piątek, 1 maja 2026

Na 1 maja: Leon XIV o problemach socjalnych duchowieństwa



CHRYSTOS WOSKRESE!

W luźnym nawiązaniu do wpisu z 18 marca br. o pozakościelnych zarobkach duchowieństwa   chciałbym zwrócić uwagę Czytelników tego bloga na:


                                                  LIST APOSTOLSKI


WIERNOŚĆ, KTÓRA RODZI PRZYSZŁOŚĆ

OJCA ŚWIĘTEGO LEONA XIV
Z OKAZJI 60. ROCZNICY
SOBOROWYCH DEKRETÓW
OPTATAM TOTIUS I PRESBYTERORUM ORDINIS

16. Braterstwo kapłańskie należy zatem traktować jako element składowy tożsamości szafarzy [14], nie tylko jako ideał lub slogan, ale jako aspekt, w który należy się zaangażować z nową energią. W tym sensie wiele zrobiono, wprowadzając w życie wskazówki zawarte w Presbyterorum ordinis (por. nr 8), ale wiele pozostaje jeszcze do zrobienia, począwszy na przykład od wyrównania ekonomicznego między tymi, którzy służą w ubogich parafiach, a tymi, którzy pełnią posługę we wspólnotach zamożnych. Należy również zauważyć, że w wielu krajach i diecezjach nadal nie zapewniono niezbędnego zabezpieczenia na wypadek choroby i starości. Wzajemna troska, w szczególności staranie o braci najbardziej samotnych i odizolowanych, a także o chorych i starszych, nie może być uważana za mniej ważną niż opieka nad powierzonym nam ludem. Jest to jedna z podstawowych kwestii, które poleciłem kapłanom podczas ich niedawnego jubileuszu. „Jak bowiem my, szafarze, moglibyśmy być budowniczymi żywych wspólnot, gdyby najpierw nie panowało między nami rzeczywiste i szczere braterstwo?” [15]

MÓJ KOMENTARZ: Jak widzimy, Leon XIV dostrzega i podkreśla wagę problemów takich, jak "redystrybucja dochodów" między parafiami/proboszczami biednymi a bogatymi (o czym ja osobiście nieraz już pisałem czy mówiłem) oraz troska o duchownych starszych wiekiem i/lub złożonych chorobą. Zaniedługo w naszej metropolii zaczną na emerytury odchodzić i/lub popadać w ciężkie schorzenia kapłani z "wyżu święceniowego" lat osiemdziesiątych, a potem i dziewięćdziesiątych. Są to w większości celibatariusze, którym dzieci na starość wsparcia nie udzielą. Niektórym pomogą być może inni, zamożniejsi krewni. Co jednak z tymi, których podstawowym (jedynym?) źródłem utrzymania będzie emerytura wyliczona na podstawie składek opłacanych od podstawy równej pensji minimalnej, czyli zapewne... też minimalna? 
Czy nasi biskupi myślą nad systemowym rozwiązaniem tego problemu?

sobota, 17 stycznia 2026

Czy "Українська Греко-Католицька Церква" i "Kościół Greckokatolicki w Polsce" to pojęcia tożsame? Uporządkujmy nasze nazewnictwo!

 Pytanie zadane w tytule ma wszelkie pozory banalności. Wiadomo przecież, że Ukraiński Kościół Greckokatolicki ujęty jako całość obejmuje wiernych i struktury administracyjne w wielu krajach świata, zaś część UKGK znajdująca się w Polsce, choć mająca średniowieczne korzenie i na historycznych swych terenach należąca do dawnego "obszaru rdzeniowego" tego Kościoła, stanowi dziś statystycznie znikomą jego cząstkę. Po części z tego powodu, a po trosze niestety na własne życzenie, odgrywa w życiu całego UKGK rolę żałośnie małą, a w każdym razie moim zdaniem mniejszą od tej, którą odgrywać moglibyśmy, na pewno zaś mniejszą od tej, którą odgrywaliśmy na przełomie lat 80-ych i 90-ych XX w. (z uwagi na słabość wychodzącego z podziemia Kościoła w Ukrainie). Zatem co prawda pojęcie "Kościół Greckokatolicki w Polsce" zawiera się w pojęciu "Ukraiński Kościół Greckokatolicki", ale go bynajmniej nie wyczerpuje. Zatem gdybyśmy mieli dążyć do maksymalnej zwięzłości, na pytanie postawione w tytule wystarczyłoby odpowiedzieć krótkim "nie" i na tym zakończyć. Pozwolimy sobie jednak napisać na ten temat trochę więcej, a to ze względu na to, że w obiegu oficjalnym zaczyna się te dwa pojęcia - tyle, że "Ukraiński Kościół Greckokatolicki" w wersji ukraińskiej, a "Kościół Greckokatolicki w Polsce" w wersji polskiej - traktować jako synonimy. Np. na stronie WWW archieparchii przemysko-warszawskiej czytamy:



Skąd to się wzięło, co w tym jest niewłaściwego, jak należałoby sprawę rozwiązać? O tym właśnie chciałbym napisać.

Gdy Kościół nasz w Ukrainie zaczynał wychodzić z podziemia (tzn. manifestować publicznie swe istnienie, jeszcze przed legalizacją w ZSRR), a w Polsce odbywały się procesy analogiczne, tylko na większą skalę i bez przeciwdziałania ze strony władz - odbywało się to na ogół pod przejętą z diaspory nazwą "Ukraiński Kościół Katolicki" (ang. Ukrainian Catholic Church), która zresztą po dziś dzień pozostaje w obiegu w krajach anglojęzycznych. Nie miejsce tu, by wyjaśniać szczegółowo jej genezę, wspomnę tylko krótko, że przyczyną jej pojawienia się była przemożna chęć odejścia zarówno od określenia Greek Catholic - jako sugerującego, że chodzi o Kościół helleński, skupiający etnicznych Greków - jak i Ruthenian Catholic, jako drażniącego, bo wskazującego na dawną, zarzuconą już nazwę etniczną Ukraińców galicyjskich, z której to społeczności wywodził się zasadniczy trzon wiernych.

Nazwa ta jednak nie przyjęła się ani w Ukrainie, ani też w Polsce. Jak uparcie nie akcentowano by archaiczności przedrostka "gre(c)ko-", był on jednak w powszechnym użyciu. Przemawiała za nim tradycja. Przemawiały względy praktyczne: jak nazwać wiernego UKK? Ukrainiec-katolik? Ukraiński katolik? Oba te warianty miały swe wady; mieszały narodowość z obrządkiem, a poza tym w Ukrainie, gdy Kościół rzymskokatolicki zaczął się otwierać na język ukraiński i odcinać się od stereotypu "Kościoła polskiego", właściwie równie dobrze mogły i mogą być (i są!) stosowane wobec wiernych KRK ukraińskiej narodowości. Poza tym w ramach przeciwdziałania odrodzeniu grekokatolicyzmu duchowieństwo prawosławne zaczęło rozpowszechniać wymysł, jakoby "Kościół greckokatolicki został rozwiązany na Soborze Watykańskim II", a to, co teraz wychodzi z katakumb, nie jest prawowitym kontynuatorem grekokatolicyzmu sprzed 1946 r.; porzucenie "gre(c)ko-" miało o tym dowodnie świadczyć, a także być dowodem na to, że wspólnota ta znajduje się na drodze do całkowitej romanizacji, że odrzucenie obrządku bizantyjskiego przez "UKK" to tylko kwestia czasu.

W Polsce również można było zanotować przejawy tej propagandy, ale dla grekokatolików miała ona stosunkowo niewielkie znaczenie. Poza tym obok nowej nazwy z diaspory pojawiła się nowa nazwa z Rzymu, czy właściwie: tendencja do narzucenia nam kurialnego rzymskiego określenia naszego Kościoła jako jego nazwy oficjalnej. "Kościół Katolicki Obrządku Bizantyjsko-Ukraińskiego" - w sumie nawiązywało to do nazewnictwa z Konkordatu z 1925 r. (tam był "obrządek grecko-ruski"; jak łatwo zauważyć, "bizantyjsko-ukraiński" to niejako "wariant uwspółcześniony"). Przyjęcie takiej nazwy, poza odejściem od tradycji, w oczach nieżyczliwych podważającym naszą ciągłość z instytucją kościelną sprzed 1947 r., pociągało również za sobą szereg niedogodności. Nazwa taka jest b. długa, jej zastosowanie do poszczególnych jednostek organizacyjnych trudne (jak nazwać parafię? "Parafia Katolicka Obrządku Bizantyjsko-Ukraińskiego"? - za długie; "Parafia Bizantyjsko-Ukraińska"? - nieprecyzyjne), nie ma lapidarnego określenia dla wiernego: "katolik obrządku bizantyjsko-ukraińskiego" to zdecydowanie za długie; a jak krócej? - bo przecież nie "Bizantyno-Ukrainiec"? Poza tym KKKW z 1990 r., który wszedł w życie w 1991 r., odszedł od synonimiczności pojęć "obrządek" i "Kościół", wyraźnie rozdzielając ich znaczenie. Wszystko to sprawiło, że Stolica Rzymska niejako "przywróciła do łask" na terenie Polski termin "greckokatolicki", uznając go za synonimiczny z "bizantyjsko-ukraiński", co zostało stwierdzone w oficjalnym komunikacie Nuncjatury warszawskiej, opublikowanym w biuletynie KAI (miałem ksero, niestety nie jestem w stanie w tej chwili go znaleźć, stąd nie podam nawet roku - były to w każdym razie lata 90-te XX w.). 

Komisja ekumeniczna powołana po wspólnym Zgromadzeniu obu eparchii w marcu 2002 r. w przyjętym projekcie normatywu ekumenicznego zawarła również i punkt dotyczący nazwy naszego Kościoła, słusznie uznając, że jeśli się ma zamiar wchodzić w stosunki z innymi wspólnotami, to trzeba mieć uporządkowany własny status, a przynajmniej nazwę. Stąd pojawił się w projekcie punkt treści następującej: 

13. У всякого роду зовнішніх зв’язках УГКЦ виступає під одною і цією ж самою назвою, а саме: ”Українська Греко-Католицька Церква” (польською Ukraiński Kościół Greсkokatolicki). Допускається вживання її в скороченому, напівофіційному варіанті – ”Греко-Католицька Церква” (польською Kościół greckokatolickі). Інші, неправильні назви (“Католицька Церква Візантійсько-Українського Обряду”, “Українська Католицька Церква”, “Візантійсько-Українська Церква” і т.п.) мають бути послідовно усунені з офіційного, ділового та медіального обігу.


Intencja autora projektu była jasna - chodziło o to, by nazwa tożsama z tą, pod którą Kościół występuje w Ukrainie, stała się jedyną nazwą oficjalną dla tegoż Kościoła w Polsce. "Wariant skrótowy, półoficjalny", gdzie "greckokatolicki" pisano by małą literą, miał odpowiadać praktyce innych wyznań. Mamy np. nazwę oficjalną "Polski Autokefaliczny Kościół Prawosławny", ale możemy mówić i pisać krócej: "Kościół prawosławny". Mamy "Kościół Ewangelicko-Augsburski w Rzeczyspolitej Polskiej", ale możemy mówić i pisać o nim per "Kościół luterański" czy "Kościół ewangelicki" nawet, choć przecież istnieją w Polsce jeszcze Kościół Ewangelicko-Reformowany i Kościół Ewangelicko-Metodystyczny. Dla autora projektu było jasne i oczywiste, że ten wariant nie powinien być stosowany w winietach pism czy stron WWW.

Projekt, który w tej wersji wyszedł z pozgromadzeniowej komisji ekumenicznej, został przez rewizorów kurialnych zmieniony w ten sposób, że w wersji oficjalnie opublikowanej "greckokatolicki" stał się "Greckokatolickim", przez co wariant ten nabrał cech zewnętrznych nazwy wprawdzie skróconej, ale oficjalnej. Istotny sens przepisu uległ zatem znaczącej zmianie, acz nie jestem pewien, na ile osoby tej zmiany dokonujące miały świadomość jej znaczenia. Moim zdaniem myślały raczej, że poprawiają błąd ortograficzny.

Czy jednak należy z tego wnosić, że doszło w ten sposób do jakiejś strasznej tragedii? Absolutnie nie! Można by nawet uznać ową zmianę za opatrznościową (!), o ile by została ona należycie umocowana i autorytatywnie zinterpretowana. O co mi chodzi? Otóż nasza metropolia jest częścią globalnego Ukraińskiego Kościoła Greckokatolickiego, ze stolicą w Kijowie, obejmującego metropolie, eparchie i egzarchaty na kilku kontynentach. Nie ma żadnej przeszkody, by - jako część UKGK znajdująca się w Polsce - używała lokalnie innego wariantu nazwy. Innymi słowy: by ta część Ukraińskiego Kościoła Greckokatolickiego, która znajduje się w Polsce, używała tamże nazwy "Kościół Greckokatolicki w Polsce", tak jak np. ta część UKGK, która znajduje się w Stanach Zjednoczonych AP, używa od kilkudziesięciu lat nazwy "The Ukrainian Catholic Church in the USA" (analogicznie - w Kanadzie czy Australii). Powinno to tylko być przyjęte oficjalnie i notyfikowane odpowiednim władzom kościelnym i świeckim - że oto nasz Kościół w Polsce przyjmuje nazwę "Kościół Greckokatolicki w Polsce", pozostając częścią większej wspólnoty - Ukraińskiego Kościoła Greckokatolickiego. Pozwoliłoby to nam używać, zależnie od kontekstu, obu tych nazw. 

Proponowana zmiana miałaby niewątpliwe zalety. Jesteśmy wschodnim Kościołem katolickim w faktycznej diasporze. Faktycznej - bo formalnie wschodnie obszary RP to nasze historyczne territorium proprium, tereny naszych dawnych eparchii: przemysko-samborsko-sanockiej (obecnie przemysko-warszawskiej), chełmsko-bełskiej, włodzimiersko-brzeskiej i kijowskiej metropolitalnej. Ale większość praktykujących grekokatolików zamieszkuje dziś inne ziemie dzisiejszej Polski - nawet jeśli Warszawę i okolice zaliczymy zgodnie z cyrkumskrypcją XIX-wieczną do dawnej eparchii chełmskiej. Poza tym na historycznych obszarach wierni nasi są bardzo nieliczni i rozproszeni, czyli żyją w warunkach de facto diasporalnych. Są przy tym zróżnicowani narodowościowo - choć z wielu oficjalnych enuncjacji cerkiewnych zdawałoby się wynikać, że stanowią ukraiński monolit. A tak naprawdę są wśród nich i Łemkowie nie uważający się za Ukraińców, i Polacy, i pojedynczy przedstawiciele innych grup narodowościowych czy etnicznych. Poza tym istniejąc w Polsce, wśród społeczeństwa w większości polskiego, mając poważny odsetek małżeństw narodowo mieszanych, sami sobie czynimy krzywdę, utrzymując fikcję 100 % ukraińskości. Nie mówiąc już o tym, że jako jedyny w Polsce katolicki Kościół tradycji bizantyjskiej winniśmy być otwarci także na grekokatolików z innych Kościołów sui iuris, którzy w sposób naturalny powinni znaleźć się pod opieką naszej hierarchii - ale wtedy, gdy będzie ona dawać rękojmię sprawowania tej opieki z pełnym poszanowaniem tożsamości tych wiernych - obrządkowej, etnicznej, językowej. Dotyczy to również parafian cerkwi św. Nikity w Kostomłotach. W tym kontekście nazwa lokalna wyzbyta z przymiotnika kojarzonego z konkretną narodowością i niejednokrotnie interpretowanego ekskluzywistycznie (w duchu "Kościół ukraiński = Kościół dla Ukraińców") byłaby niewątpliwie pożyteczna. Oczywiście sama nazwa bez zmiany podejścia nie na wiele się zda. 

Należy przy tym zauważyć, że przyjęcie takiej nazwy lokalnej (krajowej) nie wykluczałoby w żadnej sposób dalszego stosowania, tam gdzie to byłoby wskazane, nazwy "globalnej". Pozostając nadal integralną częścią UKGK moglibyśmy nadal tej nazwy używać w odpowiednich ku temu sytuacjach. Poza tym, gdyby w przyszłości UKGK w wymiarze globalnym zmienił nazwę, jak to już proponowano (np. zastępując "Ukraiński" w nazwie "Kijowskim"), mielibyśmy w Polsce tę wygodną sytuację, że w naszym krajowym wymiarze nie musielibyśmy niczego zmieniać. Zmieniłaby się tylko nazwa "globalna".
 
Czego natomiast należałoby unikać? Nielogiczności i czegoś, co można by nazwać duchowym lokajstwem czy psychologią chytrego niewolnika.

Nielogicznością jest np. używanie w winietach urzędowych pism czy wydawnictw sformułowania "Перемисько-Варшавська Митрополія Української Греко-Католицької Церкви в Польщі" (zob. np. wstęp do liturgikonu polskojęzycznego). Otóż ta część UKGK, która usytuowana jest w Polsce, pokrywa się w całości z metropolią przemysko-warszawską. Logika wymagałaby skreślenia "w Polsce". Z kolei "Ukraiński Kościół Greckokatolicki w Polsce" to sformułowanie dwuznaczne, bo mogące sugerować, że są jakieś różne UKGK, w tym jeden w Polsce; innymi słowy, że my jesteśmy osobnym Kościołem sui iuris. Wiem, sam używam skrótu "UKGKwRP", używam go jednak nie jako nazwy, ale jako określenia i to w ramach skrótu właśnie. I nie w sytuacjach oficjalnych oczywiście, tylko w publicystyce internetowej. Podobnie razi używana przez nasz Synod Metropolitalny w winietach dekretów nazwa "Metropolia Przemysko-Warszawska Kościoła Greckokatolickiego (Bizantyjsko-Ukraińskiego) w Polsce". Pal sześć ten "bizantyjsko-ukraiński", ale przecież jeśli "w Polsce", to nie ma on innych niż przemysko-warszawska metropolii! Chyba że zamiast "Ukraiński Kościół Greckokatolicki" używa się tam nazwy "Kościół Greckokatolicki (Bizantyjsko-Ukraiński)" - skądinąd PO CO?! - ale wtedy znowu zbędny jest dodatek "w Polsce". Warianty poprawne: 
1) "Ukraiński Kościół Greckokatolicki. Metropolia Przemysko-Warszawska";
2) "Metropolia Przemysko-Warszawska Ukraińskiego Kościoła Greckokatolickiego";
3) "Kościół Greckokatolicki w Polsce" (po odpowiednim umocowaniu prawnym tej nazwy lokalnej);
4) "Metropolia Przemysko-Warszawska" (formalnie poprawnie, innej takie metropolii jak na razie nie ma - w żadnym wyznaniu).

Lokajstwem nazywam sytuację, w której w dwóch wersjach językowych tekstu używamy dwóch wersji nazwy Kościoła: w wersji ukraińskiej "Українська Греко-Католицька Церква", w wersji polskiej "Kościół Greckokatolicki [w Polsce]" - tak właśnie, jak to jest na przeklejonym powyżej fragmencie oficjalnej strony eparchii metropolitalnej (ale przykłady takiej "chytrości" znajdowałem i gdzie indziej). Mnie się to kojarzy właśnie z taką naiwną chytrością: w wersji polskiej usunąć przymiotnik "ukraiński", który nie wszystkim Polakom się podoba, ale w wersji ukraińskiej zachować ten przymiotnik, bo Ukraińcom się on kojarzy niewątpliwie pozytywnie. A że język ukraiński używa innego alfabetu, w Polsce dzisiejszej niekoniecznie powszechnie znanego, więc jest nadzieja, że Polak nie zauważy tego, co w wersji ukraińskiej jest - a Ukrainiec tego, czego nie ma w polskiej. Oczywiście trudno tak naiwne rachuby brać na serio, tzn. trudno uwierzyć, by poważni ludzie mieli się nimi kierować. Z drugiej jednak strony zbyt dużo widziałem takich zestawień na tablicach, winietach pism, stronach WWW - z konsekwentnym wygumkowaniem przymiotnika "Ukraiński" w wersji polskiej. I zbyt długo żyję na świecie, przy czym w konkretnym kraju i środowisku, by nie nabrać takowych skojarzeń. Być może błędnych - trudno. Tym niemniej uważam, że jeśli na tablicy, stronie WWW czy w winiecie pisma urzędowego figuruje nazwa w dwóch językach, to obie wersje winny być tożsame. Chowanie przymiotnika "ukraiński" w wersji polskiej uważam za niepoważne.

Podsumowując - "Kościół Greckokatolicki w Polsce" jako nazwa lokalna dla naszej metropolii to dobry pomysł. Ważne, by ewentualne jego wprowadzenie w życie motywowane było nie konformizmem wobec ukrainofobów, tylko realnymi, pragmatycznymi przesłankami, z gatunku tych, które wyliczyłem powyżej.

sobota, 6 września 2025

Dlaczego prawosławny święty Maksym Sandowicz nie został w swoim czasie bazylianinem?

 Sława Isusu Chrystu!


Istnieje sobie na Facebook'u profil pod nazwą Na wschodnim szlaku wiary - z dziejów Kościołów wschodnich w Polsce. Bardzo go cenię, przede wszystkim za dwie rzeczy: promocję obydwu Kościołów tradycji bizantyjskiej obecnych w teraźniejszości i przeszłości Polski - prawosławnego i greckokatolickiego, w duchu życzliwości wobec obu, co rzadkie; popularyzację wątków polskich w dziejach i spuściźnie obu Kościołów, co też częste nie jest i należy to docenić, nawet jeśli trafiają się przy tym kiksy typu utożsamiania polskich wpływów językowo-kulturowych z przeszłości z polską tożsamością narodową czy też promowania postaci niekoniecznie pod każdym względem świetlanych.

Paradoks sprawia, że mimo mej wielkiej sympatii do tej inicjatywy często zamieszczam pod publikacjami tego profilu komentarze krytyczne - i ktoś rozumujący płytko mógłby mnie wręcz wziąć za wroga tego profilu. A jest odwrotnie: jak czegoś nie lubię, na ogół to ignoruję, a poza tym "tylko ten się nie myli, kto nic nie robi"; profil wspomniany robi sporo, więc sporo się trafia rzeczy do sprostowania, uzupełnienia, polemiki. Mam nadzieję, że moje wypowiedzi są czytane i jakoś tam służą doskonaleniu tej inicjatywy.

Po tym przydługim - ale moim zdaniem koniecznym - zastrzeżeniu pozwolę sobie skomentować zamieszczony właśnie życiorys prawosławnego (ochrzczonego w Kościele gr.kat.) świętego, kapłana-męczennika Maksyma Sandowicza, rozstrzelanego 6 września 1914 r. w Gorlicach na fali szpiegomanii, jako niewątpliwy rusofil.

Oczywiście nie mam nic przeciwko przypominaniu tej postaci, ważnej zwłaszcza dla dziejów Łemkowszczyzny, z której pochodził, na terenie której działał i poniósł śmierć (pomijam kwestię, czy miasto Gorlice jako takie należało do Łemkowszczyzny).

Chciałbym zwrócić uwagę na konkretny passus o treści: 


(...) Ukończył szkołę podstawową w Gorlicach, następnie uczęszczał do gimnazjum w Nowym Sączu, które jednak opuścił z uwagi na słabe wyniki w nauce i wstąpił do klasztoru bazyliańskiego w Krechowie (obecnie na Ukrainie).
Rozczarowany jednak jego poziomem konwertował na prawosławie i został posłusznikiem w Ławrze Poczajowskiej. W Rosji nie było wówczas obowiązku ukończenia gimnazjum by móc wstapić do seminarium duchownego, ani by przyjąć święcenia kapłańskie. Ówczesny arcybiskup wołyński Antoni (Chrapowicki) nakłonił Maksyma do wstąpienia do seminarium duchownego w Żytomierzu.
Ożenił się z Pelagią Grygoruk, córką kapłana prawosławnego z Nowego Berezowa, uczennicą szkoły dla dziewcząt przy monasterze w Jabłecznej, a wkrótce po tym został wyświęcony na kapłana (...)

Konkretnie chodzi mi o podkreślony fragment, wkleiłem więcej dla kontekstu.

Kwestia powodów, dla których młody Maksym Sandowicz nie został bazylianinem, jest ciekawym zagadnieniem badawczym, ale oczywiście rozumiem, że w ramach notki facebookowej nie ma na nie miejsca. To jednak nie usprawiedliwia moim zdaniem kalkowania nonsensów zaczerpniętych z polskiej hagiografii prawosławnej, która najwyraźniej wycisnęła swe piętno na biograficznym haśle w Wikipedii, cytuję:


Zmuszony do rezygnacji (z powodu słabych wyników) z nauki w gimnazjum w Nowym Sączu, wstąpił początkowo do klasztoru bazyliańskiego w Krechowie, a następnie, rozczarowany jego poziomem duchowym, dokonał konwersji na prawosławie i został posłusznikiem w ławrze Poczajowskiej. Za radą arcybiskupa wołyńskiego Antoniego opuścił jednak monaster, ukończył prawosławne seminarium duchowne w Żytomierzu, ożenił się i został wyświęcony na kapłana.

 Jak widzimy, tekst w profilu jest bezpośrednio zależny od biogramu wikipedycznego, przy czym przerobiono odnośne fragmenty w sposób jeszcze bardziej zaciemniający rzeczywistość: poziom bazylianów krechowskich przestał być "duchowy", a rada abpa Antoniego przestała obejmować odejście z monasteru, co ma tu swe znaczenie.

 Dla porównania: rosyjska apologetyka prawosławna może, paradoksalnie, wyrażać się sensowniej, pisząc po prostu: 


Moim zdaniem to wielce prawdopodobne wyjaśnienie przyczyny odejścia (o ile było to istotnie odejście, a nie usunięcie) i gdyby tak właśnie napisano, nie byłbym skłonny reagować. Ale skoro mowa jest o "poziomie", to wypada jednak to i owo wyjaśnić/sprostować.

1) Przerabiając "poziom duchowy" na "poziom" po prostu, tak przeze mnie lubiany profil mimowolnie zszedł do poziomu rozrywkowego: oto człowiek, który nie zdołał zdobyć średniego wykształcenia, kręci nosem na "poziom" zakonu, który po reformie dobromilskiej był naprawdę w jednym z najlepszych w swej historii momentów, także pod względem intelektualnym.

2) To samo można powiedzieć, gdy już dodamy do rzeczownika "poziom" przymiotnik "duchowy". Reforma dobromilska wychowała zakonników naprawdę gorliwych, zarówno gdy chodzi o osobistą ascezę i życie duchowe, jak i działalność duszpasterską, zwłaszcza w dziedzinie misji ludowych. Było to zresztą przyczyną, dla której to pierwsze pokolenie wychowanków reformy na ogół szybko zeszło z tego świata - nie oszczędzali się i szybko umierali...

3) Weźmy teraz pod lupę cytat z tekstu rosyjskiego: "atmosfera okazała się obcą". Także i biogram w Wikipedii, w innym miejscu, zawiera wzmiankę o "ogólnej atmosferze panującej w monasterze". O co mogło tu chodzić? Moim zdaniem o dwie rzeczy. Po pierwsze specyfika religijności, typ duchowości uformowanej u zreformowanych bazylianów pod wpływem ich jezuickich mistrzów. Nie był to żaden "upadek duchowy" czy "niski poziom" - przeciwnie, religijność ta była na poziomie bardzo wysokim, tym niemniej duchowość ta mogła nie odpowiadać orientującemu się na wzorce czysto wschodnie, a potem wręcz prawosławne, młodemu Łemkowi. Kto chciałby poszerzyć znajomość zagadnienia, niech poczyta choćby listy bł. Leonida Fiodorowa do Czcigodnego Sługi Bożego Andrzeja Szeptyckiego -  co ten przyszły greckokatolicki egzarcha Rosji pisał o bazylianach. Po drugie, zakon po reformie był nastawiony jednoznacznie na obronę grekokatolicyzmu przed wpływami "schizmy" (lęk przed tym zagrożeniem leżał wszak u podstaw samej reformy dobromilskiej), a z tym związana była jednoznaczna opcja "narodowećka", czyli ukraińska, wroga rusofilom - do których zaliczał się był młody Maksym Sandowicz. Z tego punktu widzenia nie dziwi, że się u bazylianów nie ostał; dziwne jest raczej, że w ogóle tam się udał, zapewne po prostu nie orientował się, dokąd wstępuje. 
4) Kontynuując temat specyfiki bazylianów po reformie dobromilskiej: zakon ten dawał wstępującym doń dwie opcje. Kandydat mógł podążyć drogą formacji kapłańskiej, zostać hieromnichem. Na to jednak, jak się zdaje, młody Sandowicz nie mógł za bardzo liczyć, skoro nie zdołał uzyskać matury. Można też było zostać bratem zakonnym, ale tu bazylianie preferowali rzemieślników. Dla synów chłopskich nie umiejących nic innego poza rolnictwem nie było za bardzo u bazylianów miejsca. Stąd zresztą wyrastają korzenie monastycyzmu studyckiego, którego zaczątkiem była spontanicznie ukształtowana grupka młodych synów chłopskich, którzy pragnęli być zakonnikami, ale u bazylianów zostać nimi nie mogli. Dopiero potem, gdy zaopiekował się nimi młody o. Andrzej Szeptycki, sam skądinąd będący bazylianinem wyrosłym z reformy dobromilskiej, wyrosła z tego wspólnota mnichów świadomie nawiązujących do pierwotnych form monastycyzmu wschodniego. Być może gdyby młody Sandowicz trafił do studytów, pozostałby tam do śmierci. A może i nie, ponieważ...

5) ... być może całkiem i po prostu nie miał powołania do życia w monasterze. Proszę zwrócić uwagę, że po bazylianach udał się do Ławy Poczajowskiej, ale ostatecznie mnichem nie został, został żonatym kapłanem eparchialnym ("białym"). Do tego, jak pisze autor hasła w Wikipedii, do opuszczenia Ławry skłonić miała Sandowicza rada arcybiskupa wołyńskiego Antoniego, a nie "rozczarowanie poziomem". 

6) I to, co napisałem był w pkt. 5, każe wysunąć przypuszczenie następujące: kto wie, czy w Krechowie to on zrezygnował z bazylianów, czy oni z niego, bo zwyczajnie nie pasował do nich. Ale o to już mniejsza. Ciekawe, czy zachowały się jakieś akta dotyczące pobytu Sandowicza u bazylianów i motywów odejścia. Albo wzmianki w spisanych wspomnieniach. Rzecz jasna, także i takie źródła historyczne winny być badane krytycznie.

Podsumowując: to, że niektórzy krajowi apologeci prawosławni za każdym razem, pisząc o unitach/grekokatolikach, muszą napisać o "niskim poziomie duchowym", "upadku" etc. - to mnie nie wzrusza. Inaczej już pewnie nie umieją. Gdy jednak tak cenny i co do zasady kierujący się słusznymi zasadami profil bezkrytycznie to łyka - to jednak przykre... :-(   


piątek, 9 maja 2025

Leon XIV

 CHRYSTOS WOSKRESE!


Kardynałowie-elektorzy uwinęli się tym razem szybko - i oto mamy Papieża Rzymskiego Leona XIV, Amerykanina z francuskim nazwiskiem i genealogią nieco bardziej skomplikowaną, francusko-włosko-hiszpańską. 

Pierwsza myśl, która mi przyszła do głowy: swoisty chichot historii. Otóż poprzedni Papież Rzymski o tym imieniu, Leon XIII (1878-1903), listem apostolskim Testem benevolentiae Nostrae z 22 stycznia 1899 r. potępił był tzw. amerykanizm - a teraz kolejny Leon na Stolicy Rzymskiej jest Amerykaninem. Oczywiście, trzeba dodać dla jasności, Leon XIII nie potępiał Stanów Zjednoczonych jako takich, przeciwnie - miał dla nich wiele uznania; współczesny polski wydawca tekstu encykliki, związane z Bractwem Kapłańskim św. Piusa X wydawnictwo Te Deum, streszcza ją w sposób następujący: 

Podstawą potępionego przez Leona XIII amerykanizmu było zdanie, że dla łatwiejszego sprowadzenia innowierców na łono Kościoła potrzeba, aby ten zbliżył się i przyjął całkiem cywilizację współczesną, by porzucił zbytnią surowość a stał się powolniejszym pragnieniom i dążnościom społeczeństw nowożytnych; że nie tylko wolno, ale jest obowiązkiem pomijać milczeniem pewne artykuły Wiary mniej ważne, więcej budzące oporu wśród obcych, lub je przynajmniej łagodzić, w ostatecznym razie nie brać ich w ścisłym znaczeniu, jak je dotąd Kościół podawał.

Swoją drogą po 12 latach pontyfikatu Franciszka ciekawie się czyta takie passusy...

Pełny tekst listu po łacinie przeczytać można na stronie WWW Stolicy Rzymskiej, a przekład angielski na stronie prezentującej encykliki papieskie. 


Druga moja myśl związana była z zakonnym rodowodem nowego Papieża. Wywodzi się on bowiem z zakonu augustianów, do którego przynależy znany, ceniony i lubiany kapłan-birytualista, o. Szymon (Piotr z imienia chrzestnego) Jankowski OSA, wieloletni proboszcz greckokatolicki w Katowicach (dokąd dojeżdża z klasztoru w Krakowie) i protoprezbiter (dziekan) katowicki, z pochodzenia Kaszub. Mam nadzieję, że wybór nowego Biskupa Rzymu, augustianina i byłego generała tego zakonu (2001-2013) przyniósł wiele radości zakonnym współbraciom Elekta w ogóle, a Ojcu Szymonowi w szczególności.


Myśl trzecia wiąże się znowu z Leonem XIII. To jeden z najwybitniejszych Papieży. Można by o nim mówić godzinami, wspominać różne drobiazgi osobiste (miłość do rodzinnego Carpinetto i kanarków, długowieczność - żaden inny Papież nie dożył 93 lat na urzędzie), powszechnie znane encykliki z Rerum Novarum na czele, odnowę tomizmu (Aeterni Patris), sukcesy dyplomatyczne Stolicy Apostolskiej w sytuacji, gdy po 1870 r. Papieże pozostawali "więźniami Watykanu", pozbawieni państwa, lecz zachowując podmiotowość prawnomiędzynarodową (co za Piusa XI stało się podstawą Traktatów Laterańskich z 1929 r., na mocy których powstało Państwo Miasta Watykańskiego) itd. Ale blog ten ma swą specyfikę, pochodną tożsamości autora. Stąd wypada mi wspomnieć przede wszystkim o roli, jaką Leon XIII odegrał w życiu katolickich Kościołów wschodnich.


Rola ta była zaiste tytaniczną - Leon XIII, zwłaszcza poprzez encyklikę Orientalium dignitas Ecclesiarum (tekst łaciński, tekst angielski) otworzył nowy rozdział w dziejach stosunku Rzymu do tych Kościołów, w pełni doceniając znaczenie ich tożsamości i jej zachowania, odchodząc od zasady praestantia ritus latini. Nie ograniczał się do proklamowania zasad - zmieniał przepisy (np. duchowny łaciński za pomaganie czy doradzanie katolikowi wschodniemu, by ten przeszedł na obrządek łaciński, miał tracić beneficjum i być suspendowany a divinis), tworzył instytucje, zwłaszcza edukacyjne. O znaczeniu tej encykliki świadczyć mogą również odwołania do niej w dekrecie Soboru Watykańskiego II o katolickich Kościołach wschodnich oraz list apostolski św. Jana Pawła II Orientale Lumen (1995), ogłoszony w jej setną rocznicę. 

Jeśli chodzi o nasz Kościół greckokatolicki, to warto wspomnieć o osobistym zaangażowaniu Leona XIII w rozpoczętą na mocy jego listu apostolskiego Singulare praesidium z 12 maja 1882 r. reformę zakonu bazylianów w Galicji. 24 marca 1888 r. przyjął na prywatnej audiencji Zofię hr. Szeptycką z synami Romanem i Leonem (1877-1939) oraz Kazimierzem Stefańskim ( 1860-1904), guwernerem Leona i przyjacielem Romana, późniejszym jezuitą. Podczas audiencji udzielił specjalnego błogosławieństwa młodemu Romanowi w związku z zamiarami tego ostatniego wstąpienia do nowicjatu zreformowanych bazylianów w Dobromilu. To za pontyfikatu Leona XIII młody Roman Szeptycki, w zakonie Andrzej, zdążył zostać nie tylko zakonnikiem i kapłanem (1892), ale i biskupem stanisławowskim (1899) i arcybiskupem lwowskim, metropolitą halickim (1901). Zatem cała jego wędrówka po drabinie hierarchicznej, od nowicjusza (1888) do metropolity (1901) odbyła się za czasów Leona XIII i z jego udziałem, choć przecież jako metropolita działał Andrzej Szeptycki za czterech następnych Papieży - św. Piusa X, Benedykta XV, Piusa XI i Piusa XII. 

To z konieczności krótkie bardzo streszczenie znaczenia Leona XIII dla nas, katolików wschodnich. Zachęcam każdego do własnych studiów na ten temat. Sam zaś pozwolę sobie wyrazić ostrożną nadzieję, że Leon XIV, obrany Papieżem Rzymskim niemal w tym samym wieku, co jego wielki imiennik (67 lat, choć koronowany dzień po 68. urodzinach; Leon XIV - 69, 14 września br. skończy 70 lat), nawiąże w swej działalności do Leona XIII także, gdy chodzi o katolickie Kościoły wschodnie.


Na mnohaja lita, Swiatijszyj Otcze!




piątek, 25 kwietnia 2025

Pontyfikat Franciszka (2013-2025): garść refleksji grekokatolika

 CHRYSTOS WOSKRESE!


W Poniedziałek Wielkanocny 21.IV.2025 zmarł Papież Rzymski Franciszek (NIE "wrócił do Domu Ojca", bo nie był Przedwiecznym Słowem Bożym). Pomyślałem, że warto z tej okazji napisać kilka słów podsumowania z pozycji grekokatolika. Refleksje te mają charakter dalece osobisty, zatem właśnie grekokatolika, NIE "grekokatolików" czy "Kościoła greckokatolickiego".

Zacznę od naszego polskiego podwórka, tj. od Metropolii Przemysko-Warszawskiej UKGK. W tym kontekście trzeba koniecznie wspomnieć, że zmarły Biskup Rzymu nie tylko mianował ks. mitrata dra Eugeniusza Popowicza najpierw na biskupa pomocniczego, a potem na metropolitę - ale i utworzył trzecią eparchię UKGK w Polsce, olsztyńsko-gdańską, i mianował jej pierwszego biskupa w osobie ks. dra Arkadiusza Trochanowskiego. Z formalno-kanonicznego punktu widzenia dokonał zatem rzeczy bardzo dla nas ważnej: utworzoną w 1996 r. przez św. Jana Pawła II dwueparchialną, więc niejako "kaleką" metropolię obdarzył pełnowartościową, trójeparchialną strukturą, dzięki czemu możliwym stało się powołanie synodu metropolitalnego, o co dopominałem się przez lata. Jest to zatem rzecz ważna dla naszej wspólnoty w Polsce - nawet jeśli nie przeceniamy wkładu samego Franciszka - i fakt, że do tej chwili (24.IV.2025 godz. 02.02) na stronie www. eparchii olsztyńsko-gdańskiej nie ma NIC na temat zgonu Franciszka, uznać można za dziwny i bulwersujący, zwłaszcza w kontekście zamieszczenia stosownych notek na stronach przemyskiej i wrocławskiej. Także w dziale "Hierachia naszego Kościoła" u dołu, na pierwszym miejscu nadal figuruje "Papież Franciszek", a odnośnik kieruje do strony Vatican News w wersji angielskiej. Dziwne to, bo strona olsztyńska poza tym była już aktualizowana po śmierci Franciszka.

Teraz "przeskoczę" na teren szerszy. Tu w pierwszej kolejności wspomnieć należy o fundamentalnej decyzji, podjętej 23 grudnia 2013 r., a ogłoszonej dekretem Kongregacji Kościołów Wschodnich z 14 czerwca roku 2014, na mocy którego zniesiono przepisy zakazujące wschodniokatolickim biskupom spoza terytoriów macierzystych odnośnych Kościołów sui iuris wyświęcać żonatych mężczyzn na prezbiterów. 

Franciszek kontynuował również linię swych poprzedników w kwestii podnoszenia statusu prawnego niektórych Kościołów wschodnich. W szczególności, poza  utworzeniem w 2015 r. metropolitalnego Kościoła erytrejskiego (wyodrębnionego z Kościoła etiopskiego), co można uznać za dostosowanie podziałów kanonicznych do nowego status quo prawnomiędzynarodowego (Erytrea oddzieliła się od Etiopii w 1993 r.), podniósł do godności metropolitalnej Kościół greckokatolicki na Węgrzech (2015). Utworzył też administrację apostolską dla grekokatolików na Białorusi (2023), co jest krokiem dalece niewystarczającym, ale jednak uczynionym w dobrym kierunku.

Relacje Franciszka z UKGK nie były tak idylliczne, jak można było się spodziewać, czytając po wyborze nowego Biskupa Rzymu o jego bliskich związkach z greckokatolickim salezjaninem ks. Stefanem Czmilem, o posługiwaniu przez młodego Bergoglia przy Boskiej Liturgii celebrowanej przez ks. Czmila, o dobrych stosunkach łączących go z WB Światosławem w czasach, gdy ten ostatni był administratorem eparchii UKGK w Buenos Aires, sufraganem ad instar kardynała Bergoglio jako metropolity argentyńskiej stolicy. Oto pada z Rzymu hasło decentralizacji, a WB Światosław ogłasza w wywiadzie, że żadnej decentralizacji w kwestiach wiary i moralności absolutnie być nie może. Oto w Wielki Czwartek 2013 r. w więzieniu rzymskim Franciszek myje nogi więźniom, w tym 2 kobietom i 2 osobom wyznającym islam, a WB Światosław w 2016 r. czyni to wobec kapłanów kierujących eparchialnymi centrami Caritas, a w jego objaśnieniach można się dopatrzeć dystansowania się od podejścia Franciszka. Chociaż oczywiście można i nie podzielać tej interpretacji, w końcu w naszym obrządku umywanie nóg - inaczej niż w obrządku łacińskim - jest tradycyjnie stricte pontyfikalną czynnością: biskupi umywają nogi prezbiterom. I na koniec Fiducia supplicans - w odpowiedzi na tę deklarację WB Światosław wydaje komunikat jednoznacznie odrzucający możliwość błogosławienia par homoseksualnych w UKGK. 

Czy swoistym prztyczkiem w nos, danym Światosławowi przez Franciszka, była kardynalska nominacja z 2024 r. dla młodego, 44-letniego wówczas biskupa Mikołaja z eparchii UKGK w Melbourne? Trudno się domyślić, dlaczego otrzymał ją właśnie ten biskup - najmłodszy w UKGK, z króciutkim stażem biskupim (4 lata samego biskupstwa, ale - wskutek covidu - tylko 3 lata rządzenia eparchią), bez doktoratu, bez studiów rzymskich, więc zapewne i bez znajomości włoskiego, biskup którego jedynym tytułem do kardynalatu wydaje się być różnorodność doświadczeń duszpasterskich: pracował w Rosji, Ukrainie i USA (a studiował, jako redemptorysta, w polskim Tuchowie). O ileż naturalniej, skoro już postanowiono kreować kardynałem hierarchę UKGK innego niż WB Światosław, wyglądałaby nominacja choćby dla metropolity przemysko-warszawskiego Eugeniusza, arcypasterza na może zmarniałej liczebnie, ale starodawnej stolicy (pierwszy znany z imienia biskup - wiek XIII, ale eparchia istniała już pod koniec XI w.; są hipotezy o jej utworzeniu nawet pod koniec wieku IX, ale to raczej bajkopisarstwo), rzymskiego doktora znającego dobrze włoski. Albo dla metropolity filadelfijskiego Borysa, b. rektora UUK we Lwowie. Czy dla biskupa Benedykta Ałeksijczuka z Chicago. Ciekawym smaczkiem jest przy tym to, że kościołem tytularnym nowego kardynała-prezbitera ustanowił Franciszek... prokatedrę Głowy UKGK pw. Św. Zofii - Mądrości Bożej przy via Boccea w Rzymie, a nie np. cerkiew MB Żyrowickiej i Świętych Męczenników Sergiusza i Bachusa przy Piazza Madonna dei Monti 3. Rzecz w tym, że poprzednimi kardynałami-prezbiterami, tytulariuszami soboru św. Zofii, byli... Mirosław Jan Lubacziwśkyj i Lubomir Huzar. Kim oni byli, nie będę objaśniał, w każdym razie żaden z nich nie był biskupem maleńkiej diasporalnej eparchii z antypodów. ;-) W tym świetle trudno się dziwić, że rodzą się różne brzydkie - niekoniecznie słuszne! - podejrzenia.

Ogół ukraińskich grekokatolików ma do Franciszka żal za postawę wobec napaści Rosji na Ukrainę. I tu moim zdaniem trzeba sprawę nieco uporządkować. 

Primo: tradycje dyplomacji watykańskiej są takie a nie inne, i kto by liczył na jednoznaczne opowiedzenie się papieża za napadniętym i przeciw napastnikowi, ten moim zdaniem dowiódłby tylko braku orientacji w danym zagadnieniu. 

Secundo: należy pamiętać o jawnej i zakulisowej działalności Franciszka i jego przedstawicieli w dziedzinie humanitarnej, jak pośredniczenie w pertraktacjach o wymianie jeńców, pomoc humanitarna dla Ukrainy etc. Wiele z tych rzeczy zapewne jeszcze ujrzy światło dzienne. 

Tertio: biorąc to wszystko pod uwagę, nie mogę jednak wyrazić żalu, że Franciszek nie zechciał wykonać gestów miłości i solidarności wobec okładanej bombami i rakietami ukraińskiej ludności cywilnej - tj. powiedzmy, przyjechać do Kijowa, spotkać się krewnymi zabitych, odwiedzić w szpitalu rannych, odprawić Mszę w służącym za schron tunelu metra kijowskiego. Niestety, nie przyjechał, usłyszeliśmy za to jakieś tam wywody rzymskich oficjeli o kłopotach z kolanem (jednym czy obydwoma), które to kłopoty skądinąd nie przeszkodziły w innych wyjazdach. Św. Jan Paweł II odprawił był swego czasu Mszę św. na lotnisku w Sarajewie, gdzie bynajmniej nie było bezpiecznie. No, powiedzmy, że Franciszek by zginął wskutek ostrzału/bombardowania (mało to prawdopodobne, raczej Rosjanie staraliby się nie dopuścić do tak niezręcznego dla nich wypadku). No i co? Chyba wierzył w życie wieczne, a żony i zstępnych nie miał, żeby po nim płakały? Przypominam, że w chwili wybuchu "pełnoskalówki" miał 85 lat, św. Jan Paweł II nie dożył tego wieku. Moim zdaniem stracił szansę dokonania gestu pięknego, bardzo chrześcijańskiego i zgodnego z hasłami jego pontyfikatu. Gest ten ważniejszy byłby od potępiania "kremlinów", którego brak tak rozczarował wielu.   

Quarto: rusofilię Franciszka byłbym w stanie wybaczyć, gdyby utrzymała się ona w nurcie, nazwijmy umownie, humanistycznym. Że Dostojewski, starcy z Optino, niestiażateli, Lew Tołstoj i w ogóle wielka chrześcijańska kultura. Naiwne? Pewnie, że tak! Ale takimi naiwnościami umeblowane są mózgi znacznej części ludzkości, przynajmniej tej części, która jest świadoma istnienia Rosji. I do tych pozytywnych stereotypów mógłby się Franciszek odwołać, napominając "kremlinów", by "nie zdradzali swego wielkiego humanistycznego dziedzictwa", a Cyryla - by szedł za wzorem św. Nila Sorskiego etc. No, mniejsza z tym, ale pleść młodzieży katolickiej z Rosji, w wielkiej mierze potomkom nie-Rosjan (Polaków, Niemców, Litwinów, Łotyszy, Białorusinów itd.), o dziedzictwie wielkiej Rosji, o Piotrze I (tym, co osobiście mordował i nadzorował torturowanie bazylianów połockich) i Katarzynie II, która po III rozbiorze dokonała bezwzględnej, przy użyciu wojska, likwidacji struktur unickich na ziemiach zabranych, zwłaszcza na Ukrainie Prawobrzeżnej - to już na prawdę za dużo, nawet jak na mój stosunkowo duży poziom tolerancji. I nawet zachowanie pod władzą Katarzyny II Towarzystwa Jezusowego (mimo kasaty z 1773 r.), z którego wszak wywodził się Franciszek, nie usprawiedliwia go w moich oczach. 


Dziś pontyfikat Franciszka to już historia - acz trwają liczne jego skutki - a sam Zmarły stoi już przed sądem Najwyższego. Bóg pozwolił Franciszkowi odejść z tego świata w Poniedziałek Wielkanocny, gdy niejako słychać jeszcze echo dzwonów głoszących światu zmartwychwstanie naszego Boskiego Zbawiciela. A wierni tradycji bizantyjskiej, modląc się za zmarłych, śpiewają nie zwykłe Wicznaja Pamiat', lecz troparion Paschy: Chrystus powstał z martwych, śmiercią podeptał śmierć, i będącym w grobach życie dał. Módlmy się, by zmarłemu Swemu słudze Franciszkowi okazał On Swe miłosierdzie  i obdarzył go zbawieniem wiecznym!