznej” dziwić nie może łożenie ze środków publicznych na zabytki kościelne, na praktyczną realizację prawa obywateli do wolności religijnej (finansowanie kapelanów czy lekcji religii), wreszcie na prowadzoną przez kościelne podmioty działalność edukacyjną czy charytatywną (na zasadach takich, jak i dla innych podmiotów niepublicznych realizujących takie zadania). Tu jednak chodzi o coś innego – o przekazanie z budżetu środków bezpośrednio do dyspozycji poszczególnych wspólnot wyznaniowych; taki byłby istotny sens dyskutowanego od ponad 10 lat rozwiązania – tzw. asygnaty podatkowej na rzecz związków wyznaniowych, podobnej do odpisu 1 % (obecnie 1,5 %) podatku na organizacje pożytku publicznego. To zagadnienie dotyczy wszystkich wyznań – poza tymi, które z góry odrzucają udział w takim systemie (są takie!).

             My, grekokatolicy, musimy oprócz tego uwzględnić i nasze partykularne uwarunkowania. Po pierwsze: nam w 1950 r. już niczego nie zabierano, wszystko zostało zabrane wcześniej. Nie powoduje to bynajmniej utraty przez UKGK tytułu do odszkodowania, ponieważ w ramach postępowań regulacyjnych nie oddano nam bynajmniej wszystkiego. Z drugiej strony pamiętać trzeba, że część naszych nieruchomości lege artis (por. art. 60 ust. 1 pkt 1 i art. 61 ust. 1 pkt 1 ustawy z dnia 17 maja 1989 o stosunku Państwa do Kościoła Katolickiego w PRL/RP) przejęły jednostki organizacyjne Kościoła łacińskiego.

           W tym właśnie momencie napotykamy się na uwarunkowanie nr 2: w ustawodawstwie polskim nadal jesteśmy częścią monolitu pn. „Kościół Katolicki w RP”. Oczywiście państwo przyjmuje do wiadomości podział na „obrządki”, poza tym osobowość prawna naszej Metropolii nie ulega kwestii. Tym niemniej pozostaje w mocy dylemat: czy winniśmy starać się o własny model rozwiązania problemu Funduszu (w tym celu wypadałoby chyba „ożywić” istniejący formalnie bodajże od 2010 r., lecz dotąd w istocie martwy, Zespół do spraw Kościoła Katolickiego w RP obrządku bizantyjsko-ukraińskiego) – czy też przyjąć model wypracowany na drodze negocjacji Konferencji Episkopatu Polski z Rządem RP? A jeśli wybieramy wariant drugi, to czy winniśmy starać się forsować nasz pogląd i interesy w łonie strony kościelnej, czy pasywnie przyjąć to, co zostanie ustalone?

 

               Asygnata podatkowa – rozwiązanie oczywiste?

 

             W debacie publicznej „króluje” pomysł, by dotacje budżetowe z Funduszu Kościelnego zastąpić dobrowolnym odpisem od podatku dochodowego od osób fizycznych. Pamiętać należy, że pomysł ten pojawił się już ponad 10 lat temu, również za premierostwa Donalda Tuska, i doczekał się nawet wstępnego projektu ustawy, który jednakże nie podobał się w pełni ani stronie rządowej, ani kościelnej (katolickiej), a przez niektóre wyznania mniejszościowe – z Kościołem prawosławnym na czele – został formalnie oprotestowany i do Sejmu nigdy nie trafił.

              Wstępny wariant takiego rozwiązania polega na tym, by obok dawnego 1 % (obecnie 1,5 %) podatku na organizacje pożytku publicznego można by było przekazywać jakiś procent należnego podatku także na różne wyznania (są nb. takie – mało znane i liczebnie znikome - które z tego korzystać nie chcą). Jaki byłby to procent, jest kwestią do ustalenia.

            Wady takiego rozwiązania są oczywiste.

1)    Jest ono ściśle związane z podatkiem od dochodów osobistych, który nie jest czymś nienaruszalnym – mógłby np. zostać zastąpiony postulowanym swego czasu przez „Porozumienie Jarosława Gowina” podatkiem od funduszu płac (co m.in. zakończyłoby absurdalne opodatkowanie płac w budżetówce na rzecz budżetu).

2)    Jak każde tego typu rozwiązanie tworzy pewną zależność Kościołów od państwa – przyzwyczaja do korzystania z państwowego wsparcia, w jakiejś części od niego uzależnia, co w czasach, gdy górę w społeczeństwie biorą prądy wrogie lub obojętne wobec religii czy konkretnie chrześcijaństwa – jest potencjalnie groźne. Takie wsparcie może być zabrane, groźba zabrania może być wykorzystana do wywierania wpływu na Kościół itd.

3)    W obecnej sytuacji polskiej pamiętać należy, że całkiem sporo ludzi albo nie płaci PIT w ogóle (rolnicy, osoby do 26 l.), albo też z racji niskich dochodów (m.in. wielu emerytów i rencistów) nie są nim objęci de facto. Ostatnie zwiększenie kwoty wolnej do 30 tys. złotych rocznie powoduje, że nawet ci, którzy osiągają dochody wyższe, mają niewielki tzw. podatek należny do zapłacenia, a co za tym idzie – potencjalny „jakiś procent” również nie wyniesie w ich przypadku wiele. Nie wiadomo, czy ziści się obietnica wyborcza o podniesieniu kwoty wolnej do 60 tys. – gdyby tak się stało, problem się drastycznie powiększy: jeszcze więcej podatników „zejdzie pod próg” i nie będzie miało podatku należnego lub będzie on bardzo niewielki.

4)    Rozwiązanie to niewątpliwie odbiłoby się mocniej na sytuacji finansowej wyznań mniejszościowych, niż na sytuacji Kościoła rzymskokatolickiego. Nie dziwi w tym kontekście stanowczy protest PAKP wobec projektu sprzed ponad 10 lat – protest, który był jedną z ważniejszych przyczyn odłożenia projektu ad acta.

 

 

Rekompensata?

 

           Podczas organizowanych pod egidą KAI konferencji na temat modeli finansowania związków wyznaniowych i dalszych losów Funduszu Kościelnego reprezentujący Kościół rzymskokatolicki prawnicy podkreślali potrzebę pewnego rodzaju „podsumowania” czy „rozliczenia” Funduszu Kościelnego: obliczenia, ile zabrano i ile zwrócono (w tej mierze istnieje cenne opracowanie ks. prof. Dariusza Walencika z Uniwersytetu Opolskiego), i ile przez te lata istnienia Funduszu realnie wypłacono związkom wyznaniowym, których ziemie uległy konfiskacie. Pojawiają się również głosy (np. dra Łukasza Bernacińskiego) by pójść drogą czeską – i problem Funduszu rozwiązać na drodze zwrotu zabranych, a nie oddanych jeszcze gruntów w naturze lub w ekwiwalencie pieniężnym, kończąc jednocześnie na przyszłość ze wspieraniem działalności religijnej z budżetu (nie dotyczyłoby to rzecz jasna finansowania remontów zabytków, opłacania kapelanów czy katechetów itp.).

             Rozwiązanie to miałoby niewątpliwą zaletę – przywracając elementarną sprawiedliwość, kończyłoby jednocześnie z wątpliwym dla wielu budżetowym finansowaniem duchowieństwa (co prawda pośrednio, przez refundację części składek ZUS).  Oczywiście dla większości wyznań w Polsce byłaby to czysta strata – straciłyby owo dofinansowanie do składek, nie uzyskując w zamian niczego. Oczywiście, restytucja nie oznacza automatycznie zakazu wprowadzenia systemu asygnaty podatkowej, czy to dla wszystkich wyznań, czy tylko dla tych, które nie brały udziału w procesie restytucji. Asygnata podatkowa dla tych na ogół malutkich wspólnot nie miałaby jednak w praktyce żadnego znaczenia.

 

 

            Korekta i kontynuacja?

 

           Jest to rozwiązanie, którego nie promuje chyba nikt, ale że jest możliwe, należy dla porządku o nim wspomnieć. Jest to niejako powrót do korzeni Funduszu – który miał przekazywać dochody z zabranych gruntów na rzecz wyznań, którym owe grunty zabrano. Należałoby określić, ile danemu Kościołowi zabrano, a nie zwrócono, następnie przeliczyć to na hektary przeliczeniowe i co roku wypłacać Kościołowi kwotę będącą iloczynem ilości hektarów przeliczeniowych i współczynnika dochodowości z 1 ha przeliczeniowego.

           W takim wariancie większość wyznań współcześnie istniejących również by niczego nie zyskała, a straciła dotacje dotychczasowe. System stałby się sprawiedliwszy, bo finansowano by tylko tych, którym się to z założenia należy. Dawałby również gwarancję pewnego stałego, rewaloryzowanego dochodu przez wiele (?) lat, zamiast wypłaty rekompensaty jednorazowej, która nawet jeśli bardzo duża, mogłaby zostać „zjedzona” przez inflację czy roztrwoniona przez nieudolne inwestycje.

              Niestety, wariantu tego nikt nie proponuje, a poza tym byłby on, tak jak i asygnata podatkowa, w dalszej perspektywie narażony na utratę w razie radykalnych zmian klimatu politycznego.

        

                   Z naszej greckokatolickiej perspektywy

 

            Zakładając (dość optymistycznie!), że mamy możliwość wyboru pomiędzy rozwiązaniem „autonomicznym”, własnym, przez nas samych wynegocjowanym z Rządem, a modelem „ogólnokatolickim”, wynegocjowanym z tymże Rządem przez reprezentantów KEP (umocowanych prawnie przez Stolicę Apostolską, zgodnie z art.  27 i 22 ust. 2 Konkordatu z 1993 r.) – przyjąć musimy założenie wstępne następującej treści: asygnata podatkowa opłacić się nam może finansowo wtedy i tylko wtedy, gdy przyjmiemy model „ogólnokatolicki”. Podkreślam te dwa słowa: może i finansowo.

              Skąd takie założenie? Ano stąd, że w modelu „autonomicznym” stajemy się z miejsca jednym z wyznań mniejszościowych, co prawda jak na Polskę sporym, ale nie największym bynajmniej. Oczywiście model asygnaty podatkowej zakłada dobrowolne deklaracje podatników na rzecz konkretnego wyznania (czyli teoretycznie nawet 100 % podatników mogłoby zadeklarować wsparcie akurat Kościoła greckokatolickiego), ale wszyscy przecież wiemy, że ten kij ma i drugi koniec, a mianowicie możliwość nie tylko deklarowania wsparcia dla UKGK przez podatników nie będących grekokatolikami, ale i odwrotnie – braku takich deklaracji ze strony grekokatolików (z różnych przyczyn). Znając życie można się obawiać, że bardziej prawdopodobna byłaby przewaga postaw typu drugiego nad postawami typu pierwszego. Dodajmy do tego wszystkie wady wyliczone przeze mnie uprzednio w trzech punktach – i jasnym się stanie, że – jak napisałem był w punkcie czwartym – dla nas, tak samo jak i dla innych wspólnot mniejszościowych, asygnata podatkowa byłaby bardzo złym interesem.

               Inaczej mogłoby być, gdybyśmy w ramach modelu „ogólnokatolickiego” podłączyli się w systemie asygnaty do wspólnego „skarbca” Kościoła katolickiego w Polsce i – nazwijmy rzeczy po imieniu – po prostu skorzystali z podziału uzyskanych z asygnaty środków, w ten sposób by zaczerpnąć z tego „skarbca” więcej, niż zapewne wpływałoby doń od naszych wiernych. Nieco w duchu józefińskiego Funduszu Religijnego, o którym pisałem powyżej. Z tego też powodu musimy stanowczo obstawać przy tym, by model „ogólnokatolicki” nosił ściśle scentralizowany charakter, a w żadnym wypadku nie był oparty np. o sieć osobnych „skarbców” diecezjalnych, między którymi podatnik wybierałby adresata swego wsparcia (w takim wariancie powielone zostałyby wszystkie wady systemu asygnaty w wariancie „autonomicznym”).

              Polski model asygnaty, jak niejednokrotnie wskazywał ks. prof. Piotr Stanisz (KUL), winien kompensować niedostatki wynikające z polskiego modelu PIT (wspomniane przeze mnie w pkt 3 wad systemu asygnaty); być może należałoby tu twórczo rozwinąć system włoski, w którym podatnik nie przekazuje na dany Kościół swego własnego otto per mille czyli 0,8 % od własnego podatku, lecz niejako głosuje w plebiscycie, na kogo mają być przeznaczone środki z owego 0,8 % od podatku należnego od wszystkich podatników. Innymi słowy, otto per mille z góry jest w całości przeznaczone na wspólnoty wyznaniowe (i państwo włoskie, które może je zużyć na cele takie, jak ratowanie zabytków, pomoc ofiarom klęsk żywiołowych i uchodźcom, walkę z głodem na świecie) i rozdysponowywane wśród beneficjentów systemu proporcjonalnie do liczby podatników opowiadających się za wsparciem tego czy innego podmiotu.

          Ważne jest również to, na jakie cele asygnata miałaby być przeznaczona. Wydaje mi się, że w kręgach rządowych panuje raczej pomysł dość prosty: niech zostanie po staremu, czyli niech środki z asygnaty służą refundacji składek ZUS-owskich osób duchownych (w tym oczywiście zakonnic i zakonników bez święceń). Takie rozwiązanie byłoby dla nas neutralne finansowo, tzn. nie stracilibyśmy niczego, ale i nie zyskalibyśmy (chyba, że np. refundacja z 80 % wzrosłaby do 100 %, co obecnie dotyczy jedynie misjonarzy i członków zakonów klauzurowych, czyli kategorii w UKGK w RP nie istniejących). Osobiście sądzę, że o wiele dla nas korzystniejsze byłoby zreformowanie przy tej okazji systemu utrzymania duchowieństwa (podobnie, jak to się stało we Włoszech po ratyfikacji obecnego Konkordatu w 1985 r.) poprzez utworzenie systemu pensji, czego zaczątki możemy zresztą od lat obserwować w diecezji opolskiej. Zapewne środki z samej asygnaty nie wystarczyłyby na zapewnienie pensji wszystkim duchownym, dlatego też – w interesie UKGK w RP – należałoby moim zdaniem lobbować na rzecz wykorzystania tych środków na pensje dla duszpasterzy pracujących w najmniejszych, najuboższych parafiach. Ważne byłoby przy tym przyjęcie kryterium ogólnopolskiego, powiedzmy 1000 jako maksymalnej liczby wiernych parafii ubogiej (nieco ponad 10 lat temu czytałem w materiałach KAI, że np. w archidiecezji lubelskiej parafia licząca 800 lub mniej wiernych kwalifikuje się do ubogich i nie odprowadza do kasy kurialnej tzw. podusznego, wówczas 7 gr. miesięcznie od wiernego figurującego w ewidencji). W ten sposób niemal wszystkie nasze parafie kwalifikowałyby się do tej formy wsparcia. Zdecydowanie mniej korzystne byłoby dla nas przyjęcie kryterium np. 10 % najmniejszych/najuboższych parafii danej diecezji.

          

                        W modelu „autonomicznym” rozwiązania problemu Funduszu Kościelnego mogłyby się nam się opłacać te warianty, które zakładają odniesienie się do utraconych przez nas po 1944 r. nieruchomości ziemskich i albo wypłacenie jednorazowej rekompensaty (por. „Rekompensata?”), albo też „powrót do źródeł” Funduszu Kościelnego (por. „Korekta i kontynuacja”). Podkreślam przy tym, że być może opłaciłyby się one nam również i w systemie „ogólnokatolickim”: zależałoby to od szczegółowych rozwiązań przyjętych w takim wypadku.

                      Jak podaje niegdysiejszy ekonom archieparchii p. Arkadiusz Giza (Schematyzm 2007, s. 14), eparchia przemyska (wraz z Administracją Apostolską Łemkowszczyzny?) posiadała „13.982 ha nieruchomości rolnych, ok. 1200 ha lasów”, które przejęte zostały przez państwo polskie. Do końca 2006 Archieparchia odzyskała „ok. 130 ha lasu, ok. 1000 ha gruntów rolnych”. W 2002 r. tenże Autor w swym referacie na zgromadzeniu eparchialnym (Kalendarz „Błahowista” 2003, s. 103) podawał, że parafie ówczesnej północnej części archieparchii (dziś to eparchia olsztyńsko-gdańska) otrzymały łącznie 105,6 ha ziemi, zaś parafie eparchii wrocławsko-gdańskiej – łącznie 126,9 ha. Tu wyjaśniam, że w powojennej doktrynie prawnej uznano, iż wspólnoty wyznaniowe istniejące na tzw. ziemiach odzyskanych przed 1945 r. były instytucjami niemieckimi, które po wcieleniu tych ziem do państwa polskiego przestały istnieć, a ich majątek przeszedł na własność tegoż państwa. Dlatego też kościoły były na tych terenach łaskawie przekazywane w użytkowanie, a potem nadawane na własność użytkującym je parafiom; podobnie nie uznawano praw Kościoła rzymskokatolickiego do dawnych majątków ziemskich, ale dano parafiom prawo uzyskania po 15 ha ziemi z zasobów państwowych. W przypadku Kościoła greckokatolickiego, który na „ziemiach odzyskanych” przed 1945 r. żadnych majątków nie posiadał, trudno w tym wypadku mówić o jakimś upośledzeniu.

                W wariancie określonym przeze mnie jako „rekompensata” należałoby od łącznej powierzchni gruntów niegdyś zabranych odjąć powierzchnię gruntów odzyskanych oraz nadanych (na tzw. „ziemiach odzyskanych”). Następnie wynik tego odejmowania pomnożyć przez średnią cenę hektara.

             Z uwagi na przybliżony charakter danych na temat powierzchni gruntów zabranych i odzyskanych oraz wątpliwości w przedmiocie lasów podjęta poniżej próba ustalenia konkretnych kwot ma li tylko charakter orientacyjny, dający wszakże pewne pojęcie o możliwym rozmiarze ewentualnej rekompensaty dla UKGK w RP za likwidację Funduszu Kościelnego.

            Pozostawiając kwestię obszarów leśnych na boku, przyjmujemy obszar 13.982 ha za wielkość wyjściową. Od tego odejmujemy odzyskane 1.000 ha („około”) oraz przekazane na „ziemiach odzyskanych” 105,6 ha i 126,9 ha. Otrzymujemy wynik 12.749,5 ha. Uwzględniając ceny średnie ceny hektara za IV kwartał 2023 r. (dane GUS, obowiązujące od 16 lutego 2024 r.), za najniższy możliwy mnożnik możemy uznać 29.939 zł. (średnia cena hektara gruntów słabych, kl. V-VI, dla woj. podkarpackiego), zaś za najwyższy – średnią ogólnopolską dla gruntów wszystkich klas – 65.301 zł. Zatem wysokość rekompensaty wahałaby się od 381.707.280 zł. 50 gr. do 832.555.099 zł. 50 gr.

           Wysokość tych kwot z pewnością szokuje – ale w sumie nie powinna. Jak wynika z obliczeń dokonanych przez ks. prof. Dariusza Walencika, władze komunistyczne przejęły ok. 144.738,2781 ha gruntów należących do Kościoła katolickiego, z czego zwrócono większość, bo 82.380,6937 ha. W rękach państwa pozostało 62.357,5844 ha. Dr Łukasz Bernaciński w jednym ze swych opracowań przemnożył ów obszar przez średnią cenę hektara (wszystkich klas) dla całej Polski za II kwartał 2022 r. – czyli 59.358 zł. Wynik mnożenia – to kwota 3.701.421.494 zł. 82 gr. Wg. najnowszej ceny, za IV kwartał 2023 r., wysokość rekompensaty dla Kościoła katolickiego wyniosłaby 4.072.012.618 zł. 90 gr. Zaznaczam przy tym, że nie znam szczegółów wyliczeń ks. prof. Walencika i nie wiem, na ile uwzględnione w nich zostały straty Kościoła greckokatolickiego, jako formalnie nie objętego już ustawą z 1950 r., za to doszczętnie przecież ograbionego parę lat wcześniej. Na pewno musiał ksiądz profesor uwzględnić fakt przejęcia przez osoby prawne Kościoła łacińskiego gruntów „pounickich” na podstawie art. 60 ust. 1 pkt 1, a zwłaszcza art. 61 ust. 1 pkt 1 ustawy z 17 maja 1989 r. o stosunku Państwa do Kościoła katolickiego.

                      W wariancie określonym przeze mnie jako „korekta i kontynuacja” należałoby dokonać odejmowania analogicznie jak w wariancie poprzednim, przeliczając jednakże powierzchnie gruntów na hektary przeliczeniowe. Bez wiedzy, o jakie konkretnie grunta chodzi i jaką mają one klasę, nie jest to właściwie możliwe. Stąd konieczność przyjęcia jakiegoś przybliżenia. Dla potrzeb naszych obliczeń przyjmijmy – naśladując nb. metodologię wspomnianego już ks. prof. Walencika – przelicznik najprostszy z możliwych, czyli 1:1. Otóż wysokość dochodu z hektara przeliczeniowego w 2022 r. wyniosła wg. GUS 5.549 zł. rocznie (wskaźnik za rok 2023 ogłoszony będzie zapewne gdzieś we wrześniu br.). Mnożąc to przez 12.749,5 ha otrzymamy 70.746.975 zł. 50 gr. rocznie. Rzecz jasna, kwota wzrastałaby corocznie (chyba, że wskutek np. ekscesów „zielonego ładu” dochody w rolnictwie zaczęłyby drastycznie spadać, czego wykluczyć nie można).

                    Czy warianty powyższe możliwe są również w wersji „ogólnokatolickiej”? Teoretycznie tak, wówczas na cały Kościół katolicki w RP (łącznie z nami) przypadłoby albo 4.072.012.618 zł. 90 gr. jednorazowo (ponad 4 miliardy!) albo 346.022.235 zł. 84 gr. rocznie, zatem o 34,64 % więcej, niż wynosi cały budżet Funduszu Kościelnego (dla wszystkich wyznań!) na rok 2024.

 

                          Wnioski praktyczne

 

                  Primo: powyższe warianty winny być przeanalizowane w kręgach kurialnych UKGK w RP. Analizę winna poprzedzać korekta wyliczeń na podstawie dokładnych, posiadanych przez kurie danych na temat gruntów odebranych, zwróconych i nadanych („ziemie odzyskane”) Kościołowi greckokatolickiemu w Polsce.

                Secundo: nie można abstrahować od nastrojów społecznych i zamierzeń kół rządzących. Oczywistą jest niechęć do jakichkolwiek form dalszej restytucji mienia kościelnego czy wypłaty odszkodowań – podobnie jak i do utrzymania Funduszu Kościelnego nawet (a może tym bardziej) w formie zbliżonej do formalnych założeń tego Funduszu (por. model „korekta i kontynuacja”). Z tego względu zwolennik rozwiązań czeskich, dr Ł. Bernaciński, prawdopodobieństwo zastosowania modelu „rekompensaty” w odniesieniu do Kościoła katolickiego jako całości uznaje za znikome lub wręcz żadne – modelu „korekty i kontyuacji” nikt zaś na razie w sferze publicznej nie proponuje. Pamiętajmy przy tym, że dziś Fundusz obejmuje na równi wszystkie wyznania. Gdyby sprawę Funduszu rozwiązano wg. jednego z ww. wariantów, większość owych wyznań straciłaby dopłaty do składek ZUS dla swych duchownych, nie uzyskując w zamian niczego. Zyskaliby katolicy rzymscy, zyskalibyśmy i my, a inni? Uwzględniając obliczenia ks. prof. Walencika, należałoby przyjąć, że wszystkim wyznaniom niekatolickim zabrano łącznie tylko 10.261,7219 ha (czyli mniej niż Kościołowi greckokatolickiemu), a przecież sporo im zwrócono i nadano (na „ziemiach odzyskanych”), więc ile by im jeszcze pozostało do „wystawienia rachunku” państwu? Dotyczy to zresztą głównie Kościoła prawosławnego i kilku innych wspólnot. Perspektywa dofinansowania głównie katolików i odebrania dotychczasowej (skromnej, ale zawsze) pomocy większości innych wyznań niewątpliwie nie jest tym, czego pragnie Rząd i spora część (większość?) społeczeństwa polskiego. Warianty „rekompensata” oraz „korekta i kontynuacja” w modelu „ogólnokatolickim” można więc moim zdaniem uznać za nierealne. Pytanie, czy byłyby one opłacalne dla nas – potencjalne kwoty byłyby, owszem, duże, ale na ile my jako grekokatolicy mielibyśmy wpływ na ich podział i ile by się nam z nich dostało?

                Tertio: moim zdaniem nierealność wariantów „rekompensata” oraz „korekta i kontynuacja” w modelu „ogólnokatolickim” nie czyni ich zupełnie niemożliwymi do wywalczenia w modelu „autonomicznym”. Należałoby chyba, po dokonaniu wspomnianej już analizy opłacalności tych wariantów, wysondować nieoficjalnie stanowisko tych wyznań, które mogłyby być zainteresowane takimi rozwiązaniami – tzn. takich, którym bardziej by się opłacała już to rekompensata za zabrane im grunty, już to „powrót do źródeł” Funduszu Kościelnego, niż proponowana asygnata podatkowa. W grę wchodziłby tu PAKP, być może Kościół Ewangelicko-Augsburski i kilka innych wspólnot. Moim zdaniem to, co nie ma szans w odniesieniu do Kościoła rzymskokatolickiego, może być osiągalne w odniesieniu do wyznań mniejszościowych. Po pierwsze dlatego, że to nie przeciw nim kieruje się wrogość części społeczeństwa, nie one są kojarzone z „sojuszem tronu z ołtarzem” z czasów rządów Zjednoczonej Prawicy. Po drugie – kwoty byłyby jednak znacząco mniejsze. Myślę, że w przypadku tych dosłownie paru wspólnot, którym mogłoby to się opłacić, Rząd mógłby zdecydować się na jeden z owych wariantów (przy czym raczej na „rekompensatę” niż na „korektę i kontynuację”, skoro obiecał zlikwidowanie Funduszu), zwłaszcza w zamian za rezygnację na przyszłość z udziału w systemie asygnaty podatkowej. Od nas oczywiście wymagałoby to postawienia sprawy jasno wobec Stolicy Rzymskiej i Episkopatu Polski. Nie sądzę jednak, by naszą dążność do rozwiązania „autonomicznego” postrzegała hierarchia łacińska jako wielki problem. Biorąc pod uwagę, że przy „wspólnym skarbcu” w warunkach asygnaty podatkowej UKGK mógłby potencjalnie więcej stamtąd czerpać, niż wynosiłby wkład jego wiernych-podatników, rozwiązanie „autonomiczne” mogłoby się Kościołowi rzymskokatolickiemu po prostu opłacać.

 

            Quarto: być może hierarchia UKGK w RP zajmie postawę bierną i przyjmie rozwiązanie ustalone przez negocjatorów KEP (umocowanych prawnie przez Stolicę Rzymską) z Rządem RP. Być może zresztą nie będzie to wyraz bierności, a świadomy wybór. Wszak każde rozwiązanie ma zarówno dodatnie, jak i ujemne strony. Wypłata jednorazowej, nawet kilkusetmilionowej rekompensaty dałaby rzecz jasna możliwość zainwestowania w budowę konkatedry i rezydencji metropolitalnej w Warszawie oraz wzmocnienia naszej obecności w stolicy i innych większych ośrodkach miejskich (tu opowiadałbym się za budową sieci niedużych cerkiewek „zrośniętych” bryłą z domami parafialnymi – tak by minimalizować koszty i budowy, i np. ogrzewania w przyszłości) – ale co potem? Próby inwestycji typu biznesowego mogą mieć finał niekiedy daleki od oczekiwanego: pamiętamy przecież, jak to parafia ewangelicko-reformowana w Warszawie otrzymała bodajże 30 mln zł. rekompensat majątkowych, powierzyła te środki obrotnemu człowiekowi interesu… i obudziła się z kwotą 8,5 euro na koncie; z kolei w środowisku luterańskim jakiś czas temu słychać było głosy krytyczne na temat sposobu, w jaki chciano załatwić sprawę tzw. „serka wolskiego” (działka u zbiegu Towarowej i Wolskiej w Warszawie, kształtem przypominająca porcję sera topionego) – ostatecznie zresztą, o ile wiem, odstąpiono od krytykowanego pomysłu wniesienia terenu aportem do spółki, wymieniając działkę na biurowiec warszawski i kamienicę wrocławską, nieruchomości mające duży potencjał dochodowy. Z kolei coroczna dotacja w wysokości ponad 70 mln zł, rokrocznie waloryzowana, to wariant o wiele trudniejszy do wywalczenia, niż nawet kilkaset milionów jednorazowej rekompensaty, która zapewne i tak byłaby rozłożona na kilka, może i 10 rocznych rat (oby waloryzowanych!). W końcu, jak sobie powiedzieliśmy, nie po to Rząd obecny podejmuje kwestię likwidacji Funduszu Kościelnego, żeby go zachować akurat dla nas (i może paru innych wspólnot) i to z tak poważnymi corocznymi wydatkami.

                  Może zatem – i osobiście uznaję to za wariant najbardziej prawdopodobny – hierarchia nasza opowie się za modelem asygnaty podatkowej, mimo wszystkich jego niedoskonałości. W takim przypadku należałoby domagać się, by system był scentralizowany i zorganizowany tak, by umożliwić przede wszystkim wsparcie duszpasterzy pracujących w najmniejszych, ergo najuboższych parafiach, przy czym wskaźniki ubóstwa winny być ustalone centralnie, a w żadnym razie na szczeblu diecezjalnym, jako pewien ustalony procent najuboższych wspólnot danej diecezji (eparchii). Polski model asygnaty podatkowej winien być nie prostym powieleniem modelu „1,5 % na OPP”, ale systemem zmodyfikowanym, najlepiej z wykorzystaniem wzorców włoskich, z elementami pozwalającymi na uwzględnienie deklaracji osób nie płacących w ogóle podatku od dochodów osobistych, korzystających ze zwolnień z racji wieku lub osiągających dochody nie przewyższające kwoty wolnej od opodatkowania. O to zresztą, mam nadzieję, walczyć będą negocjatorzy rzymskokatoliccy.

                Warto również, by przy okazji likwidacji Funduszu Kościelnego zreformować cały system finansów kościelnych, w szczególności wynagrodzeń duchownych – i tu również model włoski jawi się jako potencjalnie najlepszy do zaadaptowania w Polsce. W skrócie: chodziłoby o to, by środki z asygnaty podatkowej (ale nie tylko, bo tych z pewnością nie starczy) przeznaczyć na pensje dla duchownych, zapewne zróżnicowane ze względu na staż i stanowisko. Oznaczałoby to jednocześnie przechodzenie ofiarności wiernych od różnych form „cołaski” do dobrowolnych, regularnych składek na rzecz Kościoła, co rzecz jasna sprzyjałoby przejrzystości finansów kościelnych i tworzyłoby atmosferę moralnej jednoznaczności w tym względzie.  

 

                                               diakon Piotr Siwicki