Blog niniejszy w założeniu służyć ma publikacji tekstów publicystycznych na temat katolickich Kościołów tradycji bizantyjskiej, czyli Kościołów greckokatolickich. Autor jest duchownym greckokatolickiej archieparchii przemysko-warszawskiej. Prezentowane będą zarówno teksty archiwalne, jak też i pisane na bieżąco. Po polsku i ukraińsku, być może wklei się także co nieco w innych językach.
środa, 19 marca 2025
wtorek, 18 marca 2025
O pozakościelnych zajęciach zarobkowych duchowieństwa - na marginesie tekstu Ks. P.W. Potocznego
Ksiądz Paweł Wojciech Potoczny, proboszcz parafii greckokatolickiej w Cyganku na Żuławach, znany też w sieci pod nickiem/brandem/hasztagiem "Żonaty Ksiądz", napisał był ciekawy i ważny tekst na temat - w uproszczeniu - pozakościelnych zajęć zarobkowych duchowieństwa, a zwłaszcza o tym, czy i jak kapłan zatrudniony w duszpasterstwie, jako np. proboszcz (casus Autora), ma prawo "dorabiać na boku", jeśli dochody z parafii nie wystarczają na utrzymanie jego i rodziny.
Z góry chciałbym zaznaczyć, że zgadzam się generalnie z Autorem, jego diagnozą, wnioskami i przewidywaniami. Jeśli jednak na tym stwierdzeniu nie kończę, jeśli chcę dorzucić swoje parę groszy, to po to, by to i owo sprostować, uzupełnić czy rozwinąć.
Tematyka, o której pisze Ks. Potoczny i którą siłą rzeczy zajmę się poniżej i ja, jest nie tylko ważna sama w sobie, ale i wpisuje się w nurt najnowszych mych wpisów - nt. Funduszu Kościelnego.
Ponieważ tekst ten jest wpisem z FB, za zezwoleniem Autora przekopiowałem go tutaj i najpierw przytoczę w całości, a potem odniosę się do fragmentów.
GDZIE KSIĘDZU WYPADA PRACOWAĆ, A GDZIE NIE WYPADA?
Siadając do
tego tekstu mam wielki mętlik w głowie. Coś pomiędzy „trzeba zacząć działać” a
„przecież księdzu nie wypada”. Również to pytanie w głowach wielu ludzi
próbujących wstąpić na nową, nieznaną drogę „co sobie ludzie pomyślą?” W
przypadku osoby duchownej, księdza, który od 18 lat posługuje ludziom,
wystawiony na „świecznik”, ciągle pod obserwacją i oceną innych, to pytanie
wcale nie jest banalne, a bardzo realne. Co wypada, a co nie wypada?
Porządkując
chaos myśli, zacznijmy od „trzeba zacząć działać”. W ostatnim tygodniu w
naszych parafiach czytaliśmy list od naszego biskupa Arkadiusza, w którym
przedstawił dwa aspekty funkcjonowania Kościoła. Pierwszy finansowy- ziemski,
drugi duszpasterski - duchowy. Człowiek realnie stąpający po ziemi,
wysłuchawszy danych zawartych w tekście, może jasno określić, ze wspólnota
Kościoła się zmniejsza. Nie chodzi o to, aby w tekście podawać cyferki do
analizy, one są dostępne w statystyce kurii, ale chodzi o pewien fakt, który ma
miejsce. Przychodzi mi na myśl wypowiedź ks. Josepha Ratzingera “Jak będzie
wyglądać Kościół w roku 2000”. Warto pochylić się nad tym tekstem po ponad
dwudziestu pięciu latach od jego publikacji. Coś czuję, że słowa ks.
Ratzingera, późniejszego Papieża Benedykta XVI właśnie się realizują na naszych
oczach. Jeżeli mówię o podjęciu działania w kwestii obecności księdza w świecie
i w Kościele, te słowa oddają głębie również mojego pragnienia. Cyt.: "Ksiądz,
który nie jest nikim więcej, niż pracownikiem socjalnym, może być zastąpiony
przez psychoterapeutę i innych specjalistów; ale ksiądz, który nie jest
specjalistą, który nie stoi [z boku], obserwując grę, udzielając oficjalnych
rad, ale w imię Boga stawia się do dyspozycji człowieka, który towarzyszy
ludziom w ich smutkach, w ich radościach, ich nadziei i strachu, taki ksiądz na
pewno będzie potrzebny w przyszłości.”
Co przyszły
papież ma na myśli, mówiąc, że ksiądz ma być specjalistą? Sprecyzował swoją
myśl 25 maja 2006 r. w katedrze warszawskiej. "Wierni oczekują od kapłanów
tylko jednego, aby byli specjalistami od spotkania człowieka z Bogiem - mówił
do duchowieństwa stolicy Polski. - Nie wymaga się od księdza, by był ekspertem
w sprawach ekonomii, budownictwa czy polityki. Oczekuje się od niego, by był
ekspertem w dziedzinie życia duchowego.” Ta profesjonalna wiedza życia
duchowego jest wymagająca w kontekście rozwoju osobistego, czyli formacja
ludzka, rozwoju intelektualnego - solidna wiedza oraz rozwoju duchowego -
modlitwa osobista. Dopiero na takim fundamencie ksiądz będzie mógł pójść w
świat do „działania”.
W tym momencie
wychodzimy z „Kościoła”. Czyli z tradycyjnej formy utrzymania się księdza na
parafii. Będąc proboszczem w nielicznej osobowo parafii (około 200 osób) oraz
gdy do przestrzegania postu zgodnie z prawem kościelnym jest około 20 osób. (Z
postu zwolnione są osoby do 14-ego roku życia oraz osoby, które ukończyły 65-ty
rok życia) ks. Ratzinger o tym „wyjściu” oraz opisie sytuacji, pisze tak, cyt:
„Pójdźmy krok dalej. Z obecnego kryzysu wyłoni się Kościół jutra – Kościół,
który stracił wiele. Będzie niewielki i będzie musiał zacząć od nowa, mniej
więcej od początku. Nie będzie już w stanie zajmować wielu budowli, które
wzniósł w czasach pomyślności. Ponieważ liczba jego zwolenników maleje, więc
straci wiele ze swoich przywilejów społecznych.” I dodając kwestie „bycia
księdza” we wspólnocie: „W przeciwieństwie do wcześniejszych czasów, będzie
postrzegany dużo bardziej jako dobrowolne stowarzyszenie, do którego
przystępuje się tylko na podstawie samodzielnej decyzji. Jako mała wspólnota,
będzie kładł dużo większy nacisk na inicjatywę swoich poszczególnych członków.
Niewątpliwie odkryje nowe formy posługi kapłańskiej i będzie wyświęcał do
kapłaństwa wypróbowanych chrześcijan, którzy wykonują już jakiś zawód.” Uważam
osobiście, że jeszcze jesteśmy w okresie przejściowym. Z jednej strony księża,
tacy jak ja, po seminarium, tylko z jedną dziedziną wykształcenia, teologia,
oraz ci którzy już mają inny zawód oprócz teologii. W jednym z ostatnich
odcinków naszego programu telewizyjnego Pełnia Wiary, była prezentowana
sylwetka ks. Mikołaja, który jest informatykiem. Na swoje utrzymanie zarabia
projektując strony internetowe oraz aplikacje jednocześnie posługując w
parafiach eparchii Wrocławsko-Koszalińskiej.
Na moim
profilu instagramowym @zonatyksiadz, dla obserwujących zadałem pytanie, jaka
praca dla księdza, poza służbą w parafii, była by przez ciebie akceptowalna? W
sumie nikogo nie muszę pytać o zdanie, oprócz eparchy. Zgodnie z prawem, praca
nie powinna godzić w nauczanie Kościoła. Obserwujący wskazali kilka zawodów.
Między innymi: dziennikarz, pisarz, specjalista marketingu, kucharz, ogrodnik,
pracownik biurowy, kierowca, bibliotekarz. Zapewne to jeszcze nie wszystkie
pomysły, ale one już dają pewne światło, co byłoby akceptowalne społecznie.
Gdyż dojście do pytania „co ludzie sobie pomyślą?” Dla poszczególnego księdza
może być trudną przeprawą. Doświadczyłem tego osobiście, gdy w mojej historii
wraz z małżonką zajmowaliśmy się marketingiem sieciowym . Dzisiaj z tych
działań pozostały tylko i aż wspaniałe znajomości. Skargi „tych co sobie
pomyśleli” znalazły swoje sformułowanie w upomnieniu oraz zakazie wypowiedzi w
mediach społecznościowych. Więc „ludzie” nie zawsze sobie dobrze myślą i to
trzeba zaakceptować. Mam wrażenie, że czasami zachowujemy się w Kościele jak
małe dzieci w przedszkolu. „Proszę pani, a ten mi zabrał zabawkę, a tamten
powiedział mi przykre słowo”. Taka infantylizacja relacji wśród dorosłych ludzi
prowadzi do coraz mniej poważnego traktowania się nawzajem, a z drugiej strony
do strachu, który paraliżuje podejmowanie jakichkolwiek działań w życiu. Nie
tylko duszpasterskim.
Jednocześnie
taka postawa, zaprzecza nauczaniu obecnego Papieża Franciszka, który
niejednokrotnie wskazuje na formę „bycia księdza” w świecie: „Kapłan, który w
niewielkim stopniu wychodzi z samego siebie, który niewiele namaszcza — nie
mówię «wcale», bo, dzięki Bogu, wierni wykradają nam namaszczenie — traci to,
co najlepsze z naszego ludu, to, co potrafi poruszyć najgłębszą część jego
kapłańskiego serca. Ten, kto nie wychodzi z samego siebie, zamiast być
mediatorem, staje się stopniowo pośrednikiem i zarządcą. Wszyscy znamy różnicę:
pośrednik i zarządca «otrzymali już swoją zapłatę», a ponieważ nie ryzykują
własnej skóry i swojego serca, nie otrzymują serdecznego podziękowania,
wypływającego z serca. Stąd właśnie bierze się niezadowolenie tych, którzy stają
się smutni — są smutnymi księżmi i zamieniają się w swego rodzaju kolekcjonerów
antyków albo nowinek, zamiast być pasterzami «pachnącymi jak owce» — o to was
proszę: bądźcie pasterzami «o zapachu owiec», aby to się czuło — zamiast być
pasterzami pośród swojej trzody i rybakami ludzi. ” (Homilia podczas Mszy św.
Krzyżma w Wielki Czwartek, 28.03.2013)
Odpowiedź na
wezwanie Papieża Franciszka oczywiście może być różna. Każdy z nas może inaczej
rozumieć „pachnący owcami” Jednak to niezmienia faktu, że wizja Papieża
Benedykta XVI staje się realnym życiem księdza w wizji Papieża Franciszka. Nie
ma jednego modelu, jak to robić, ale jest jedno i to samo wezwanie. Być z
ludźmi, aby głosić Ewangelię o zbawieniu świata w Jezusie Chrystusie, aby dać
ludziom nadzieję. Dlatego wstąpiłem do seminarium, dlatego przyjąłem sakrament
małżeństwa i kapłaństwa. Jako mąż, ojciec - głowa rodziny, jestem za nią
odpowiedzialny. Na płaszczyźnie materialnej oraz duchowej. Wraz z moją małżonką
przyświeca nam misja wychowania dzieci w wierze chrześcijańskiej i dawanie
świadectwa o tym, że Jezus Zmartwychwstał i żyje. Jako kapłan przyjąłem
obowiązki związane z posługą dla Ludu Bożego, aby mu towarzyszyć w drodze do
życia wiecznego. Jak pisze Papież Franciszek „aby nie być tylko zarządcą”.
Co Ty myślisz
o pracy księdza innej, niż tylko posługa w parafii? Koniecznie podziel się
swoimi refleksjami w komentarzu.
Ks. Paweł
Potoczny : @zonatyksiadz
Tyle Ks. Paweł.
Poniżej garść moich uwag poprzedzonych cytatami:
W ostatnim tygodniu w naszych parafiach czytaliśmy list od naszego biskupa Arkadiusza, w którym przedstawił dwa aspekty funkcjonowania Kościoła. Pierwszy finansowy- ziemski, drugi duszpasterski - duchowy. Człowiek realnie stąpający po ziemi, wysłuchawszy danych zawartych w tekście, może jasno określić, ze wspólnota Kościoła się zmniejsza. Nie chodzi o to, aby w tekście podawać cyferki do analizy, one są dostępne w statystyce kurii, ale chodzi o pewien fakt, który ma miejsce.
Trochę szkoda, że Autor nie zechciał jednak podzielić się z nami owymi "cyferkami" czy też "danymi zawartymi w tekście" listu JE Biskupa Olsztyńsko-Gdańskiego, który jako żywo poza naszą najmłodszą eparchią czytany nie był, a eparchialna strona WWW skromnie przemilcza jego istnienie. Wyrażenie, iż "cyferki" są "dostępne w statystyce kurii", jest mimowolnie (?) humorystyczne. Dla kogo niby są "dostępne"? Dla Księdza Biskupa?
Tak czy inaczej, nie trzeba kurialnych danych, by konstatować demograficzny kryzys UKGKwRP, zwłaszcza na terenie eparchii ze stolicą w Olsztynie. Wystarczy zajrzeć do danych spisów powszechnych, które skrzętnie zebrał - i zmiany w latach 2011-2021 obliczył - niżej podpisany we wpisie blogowym z 28.IX.2023. W województwie warmińsko-mazurskim, które jest "trzonem" tej eparchii, nastąpił spadek identyfikacji greckokatolickich o 26,022 %; (nieco) większy zanotowano jedynie w zachodniopomorskim - 26,898 %). W pomorskim, gdzie znajduje się parafia Cyganek (samo województwo jednak podzielone jest między eparchie olsztyńsko-gdańską i wrocławsko-koszalińską), spadek był również widoczny, acz już nie tak wielki (11,381 %). To wszystko w warunkach sporej wszak (zwłaszcza od 2014 r.) imigracji z Ukrainy, która w niektórych innych województwach spowodowała wzrosty czasem i o ponad 100 %, a w innych przynajmniej stworzyła wrażenie demograficznej stabilizacji. Zatem w świetle danych spisowych moja dawniejsza teza ("UKGKwRP znajduje się w głębokim kryzysie pod pozorami wzrostu") w aspekcie demograficznym o tyle nie znajduje potwierdzenia, że w skali kraju są to pozory stabilizacji, a nie wzrostu, zaś w województwach, gdzie zamieszkiwali zawsze najliczniej grekokatolicy przesiedleni w 1947 r. i ich potomkowie, mamy do czynienia albo ze spadkiem i to nieraz dużym, albo co najwyżej ze stabilizacją. Statystyczne wzrosty notują województwa, w których duszpasterstwo greckokatolickie przed 2014 r. (a tym bardziej przed rokiem 1989) było obecne symbolicznie lub wcale - z wyjątkiem małopolskiego (wzrost o 28,675 %).
Przychodzi mi na myśl wypowiedź ks. Josepha Ratzingera “Jak będzie wyglądać Kościół w roku 2000”. Warto pochylić się nad tym tekstem po ponad dwudziestu pięciu latach od jego publikacji. Coś czuję, że słowa ks. Ratzingera, późniejszego Papieża Benedykta XVI właśnie się realizują na naszych oczach.
Stylistyczna niezręczność naszego Autora zdaje się prowadzić do sugestii, że skoro 2025-25=2000, to "ksiądz Ratzinger" rozpisywał się o tym, "jak będzie wyglądać Kościół w roku 2000" niedługo przed tymże... rokiem 2000. Niewątpliwie gwarantowałoby duży zakres trafności prognozy. ;-) Żarty żartami, ale całkiem już serio bardzo jestem wdzięczny Autorowi za przypomnienie tej wizji (pochodzącej w rzeczywistości z roku 1969, co istotnie jest dawniej, niż ćwierć wieku temu). Obszerne jej fragmenty są zamieszczone na stronie WWW "Chemin Neuf Polska".
Jednocześnie wypada mi zaznaczyć, że późniejszy Papież Rzymski miał wówczas na myśli Kościół lokalny zupełnie inny, niż UKGKwRP. Słowa swe pisał (i wygłaszał przez radio) w ówczesnej Bawarii, gdzie Kościół rzymskokatolicki był wyznaniem nie tylko większościowym, ale i liczącym się społecznie. Józef Mackiewicz, mieszkający wówczas w Monachium, ciekawie to opisywał (niestety, nie mogę sobie przypomnieć gdzie konkretnie), podkreślając nie tylko istnienie licznych kościołów, kaplic, kapliczek i krzyży, nie tylko powszechne pozdrowienie religijne Grüß Gott!, ale i to np., że - w odróżnieniu od przedwojennej Polski - wśród wypełniających kościoły tłumów nie było takiej przewagi kobiet, że było też dużo mężczyzn. Można to jakoś zestawić z sytuacją lokalnego Kościoła łacińskiego w Polsce. Ale nasza sytuacja jest inna - my już jesteśmy, i byliśmy zawsze po 1947 r., małą i ubogą mniejszością, do tego jeszcze przez długi okres po akcji "Wisła" silnie zastrachaną. Co nie znaczy, że laicyzacja nas nie dotknie - już dotyka. Procesy "opiłowywania katolików" też na nas wpłyną, już teraz można przewidywać, co przyniesie naszym budżetom parafialno-proboszczowskim redukcja godzin szkolnej nauki religii o połowę. Ale my jednak spadać będziemy nie z perszerona, a z kucyka, i nie do nas odnoszą się słowa Ratzingera o utracie "wielu budowli" (acz utrzymanie wielu cerkwi wiejskich dziś już stanowi problem) i "przywilejów społecznych" czy "pozornego bogactwa" (to z innego tekstu). To dla nas pewna szansa - my już mamy doświadczenie bycia w mniejszości, nieposiadania przywilejów społecznych i biedy. Owszem, w naszej sytuacji materialna strona "opiłowywania" dotknie nas bardziej, niż łacinników, bo dla nas więcej znaczą i godziny nauki religii płatne z budżetu, i dopłaty z Funduszu Kościelnego do składek ZUS. Ale my przecież pamiętamy (jako wspólnota) czasy, gdy tych rzeczy nie było, ba - gdy byliśmy ledwie tolerowani przez władze świeckie. Oczywiście, wtedy mogliśmy liczyć w pewnej mierze na wsparcie braci-łacinników, tych z Polski i tych z Zachodu. Z tym będzie gorzej. Ale za to mamy teraz pełną wewnętrzną samodzielność i swobodę, i to będzie z kolei różnicą in plus. Pytanie, czy i jak będziemy chcieli i umieli z tego korzystać.
I tu dochodzimy do innego, starszego tekstu Ratzingera - "Nowi poganie i Kościół" (1958). Tego samego, z którego pochodzi zwrot o "pozornych bogactwach". Z uwagi na zasadniczy temat tego wpisu nie będę się nad nim długo rozwodził, ale wspomnieć muszę, bo to w tym właśnie artykule widzę wyraźniej zarysowany istotny problem, przed którym stoi UKGKwRP. Przekład polski tego artykułu opublikowany został w książce "Ostatnie rozmowy". Ja zaś polecam dwa teksty ks. Andrzeja Draguły z "Więzi", w których tezy Ratzingera zostają omówione i zastosowane do sytuacji Kościoła łacińskiego w Polsce:
Inny Kościół przyszłości według Ratzingera (25.VI.2017)
oraz
Polscy wierzący poganie. Ratzinger czytany po latach (16.III.2018).
Każdy może przeczytać sam i wysnuć własne wnioski; oczywiście nie ma obowiązku zgadzania się ani z Ratzingerem, ani tym bardziej z Dragułą. Moim zdaniem właśnie w tym artykule został silniej zaakcentowany ten problem, który rzeczywiście odnosi się do UKGKwRP. Nie bogactwa, przywileje czy budynki, ale to, co lapidarnie nazwałbym zeświecczeniem mentalnym, a co jest moim zdaniem w pierwszym rzędzie konsekwencją etnocentrycznego podejścia do Kościoła i religii. Ale to już temat na osobny wpis.
W tym momencie wychodzimy z „Kościoła”. Czyli z tradycyjnej formy utrzymania się księdza na parafii. Będąc proboszczem w nielicznej osobowo parafii (około 200 osób) oraz gdy do przestrzegania postu zgodnie z prawem kościelnym jest około 20 osób. (Z postu zwolnione są osoby do 14-ego roku życia oraz osoby, które ukończyły 65-ty rok życia)
Jak widać, Ks. Paweł dawno nie czytał naszych krajowych przepisów postnych, bo zapomniał, że górną granicą obowiązku postnego jest ukończenie lat 60, a nie 65, jak pisze. ;-) Ale to drobiazg. Przyjmujemy, że w (około) 200-osobowej par. Cyganek jest łącznie (około) 20 osób w wieku 14-64 lata. Oczywiście dowcipny Ks. Proboszcz w żaden sposób nie odniósł się do kwestii podstawowej: a ile z tych (około) 180 pozostałych jest przed 14 rokiem życia, a ile po 65 urodzinach? Teoretycznie mogłaby to być parafia kipiąca od dziatwy, czyli z jakimiś widokami na przyszłość. Tyle, że czytelnik włada jednak jakąś logiką i odgaduje łacno, że skoro w przedziale 14-64 muszą się mieścić w zasadzie wszyscy rodzice owej dziatwy, to 10 par czy nawet 20 samotnych matek (!) nie będzie mieć w warunkach Polski współczesnej, powiedzmy, 100 dzieci. Licząc skrajnie optymistycznie - 10 par po 3 dzieci, to daje dzieci 30. Około 150 ludzi w 200-osobowej wspólnocie jest zatem po 65 roku życia, czyli w wieku emerytalnym. To 75 %, i to wg. bardzo optymistycznego szacunku. Równie dobrze tych par może być 5 i na każdą przypada 2 dzieci w wieku poniżej 14 lat; pozostałe osoby z 20-ki w przedziale 14-64 mogą być bezdzietne. W takim wariancie udział osób po 65 r.ż. wyniósłby 170 osób na 200, czyli 85 %. Oczywiście ktoś mógłby słusznie zauważyć, że dzieci może być więcej, bo w grupie rodziców będą i stadła mieszane, gdzie tylko jedna strona przynależy do par. Cyganek. Z drugiej jednak strony mogą być tam i bezdzietni, nie każdy ma po 2 dzieci, zwłaszcza obecnie, więc niech już tak zostanie, skoro Ks. Proboszcz raczył nas uraczyć zagadką, zamiast po prostu podać liczby parafian z poszczególnych przedziałów wiekowych.
Dane te każą sceptycznie patrzeć na przyszłość tej parafii. Same w sobie nie determinują jednak kwestii utrzymania proboszcza. Emeryci mogą być mniej lub bardziej zamożni, mniej lub bardziej hojni. Powiedziałbym, że emeryci mogą być zdolni do wnoszenia większego wkładu i pieniężnego, i osobistego (w postaci różnych form zaangażowania w życie parafialne) niż rodzice z dziećmi na utrzymaniu, mający może większe przychody i siły fizyczne, ale i większe potrzeby wydatkowe, i mniej wolnego czasu. Mogą być też bardziej przywiązani do parafii i Kościoła w ogóle, już to z racji mniejszego zakresu wpływów laicyzacyjnych w grupie osób starszych, już to z powodu odczuwania, że zbliża się kres ziemskiego żywota; w tym wieku sporo osób zaczyna postrzegać rzeczywistość sub specie aeternitatis. Rzecz jasna, są to tylko uwagi metodologiczne - nie odnoszą się one do konkretnej sytuacji parafii Cyganek.
O samej parafii Cyganek wypada wspomnieć jedno: ma ona charakter wiejski, na jej losy wpływa zatem czynnik dodatkowy - depopulacja wsi. Generalnie jest tak, że w Polsce obecnej wzrost demograficzny odnotowuje tak zwana "wielka piątka": Warszawa, Kraków, Wrocław, Poznań i Trójmiasto. Inne miasta mają z demografią większe lub mniejsze kłopoty. Wieś podlega wyludnieniu, z jednym w zasadzie wyjątkiem - miejscowości należących do aglomeracji miejskich. Oznacza to, że wiejskie parafie greckokatolickie, niezależnie od procesów laicyzacyjnych, ponoszą straty na skutek procesów depopulacyjnych. Młodzi wyjeżdżają, niejednokrotnie zabierają potem do miast zniedołężniałych rodziców czy dziadków. Ci, co na wsi zostają, dzieci mają mniej lub wcale. Procesy te uderzają nie tylko w aktualny "stan posiadania" naszych wspólnot wiejskich, ale i w ich możliwości ewentualnej ekspansji: gdybyśmy chcieli przyciągać do siebie nowych wiernych, to na wsi jest coraz mniej potencjalnych kandydatów do wciągnięcia w naszą orbitę duszpasterską. Stąd perspektywy parafii wiejskich są raczej ponure, z wyjątkami miejscowości podmiejskich czy jakichś centrów turystycznych, uzdrowisk i sanktuariów (w szerokim sensie), nastawionych jednak bardziej na turystów czy pielgrzymów, niż na ludność miejscową; w związku z tym ostatnim czynnikiem wspomnieć wypada, że takie ośrodki miałyby większe szanse, gdyby mieściły się w nich małe monastery czy domy zakonne, a takich na wsi nie mamy w ogóle, choć były próby założenia w Polsce monasteru studyckiego, i to - o ironio losu - właśnie w Cyganku...
ks. Ratzinger o tym „wyjściu” oraz opisie sytuacji, pisze tak, cyt: „Pójdźmy krok dalej. Z obecnego kryzysu wyłoni się Kościół jutra [...] Niewątpliwie odkryje nowe formy posługi kapłańskiej i będzie wyświęcał do kapłaństwa wypróbowanych chrześcijan, którzy wykonują już jakiś zawód.” Uważam osobiście, że jeszcze jesteśmy w okresie przejściowym. Z jednej strony księża, tacy jak ja, po seminarium, tylko z jedną dziedziną wykształcenia, teologia, oraz ci którzy już mają inny zawód oprócz teologii. W jednym z ostatnich odcinków naszego programu telewizyjnego Pełnia Wiary, była prezentowana sylwetka ks. Mikołaja, który jest informatykiem. Na swoje utrzymanie zarabia projektując strony internetowe oraz aplikacje jednocześnie posługując w parafiach eparchii Wrocławsko-Koszalińskiej.
Takie jest i moje zdanie. Mamy okres przejściowy. Obok klasycznych form "dorabiania", jak etaty kapelańskie, uczenie religii (także i rzymskokatolickiej niekiedy!), praca na uczelni - pojawiły się nowe. Któryś z naszych księży z Ukrainy, opiekujący się małymi wspólnotami nowych migrantów, pracuje, jak czytałem, w administracji czy kolportażu "Gościa Niedzielnego". Inny jest praktykującym psychoterapeutą, zgodnie z posiadanym wykształceniem świeckim.
W jakimś sensie zwiastunami owej Ratzingeriańskiej przyszłości są nasi diakoni, którzy święcenia przyjęli już jako ludzie mający już świeckie profesje. Nie słyszałem, by był u nas taki prezbiter (w Ukrainie - owszem, z jednym takim, nauczycielem akademickim z Politechniki Lwowskiej, studiowałem był teologię), choć były przypadki wejścia do Zakonu Bazyliańskiego czy kleru eparchialnego ludzi mających świeckie zawody - ale nie wykonywali ich oni jako duchowni. To się pewnie będzie zmieniać. Jako ciekawostkę podam, że wśród rzymskokatolickich duszpasterzy akademickich KUL pojawił się niedawno jezuita, który do zakonu wstąpił jako chirurg i podobno nadal praktykuje.
Na moim profilu instagramowym @zonatyksiadz, dla obserwujących zadałem pytanie, jaka praca dla księdza, poza służbą w parafii, była by przez ciebie akceptowalna? W sumie nikogo nie muszę pytać o zdanie, oprócz eparchy. Zgodnie z prawem, praca nie powinna godzić w nauczanie Kościoła. Obserwujący wskazali kilka zawodów. Między innymi: dziennikarz, pisarz, specjalista marketingu, kucharz, ogrodnik, pracownik biurowy, kierowca, bibliotekarz. Zapewne to jeszcze nie wszystkie pomysły, ale one już dają pewne światło, co byłoby akceptowalne społecznie.
Czy kapłan może wykonywać każdą pracę świecką? Oczywiście nie. Nie może po pierwsze robić takich rzeczy, które są z natury grzeszne - to dotyczy wszystkich wiernych. Po drugie, są pewne ograniczenia dotyczące już stricte kleru. Na pierwszym miejscu wymieniłbym kwestię tzw. "łagodności chrześcijańskiej". Duchowny nie może mieć do czynienia z przelewem krwi ludzkiej nawet w okolicznościach, w których tradycyjna teologia moralna dopuszcza udział świeckich. Nie może brać udziału w orzekaniu ani wykonywaniu kary śmierci, nie może brać udziału w walce zbrojnej (w wojsku może służyć jako kapelan albo członek personelu medycznego). Oczywiście, jakieś państwo może tych zasad nie respektować i kapłanów powoływać do zwykłej służby (księża francuscy w czasie I wojny, księża włoscy - późniejszy papież Jan XXIII zanim został kapelanem, był podoficerem, ks. Antoni Łopaciński z Łotwy zmobilizowany do Armii Czerwonej, później kapelan "ludowego" WP). Wtedy pozostaje ewentualnie wyjście znane ze wspomnieć biskupa polowego WP F.J. Gawliny, który jako kleryk diecezji wrocławskiej trafił do armii niemieckiej: "strzelałem (...) do świerczków, żeby Francuzom nie wyrządzić szkody" (J. Gawlina, Wspomnienia, opr. J. Myszor, Katowice 2004, s. 22). Ale generalnie nie wolno się dobrowolnie zaciągać do wojska (kan. 383 pkt 2 KKKW), a w przypadku obowiązku wojskowego należy korzystać z przysługujących zwolnień (tamże pkt 3).
Dalej idą zakazy handlu, biznesu i udzielania poręczeń majątkowych (KKKW, kan. 385 par. 2 i 3), kierowania związkami zawodowymi (to też może być sposób na życie) - kan. 384 par. 2 KKKW, wreszcie przyjmowania urzędów, z którymi łączy się wykonywanie władzy świeckiej (par. 383 pkt 1 KKKW). No i generalnie: "Duchowni powinni powstrzymywać się od wszystkiego, co nie przystoi ich stanowi według dokładniejszych przepisów prawa partykularnego oraz powinni unikać tego, co jest mu obce." (KKKW, kan. 382). Na szczęście "dokładniejsze przepisy prawa partykularnego", rozwijając ten przepis, nie wspominają konkretnie o podejmowaniu zawodów świeckich:
"§ 1. Священнослужителі повинні цілком утримуватися від усього, що не личить їхньому станові та християнському свідченню, а зокрема:
- висловлювати незгоду із вченням Церкви;
- підтримувати забобонні, магічні, окультні тощо практики;
- відвідувати заходи та видовища непристойного характеру;
- зловживати спиртними напоями;
- прихильно ставитися до різнорідних груп, рухів та організацій, котрі виразно протиставляються Церкві та християнським цінностям." (Kanony Prawa Partykularnego UKGK, kan. 58).
Gdyż dojście do pytania „co ludzie sobie pomyślą?” Dla poszczególnego księdza może być trudną przeprawą. Doświadczyłem tego osobiście, gdy w mojej historii wraz z małżonką zajmowaliśmy się marketingiem sieciowym . Dzisiaj z tych działań pozostały tylko i aż wspaniałe znajomości. Skargi „tych co sobie pomyśleli” znalazły swoje sformułowanie w upomnieniu oraz zakazie wypowiedzi w mediach społecznościowych.
Z jednej strony współczuję, z drugiej zaś muszę zauważyć, że marketing sieciowy, zwany także wielopoziomowym (ang. multi-level marketing, stąd skrót MLM) jest dość kontrowersyjnym zjawiskiem. Niejednemu w Polsce nazwy takie jak Amway czy Herbalife do dziś nie kojarzą się najlepiej, a Thermomix został niedawno bohaterem filmiku na Kanale Zero. Z "trzeciej strony" - doskonale rozumiem frustrację Ks. Pawła, wobec którego (jak się domyślam) ani autorzy skarg (jak rozumiem: niektórzy z wiernych, niekoniecznie parafian), ani wystawca upomnienia (jak rozumiem: biskup eparchialny) wykazali troskę o Jego pion moralny, ale żeby się bardziej zatroszczyć o byt materialny Jego i Rodziny, może w jakiś sposób zrekompensować odejście z MLM (do którego nie wszedł przecież na złość duszom pobożnym, tylko z realnej potrzeby zarobku) - to już nie. Z "czwartej strony" - obiektywnie patrząc, MLM jak najbardziej podpada pod zakaz zajmowania się handlem z kan. 385 par. 2 KKKW i kan. 60 Kanonów Prawa Partykularnego UKGK (cytuję: "Священнослужителям забороняється займатися фінансовими операціями, підприємницькою діяльністю і торгівлею особисто або через посередників для власної користі чи користі інших, хіба що за дозволом власного єпархіального єпископа. Єпархіальний єпископ не повинен надавати такого дозволу, не порадившись із власним Митрополитом.").
Jakie zatem powinno być właściwe rozwiązanie? Po raz pierwszy stanąłem przed tym problemem w roku 2002, gdy po marcowym Zgromadzeniu obu ówczesnych eparchii metropolii przemysko-warszawskiej przygotowywałem projekt ustawy partykularnej o diakonach i minorzystach, który następnie został przyjęty przez komisję duszpasterską, w potem - po nie zawsze szczęśliwych ingerencjach w tekst - został promulgowany i do dziś obowiązuje (w nowej redakcji z 2016 r.) przynajmniej w archieparchii przemysko-warszawskiej.W eparchii wrocławsko-koszalińskiej zdaje się obowiązywać (w każdym razie "wisi na stronie") redakcja pierwotna, z 2005 r.
Miałem o tyle łatwiej, że problem dotyczyć duchownych z założenia "nieetatowych", czyli mających się utrzymywać z pracy świeckiej. Pewien protodiakon z Kanady, największy w UKGK autorytet w sprawach diakońskich, udzielił mi wielu mądrych rad w procesie pracy nad projektem. W sprawie ograniczeń zawodowych stwierdził prosto i celnie: jeśli biskup nie utrzymuje duchownego i ten ostatni musi siebie i rodzinę utrzymać sam, to jakie prawo ma biskup wyznaczać, jakie zajęcia wolno owemu duchownemu wykonywać, a jakich nie? Przyjąłem ową linię rozumowania i stąd w ustawie (nr 41 redakcji z 2016 r., nr 43 redakcji z 2005 r.) norma mówiąca to tylko, że praca duchownego musi odpowiadać normom moralnośc chrześcijańskiej, zaś w sprawach wątpliwych osąd należy do biskupa.
Ks. Paweł jest w innej sytuacji. Jest duchownym jak najbardziej "etatowym", uprawnionym do utrzymania siebie (i rodziny) z pieniędzy kościelnych. Kodeks Kanonów Kościołów Wschodnich stanowi:
"Kan. 390 § 1. Duchowni mają prawo do odpowiedniego utrzymania, a zatem, stosownie do wypełniania powierzonego im urzędu albo zadania, do sprawiedliwego udziału w wynagrodzeniu, które, jeśli chodzi o duchownych żonatych, także powinno wystarczyć na utrzymanie ich rodziny, jeśli w inny wystarczający sposób tego nie zabezpieczono.
§ 2. Mają także prawo, aby im i ich rodzinie, jeśli są żonaci, było zabezpieczone odpowiednie ubezpieczenie i zabezpieczenie socjalne oraz opieka medyczna. Aby to prawo mogło być zrealizowane, duchowni są zobowiązani opłacać składki w instytucji, o której mowa w kan. 1021 § 2, zgodnie z przepisem prawa partykularnego."
Prawo Partykularne UKGK wtóruje prawu powszechnemu:
§ 1. Священнослужителі мають право на справедливу винагороду, розмір якої щорічно встановлює єпархіальний єпископ, порадившись із колегією єпархіальних радників і радою з економічних справ, беручи до уваги обставини місця і часу.
§ 2. Священнослужителі зобов’язані сплачувати внески до установи, про які мова в кан. 127 партикулярного права, у розмірі, визначеному єпархіальним єпископом.
Od razu powiem, że tajemniczej "instytucji" nie mamy, jej rolę odgrywają ZUS i NFZ. ;-) Istniejące w eparchiach tzw. fundusze kapłańskie mają charakter doraźno-zapomogowy i nie odpowiadają kryteriom ww. "instytucji".
Jak zatem widzimy, "duchowni mają prawo". Znamy więc podmiot uprawnienia. A jaki podmiot odpowiada za realizację tegoż uprawnienia? KKKW stanowi w kan. 192:
"§ 5. Biskup eparchialny winien się troszczyć, aby duchowni i ich rodziny, jeżeli są żonaci, mieli, zgodnie z przepisami prawa, odpowiednie utrzymanie, opiekę i zabezpieczenie społeczne, jak również opiekę lekarską."
Jak widzimy, prawu do utrzymania/wynagrodzenia, ubezpieczenia itd. po stronie duchownego (i jego rodziny) odpowiada po stronie biskupa eparchialnego nie "obowiązek zapewnienia", lecz "troski o zapewnienie" duchownemu tych rzeczy, a i to "zgodnie z przepisami prawa". Czyli zapewnić nie musi, byle się troszczył.
Osobiście od dawna jestem zwolennikiem systemu pensyjnego, podobnie jak je we Włoszech czy w łacińskiej diecezji opolskiej; wydaje się to również zgodne z duchem kan. 63 par. 1 Kanonów Prawa Partykularnego UKGK (nie wiem, czy w Ukrainie jest to realizowane, w Polsce na pewno nie). Na razie jednak takie rozwiązanie pozostaje wyłącznie w sferze pobożnych życzeń, które nie wiadomo czy i kiedy się ziszczą.
W obliczu katastrofy demograficznej i laicyzacji wydaje mi się, że model duchownego podejmującego również pracę świecką może stać się dominującym. Jeśli zaś chodzi o typ duchownego-dwuzawodowca par excellence, to również może się on upowszechnić. Oczywiście pojawią się w związku z tym pewne trudności. Kiedy taki duchowny ma zdobywać drugi zawód/wykształcenie? Łączyć studia teologiczne ze świeckimi? Czy najpierw zdobyć wykształcenie i zawód świecki, założyć rodzinę, ustabilizować się społecznie, a potem podjąć formację do stanu duchownego? A może przeciwnie - tak jak teraz: najpierw seminarium, ślub i święcenia, a potem - "na parafii" - szukanie i zdobywanie kwalifikacji w zawodzie świeckim? Pierwsze dwa warianty oznaczają konieczność odejścia od klasycznego modelu seminaryjnego. Trzeci nie - ale pojawia się trudność wspólna dla nr 2 i 3. Kto będzie utrzymywał kandydata i jego rodzinę w czasie formacji (wariant 2)? Jeśli młody ksiądz "na parafii" będzie potrzebował nowego zawodu, bo z parafii nie wyżyje - to jak wyżyje on i rodzina w czasie, gdy będzie dopiero zdobywał kwalifikacje? Trzeba pamiętać, że o ile istnieją już modele formacji duchownych dla kandydatów w starszym wieku, w tym i żonatych-dzieciatych, to jednak istnieją one tam, gdzie pieniądze nie są wielkim problemem, problemem może być tam brak kapłanów. Bo nie jest to łatwe, połączyć rodzinę, pracę i formację. W modelach, o których wspomniałem, bywa możliwość rezygnacji z pracy świeckiej na czas formacji, a nieraz i w ogóle (bo, powtarzam, pieniądze tam są, tylko kapłanów brakuje). U nas - przynajmniej na potrzeby naszych rozważań - przyjmujemy, że pieniędzy nie ma i duchowny, nawet proboszcz miałby dorabiać poza Kościołem. W takiej sytuacji możliwe wydają się dwa wyjścia - wariant nr 1 (w istocie wykluczający klasyczne seminarium), albo nr 2 - dla bogatych, których byłoby stać na czasowe porzucenie pracy na czas formacji, ew. dla tych, którzy by znaleźli sponsora. Można oczywiście przyjąć założenie, że do seminarium (klasycznego) przyjmujemy tylko ludzi już po studiach, z jakimiś kwalifikacjami - ale to ryzykowne. Czasy dzisiejsze charakteryzują się znaczną dynamiką, w tym na rynku pracy. Dyplom po 6 latach bez kontaktu z daną dziedzina może stracić na wartości (podobnie w wariancie 2). Z drugiej strony ta współczesna dynamika daje możliwości poszukiwań i rozwoju zawodowego także w wariancie 3 - czego dowodem sam Ks. Paweł, z pojedynczym przecież dyplomem i to z teologii, a jednak działający na różnych polach.
Oczywiście, duchowny posługujący w parafii i wykonujący pracę świecką to sytuacja stwarzająca pewne problemy, z których zaznaczę hasłowo trzy: 1) dyspozycyjność względem wiernych (oczywiście w sytuacji, gdy tych wiernych będzie malutko, nie będzie ona tak wielkim problemem), 2) dyspozycyjność względem biskupa, 3) zależność od biskupa. Dwa ostatnie mogą się na pierwszy rzut oka wydać problemami li tylko samych biskupów, w istocie jednak mogą wpływać na organizację pracy duszpasterskiej i na zwiększenie problemu łagodzenia konfliktów. Z jednej strony dobrze, by biskup czuł i wiedział, że swymi kapłanami nie może pomiatać, z drugiej kapłani mogą mieć w sytuacji długotrwałego zaognionego konfliktu z arcypasterzem pokusę zorganizowania nawet i jakiejś lokalnej schizmy.
I, na koniec, JAKA PRACA? Odpowiem tak - wykluczamy zajęcia niemoralne, służbę wojskową poza duszpasterstwem wojskowym, sprawowanie władzy publicznej. Co do reszty - co najmniej ostrożnie podchodzić należy do tych zajęć, które mogą duchownego zantagonizować z ludźmi czy w szczególności z parafianami. Po części na tym opierał się ów odwieczny zakaz zajmowania się handlem: na założeniu, że handlarz musi się targować (kiedyś nie było ustalonych cen), że jego zysk jest stratą klienta, że handel stwarza pokusę chciwości, spekulacji kosztem ubogich etc. Prawo kościelne powszechne i partykularne daje to jednak pewną furtkę - utrzymując zakaz, wprowadza możliwość biskupiej dyspensy. I słusznie, bo "zajmować się handlem" można jako prezes wielkiej firmy albo jako sprzedawca w obuwniczym. Drugie zastrzeżenie - żeby świeckie zajęcie nie "wciągnęło" bez reszty duchownego, i czasowo, i mentalnie. Z tego punktu widzenia najlepsza jest praca najemna, od-do, najlepiej w sektorze publicznym, nie w "korpo" żądającym od pracowników nieomalże zaprzedania mu się duszą i ciałem.
Zatem podsumowując - uważam, że kryteria selekcji zajęć dopuszczalnych dla księdza powinny być takie, by poprzez zajęć tych uprawianie nie zbrukał się on moralnie, nie zantagonizował z ludźmi, nie zdezawuował samego siebie jako świadka Chrystusa i nie zatracił priorytetów. Tyle.
I na sam koniec uwaga historyka: w jakimś sensie historia się powtarza. Unickich proboszczów w XVII-XVIII w. określano nieraz mianem agricola cum facultate liturgizandi - "rolnik z prawem celebrowania Liturgii". Parafie były małe, często jednowioskowe, chłopska "owczarnia" przy największej nawet hojności wiele dać swemu pasterzowi nie mogła, patron cerkwi też niekoniecznie był szczodry. Trzeba było żyć głównie z uprawy parafialnej ziemi i hodowli zwierząt. Myślę, że w obecnym momencie dziejowym warto by głębiej przestudiować tamte dzieje, by uświadomić sobie wszystkie minusy i plusy (tak, były i plusy!) ówczesnej sytuacji. Nie powtórzy się ona w dawnym kształcie, ale pewne paralele między "rolnikami z prawem celebrowania Liturgii" a "dwuzawodowcami" jednak da się zauważyć, a być może i wyciągnąć konstruktywne wnioski dla nadchodzącej epoki.
diakon Piotr Siwicki