wtorek, 18 marca 2025

O pozakościelnych zajęciach zarobkowych duchowieństwa - na marginesie tekstu Ks. P.W. Potocznego

 Ksiądz Paweł Wojciech Potoczny, proboszcz parafii greckokatolickiej w Cyganku na Żuławach, znany też w sieci pod nickiem/brandem/hasztagiem "Żonaty Ksiądz", napisał był ciekawy i ważny tekst na temat - w uproszczeniu - pozakościelnych zajęć zarobkowych duchowieństwa, a zwłaszcza o tym, czy i jak kapłan zatrudniony w duszpasterstwie, jako np. proboszcz (casus Autora), ma prawo "dorabiać na boku", jeśli dochody z parafii nie wystarczają na utrzymanie jego i rodziny.

Z góry chciałbym zaznaczyć, że zgadzam się generalnie z Autorem, jego diagnozą, wnioskami i przewidywaniami. Jeśli jednak na tym stwierdzeniu nie kończę, jeśli chcę dorzucić swoje parę groszy, to po to, by to i owo sprostować, uzupełnić czy rozwinąć. 

Tematyka, o której pisze Ks. Potoczny i którą siłą rzeczy zajmę się poniżej i ja, jest nie tylko ważna sama w sobie, ale i wpisuje się w nurt najnowszych mych wpisów - nt. Funduszu Kościelnego.

Ponieważ tekst ten jest wpisem z FB, za zezwoleniem Autora przekopiowałem go tutaj i najpierw przytoczę w całości, a potem odniosę się do fragmentów.

 

GDZIE KSIĘDZU WYPADA PRACOWAĆ, A GDZIE NIE WYPADA?

Siadając do tego tekstu mam wielki mętlik w głowie. Coś pomiędzy „trzeba zacząć działać” a „przecież księdzu nie wypada”. Również to pytanie w głowach wielu ludzi próbujących wstąpić na nową, nieznaną drogę „co sobie ludzie pomyślą?” W przypadku osoby duchownej, księdza, który od 18 lat posługuje ludziom, wystawiony na „świecznik”, ciągle pod obserwacją i oceną innych, to pytanie wcale nie jest banalne, a bardzo realne. Co wypada, a co nie wypada?

Porządkując chaos myśli, zacznijmy od „trzeba zacząć działać”. W ostatnim tygodniu w naszych parafiach czytaliśmy list od naszego biskupa Arkadiusza, w którym przedstawił dwa aspekty funkcjonowania Kościoła. Pierwszy finansowy- ziemski, drugi duszpasterski - duchowy. Człowiek realnie stąpający po ziemi, wysłuchawszy danych zawartych w tekście, może jasno określić, ze wspólnota Kościoła się zmniejsza. Nie chodzi o to, aby w tekście podawać cyferki do analizy, one są dostępne w statystyce kurii, ale chodzi o pewien fakt, który ma miejsce. Przychodzi mi na myśl wypowiedź ks. Josepha Ratzingera “Jak będzie wyglądać Kościół w roku 2000”. Warto pochylić się nad tym tekstem po ponad dwudziestu pięciu latach od jego publikacji. Coś czuję, że słowa ks. Ratzingera, późniejszego Papieża Benedykta XVI właśnie się realizują na naszych oczach. Jeżeli mówię o podjęciu działania w kwestii obecności księdza w świecie i w Kościele, te słowa oddają głębie również mojego pragnienia. Cyt.: "Ksiądz, który nie jest nikim więcej, niż pracownikiem socjalnym, może być zastąpiony przez psychoterapeutę i innych specjalistów; ale ksiądz, który nie jest specjalistą, który nie stoi [z boku], obserwując grę, udzielając oficjalnych rad, ale w imię Boga stawia się do dyspozycji człowieka, który towarzyszy ludziom w ich smutkach, w ich radościach, ich nadziei i strachu, taki ksiądz na pewno będzie potrzebny w przyszłości.”

Co przyszły papież ma na myśli, mówiąc, że ksiądz ma być specjalistą? Sprecyzował swoją myśl 25 maja 2006 r. w katedrze warszawskiej. "Wierni oczekują od kapłanów tylko jednego, aby byli specjalistami od spotkania człowieka z Bogiem - mówił do duchowieństwa stolicy Polski. - Nie wymaga się od księdza, by był ekspertem w sprawach ekonomii, budownictwa czy polityki. Oczekuje się od niego, by był ekspertem w dziedzinie życia duchowego.” Ta profesjonalna wiedza życia duchowego jest wymagająca w kontekście rozwoju osobistego, czyli formacja ludzka, rozwoju intelektualnego - solidna wiedza oraz rozwoju duchowego - modlitwa osobista. Dopiero na takim fundamencie ksiądz będzie mógł pójść w świat do „działania”.

W tym momencie wychodzimy z „Kościoła”. Czyli z tradycyjnej formy utrzymania się księdza na parafii. Będąc proboszczem w nielicznej osobowo parafii (około 200 osób) oraz gdy do przestrzegania postu zgodnie z prawem kościelnym jest około 20 osób. (Z postu zwolnione są osoby do 14-ego roku życia oraz osoby, które ukończyły 65-ty rok życia) ks. Ratzinger o tym „wyjściu” oraz opisie sytuacji, pisze tak, cyt: „Pójdźmy krok dalej. Z obecnego kryzysu wyłoni się Kościół jutra – Kościół, który stracił wiele. Będzie niewielki i będzie musiał zacząć od nowa, mniej więcej od początku. Nie będzie już w stanie zajmować wielu budowli, które wzniósł w czasach pomyślności. Ponieważ liczba jego zwolenników maleje, więc straci wiele ze swoich przywilejów społecznych.” I dodając kwestie „bycia księdza” we wspólnocie: „W przeciwieństwie do wcześniejszych czasów, będzie postrzegany dużo bardziej jako dobrowolne stowarzyszenie, do którego przystępuje się tylko na podstawie samodzielnej decyzji. Jako mała wspólnota, będzie kładł dużo większy nacisk na inicjatywę swoich poszczególnych członków. Niewątpliwie odkryje nowe formy posługi kapłańskiej i będzie wyświęcał do kapłaństwa wypróbowanych chrześcijan, którzy wykonują już jakiś zawód.” Uważam osobiście, że jeszcze jesteśmy w okresie przejściowym. Z jednej strony księża, tacy jak ja, po seminarium, tylko z jedną dziedziną wykształcenia, teologia, oraz ci którzy już mają inny zawód oprócz teologii. W jednym z ostatnich odcinków naszego programu telewizyjnego Pełnia Wiary, była prezentowana sylwetka ks. Mikołaja, który jest informatykiem. Na swoje utrzymanie zarabia projektując strony internetowe oraz aplikacje jednocześnie posługując w parafiach eparchii Wrocławsko-Koszalińskiej.

Na moim profilu instagramowym @zonatyksiadz, dla obserwujących zadałem pytanie, jaka praca dla księdza, poza służbą w parafii, była by przez ciebie akceptowalna? W sumie nikogo nie muszę pytać o zdanie, oprócz eparchy. Zgodnie z prawem, praca nie powinna godzić w nauczanie Kościoła. Obserwujący wskazali kilka zawodów. Między innymi: dziennikarz, pisarz, specjalista marketingu, kucharz, ogrodnik, pracownik biurowy, kierowca, bibliotekarz. Zapewne to jeszcze nie wszystkie pomysły, ale one już dają pewne światło, co byłoby akceptowalne społecznie. Gdyż dojście do pytania „co ludzie sobie pomyślą?” Dla poszczególnego księdza może być trudną przeprawą. Doświadczyłem tego osobiście, gdy w mojej historii wraz z małżonką zajmowaliśmy się marketingiem sieciowym . Dzisiaj z tych działań pozostały tylko i aż wspaniałe znajomości. Skargi „tych co sobie pomyśleli” znalazły swoje sformułowanie w upomnieniu oraz zakazie wypowiedzi w mediach społecznościowych. Więc „ludzie” nie zawsze sobie dobrze myślą i to trzeba zaakceptować. Mam wrażenie, że czasami zachowujemy się w Kościele jak małe dzieci w przedszkolu. „Proszę pani, a ten mi zabrał zabawkę, a tamten powiedział mi przykre słowo”. Taka infantylizacja relacji wśród dorosłych ludzi prowadzi do coraz mniej poważnego traktowania się nawzajem, a z drugiej strony do strachu, który paraliżuje podejmowanie jakichkolwiek działań w życiu. Nie tylko duszpasterskim.

Jednocześnie taka postawa, zaprzecza nauczaniu obecnego Papieża Franciszka, który niejednokrotnie wskazuje na formę „bycia księdza” w świecie: „Kapłan, który w niewielkim stopniu wychodzi z samego siebie, który niewiele namaszcza — nie mówię «wcale», bo, dzięki Bogu, wierni wykradają nam namaszczenie — traci to, co najlepsze z naszego ludu, to, co potrafi poruszyć najgłębszą część jego kapłańskiego serca. Ten, kto nie wychodzi z samego siebie, zamiast być mediatorem, staje się stopniowo pośrednikiem i zarządcą. Wszyscy znamy różnicę: pośrednik i zarządca «otrzymali już swoją zapłatę», a ponieważ nie ryzykują własnej skóry i swojego serca, nie otrzymują serdecznego podziękowania, wypływającego z serca. Stąd właśnie bierze się niezadowolenie tych, którzy stają się smutni — są smutnymi księżmi i zamieniają się w swego rodzaju kolekcjonerów antyków albo nowinek, zamiast być pasterzami «pachnącymi jak owce» — o to was proszę: bądźcie pasterzami «o zapachu owiec», aby to się czuło — zamiast być pasterzami pośród swojej trzody i rybakami ludzi. ” (Homilia podczas Mszy św. Krzyżma w Wielki Czwartek, 28.03.2013)

Odpowiedź na wezwanie Papieża Franciszka oczywiście może być różna. Każdy z nas może inaczej rozumieć „pachnący owcami” Jednak to niezmienia faktu, że wizja Papieża Benedykta XVI staje się realnym życiem księdza w wizji Papieża Franciszka. Nie ma jednego modelu, jak to robić, ale jest jedno i to samo wezwanie. Być z ludźmi, aby głosić Ewangelię o zbawieniu świata w Jezusie Chrystusie, aby dać ludziom nadzieję. Dlatego wstąpiłem do seminarium, dlatego przyjąłem sakrament małżeństwa i kapłaństwa. Jako mąż, ojciec - głowa rodziny, jestem za nią odpowiedzialny. Na płaszczyźnie materialnej oraz duchowej. Wraz z moją małżonką przyświeca nam misja wychowania dzieci w wierze chrześcijańskiej i dawanie świadectwa o tym, że Jezus Zmartwychwstał i żyje. Jako kapłan przyjąłem obowiązki związane z posługą dla Ludu Bożego, aby mu towarzyszyć w drodze do życia wiecznego. Jak pisze Papież Franciszek „aby nie być tylko zarządcą”.

Co Ty myślisz o pracy księdza innej, niż tylko posługa w parafii? Koniecznie podziel się swoimi refleksjami w komentarzu.

Ks. Paweł Potoczny : @zonatyksiadz


Tyle Ks. Paweł. 

Poniżej garść moich uwag poprzedzonych cytatami:


W ostatnim tygodniu w naszych parafiach czytaliśmy list od naszego biskupa Arkadiusza, w którym przedstawił dwa aspekty funkcjonowania Kościoła. Pierwszy finansowy- ziemski, drugi duszpasterski - duchowy. Człowiek realnie stąpający po ziemi, wysłuchawszy danych zawartych w tekście, może jasno określić, ze wspólnota Kościoła się zmniejsza. Nie chodzi o to, aby w tekście podawać cyferki do analizy, one są dostępne w statystyce kurii, ale chodzi o pewien fakt, który ma miejsce.


Trochę szkoda, że Autor nie zechciał jednak podzielić się z nami owymi "cyferkami" czy też "danymi zawartymi w tekście" listu JE Biskupa Olsztyńsko-Gdańskiego, który jako żywo poza naszą najmłodszą eparchią czytany nie był, a eparchialna strona WWW skromnie przemilcza jego istnienie. Wyrażenie, iż "cyferki" są "dostępne w statystyce kurii", jest mimowolnie (?) humorystyczne. Dla kogo niby są "dostępne"? Dla Księdza Biskupa?

Tak czy inaczej, nie trzeba kurialnych danych, by konstatować demograficzny kryzys UKGKwRP, zwłaszcza na terenie eparchii ze stolicą w Olsztynie. Wystarczy zajrzeć do danych spisów powszechnych, które skrzętnie zebrał - i zmiany w latach 2011-2021 obliczył - niżej podpisany we wpisie blogowym z 28.IX.2023. W województwie warmińsko-mazurskim, które jest "trzonem" tej eparchii, nastąpił spadek identyfikacji greckokatolickich o 26,022 %; (nieco) większy zanotowano jedynie w zachodniopomorskim - 26,898 %). W pomorskim, gdzie znajduje się parafia Cyganek (samo województwo jednak podzielone jest między eparchie olsztyńsko-gdańską i wrocławsko-koszalińską), spadek był również widoczny, acz już nie tak wielki (11,381 %). To wszystko w warunkach sporej wszak (zwłaszcza od 2014 r.) imigracji z Ukrainy, która w niektórych innych województwach spowodowała wzrosty czasem i o ponad 100 %, a w innych przynajmniej stworzyła wrażenie demograficznej stabilizacji. Zatem w świetle danych spisowych moja dawniejsza teza ("UKGKwRP znajduje się w głębokim kryzysie pod pozorami wzrostu") w aspekcie demograficznym o tyle nie znajduje potwierdzenia, że w skali kraju są to pozory stabilizacji, a nie wzrostu, zaś w województwach, gdzie zamieszkiwali zawsze najliczniej grekokatolicy przesiedleni w 1947 r. i ich potomkowie, mamy do czynienia albo ze spadkiem i to nieraz dużym, albo co najwyżej ze stabilizacją. Statystyczne wzrosty notują województwa, w których duszpasterstwo greckokatolickie przed 2014 r. (a tym bardziej przed rokiem 1989) było obecne symbolicznie lub wcale - z wyjątkiem małopolskiego (wzrost o 28,675 %).


Przychodzi mi na myśl wypowiedź ks. Josepha Ratzingera “Jak będzie wyglądać Kościół w roku 2000”. Warto pochylić się nad tym tekstem po ponad dwudziestu pięciu latach od jego publikacji. Coś czuję, że słowa ks. Ratzingera, późniejszego Papieża Benedykta XVI właśnie się realizują na naszych oczach. 


Stylistyczna niezręczność naszego Autora zdaje się prowadzić do sugestii, że skoro 2025-25=2000, to "ksiądz Ratzinger" rozpisywał się o tym, "jak będzie wyglądać Kościół w roku 2000" niedługo przed tymże... rokiem 2000. Niewątpliwie gwarantowałoby duży zakres trafności prognozy. ;-) Żarty żartami, ale całkiem już serio bardzo jestem wdzięczny Autorowi za przypomnienie tej wizji (pochodzącej w rzeczywistości z roku 1969, co istotnie jest dawniej, niż ćwierć wieku temu). Obszerne jej fragmenty są zamieszczone na stronie WWW "Chemin Neuf Polska". 

Jednocześnie wypada mi zaznaczyć, że późniejszy Papież Rzymski miał wówczas na myśli Kościół lokalny zupełnie inny, niż UKGKwRP. Słowa swe pisał (i wygłaszał przez radio) w ówczesnej Bawarii, gdzie Kościół rzymskokatolicki był wyznaniem nie tylko większościowym, ale i liczącym się społecznie. Józef Mackiewicz, mieszkający wówczas w Monachium, ciekawie to opisywał (niestety, nie mogę sobie przypomnieć gdzie konkretnie), podkreślając nie tylko istnienie licznych kościołów, kaplic, kapliczek i krzyży, nie tylko powszechne pozdrowienie religijne Grüß Gott!, ale i to np., że - w odróżnieniu od przedwojennej Polski - wśród wypełniających kościoły tłumów nie było takiej przewagi kobiet, że było też dużo mężczyzn. Można to jakoś zestawić z sytuacją lokalnego Kościoła łacińskiego w Polsce. Ale nasza sytuacja jest inna - my już jesteśmy, i byliśmy zawsze po 1947 r., małą i ubogą mniejszością, do tego jeszcze przez długi okres po akcji "Wisła" silnie zastrachaną. Co nie znaczy, że laicyzacja nas nie dotknie - już dotyka. Procesy "opiłowywania katolików" też na nas wpłyną, już teraz można przewidywać, co przyniesie naszym budżetom parafialno-proboszczowskim redukcja godzin szkolnej nauki religii o połowę. Ale my jednak spadać będziemy nie z perszerona, a z kucyka, i nie do nas odnoszą się słowa Ratzingera o utracie "wielu budowli" (acz utrzymanie wielu cerkwi wiejskich dziś już stanowi problem) i "przywilejów społecznych" czy "pozornego bogactwa" (to z innego tekstu). To dla nas pewna szansa - my już mamy doświadczenie bycia w mniejszości, nieposiadania przywilejów społecznych i biedy. Owszem, w naszej sytuacji materialna strona "opiłowywania" dotknie nas bardziej, niż łacinników, bo dla nas więcej znaczą i godziny nauki religii płatne z budżetu, i dopłaty z Funduszu Kościelnego do składek ZUS. Ale my przecież pamiętamy (jako wspólnota) czasy, gdy tych rzeczy nie było, ba - gdy byliśmy ledwie tolerowani przez władze świeckie. Oczywiście, wtedy mogliśmy liczyć w pewnej mierze na wsparcie braci-łacinników, tych z Polski i tych z Zachodu. Z tym będzie gorzej. Ale za to mamy teraz pełną wewnętrzną samodzielność i swobodę, i to będzie z kolei różnicą in plus. Pytanie, czy i jak będziemy chcieli i umieli z tego korzystać. 

I tu dochodzimy do innego, starszego tekstu Ratzingera - "Nowi poganie i Kościół" (1958). Tego samego, z którego pochodzi zwrot o "pozornych bogactwach". Z uwagi na zasadniczy temat tego wpisu nie będę się nad nim długo rozwodził, ale wspomnieć muszę, bo to w tym właśnie artykule widzę wyraźniej zarysowany istotny problem, przed którym stoi UKGKwRP. Przekład polski tego artykułu opublikowany został w książce "Ostatnie rozmowy". Ja zaś polecam dwa teksty ks. Andrzeja Draguły z "Więzi", w których tezy Ratzingera zostają omówione i zastosowane do sytuacji Kościoła łacińskiego w Polsce:


Inny Kościół przyszłości według Ratzingera (25.VI.2017)

oraz

Polscy wierzący poganie. Ratzinger czytany po latach (16.III.2018).


Każdy może przeczytać sam i wysnuć własne wnioski; oczywiście nie ma obowiązku zgadzania się ani z Ratzingerem, ani tym bardziej z Dragułą. Moim zdaniem właśnie w tym artykule został silniej zaakcentowany ten problem, który rzeczywiście odnosi się do UKGKwRP. Nie bogactwa, przywileje czy budynki, ale to, co lapidarnie nazwałbym zeświecczeniem mentalnym, a co jest moim zdaniem w pierwszym rzędzie konsekwencją etnocentrycznego podejścia do Kościoła i religii. Ale to już temat na osobny wpis.


W tym momencie wychodzimy z „Kościoła”. Czyli z tradycyjnej formy utrzymania się księdza na parafii. Będąc proboszczem w nielicznej osobowo parafii (około 200 osób) oraz gdy do przestrzegania postu zgodnie z prawem kościelnym jest około 20 osób. (Z postu zwolnione są osoby do 14-ego roku życia oraz osoby, które ukończyły 65-ty rok życia) 


Jak widać, Ks. Paweł dawno nie czytał naszych krajowych przepisów postnych, bo zapomniał, że górną granicą obowiązku postnego jest ukończenie lat 60, a nie 65, jak pisze. ;-) Ale to drobiazg. Przyjmujemy, że w (około) 200-osobowej par. Cyganek jest łącznie (około) 20 osób w wieku 14-64 lata. Oczywiście dowcipny Ks. Proboszcz w żaden sposób nie odniósł się do kwestii podstawowej: a ile z tych (około) 180 pozostałych jest przed 14 rokiem życia, a ile po 65 urodzinach?  Teoretycznie mogłaby to być parafia kipiąca od dziatwy, czyli z jakimiś widokami na przyszłość. Tyle, że czytelnik włada jednak jakąś logiką i odgaduje łacno, że skoro w przedziale 14-64 muszą się mieścić w zasadzie wszyscy rodzice owej dziatwy, to 10 par czy nawet 20 samotnych matek (!) nie będzie mieć w warunkach Polski współczesnej, powiedzmy, 100 dzieci. Licząc skrajnie optymistycznie - 10 par po 3 dzieci, to daje dzieci 30. Około 150 ludzi w 200-osobowej wspólnocie jest zatem po 65 roku życia, czyli w wieku emerytalnym. To 75 %,  i to wg. bardzo optymistycznego szacunku. Równie dobrze tych par może być 5 i na każdą przypada 2 dzieci w wieku poniżej 14 lat; pozostałe osoby z 20-ki w przedziale 14-64 mogą być bezdzietne. W takim wariancie udział osób po 65 r.ż. wyniósłby 170 osób na 200, czyli 85 %.  Oczywiście ktoś mógłby słusznie zauważyć, że dzieci może być więcej, bo w grupie rodziców będą i stadła mieszane, gdzie tylko jedna strona przynależy do par. Cyganek. Z drugiej jednak strony mogą być tam i bezdzietni, nie każdy ma po 2 dzieci, zwłaszcza obecnie, więc niech już tak zostanie, skoro Ks. Proboszcz raczył nas uraczyć zagadką, zamiast po prostu podać liczby parafian z poszczególnych przedziałów wiekowych.

Dane te każą sceptycznie patrzeć na przyszłość tej parafii. Same w sobie nie determinują jednak kwestii utrzymania proboszcza. Emeryci mogą być mniej lub bardziej zamożni, mniej lub bardziej hojni. Powiedziałbym, że emeryci mogą być zdolni do wnoszenia większego wkładu i pieniężnego, i osobistego (w postaci różnych form zaangażowania w życie parafialne) niż rodzice z dziećmi na utrzymaniu, mający może większe przychody i siły fizyczne, ale i większe potrzeby wydatkowe, i mniej wolnego czasu. Mogą być też bardziej przywiązani do parafii i Kościoła w ogóle, już to z racji mniejszego zakresu wpływów laicyzacyjnych w grupie osób starszych, już to z powodu odczuwania, że zbliża się kres ziemskiego żywota; w tym wieku sporo osób zaczyna postrzegać rzeczywistość sub specie aeternitatis. Rzecz jasna, są to tylko uwagi metodologiczne - nie odnoszą się one do konkretnej sytuacji parafii Cyganek. 

O samej parafii Cyganek wypada wspomnieć jedno: ma ona charakter wiejski, na jej losy wpływa zatem czynnik dodatkowy - depopulacja wsi. Generalnie jest tak, że w Polsce obecnej wzrost demograficzny odnotowuje tak zwana "wielka piątka": Warszawa, Kraków, Wrocław, Poznań i Trójmiasto. Inne miasta mają z demografią większe lub mniejsze kłopoty. Wieś podlega wyludnieniu, z jednym w zasadzie wyjątkiem - miejscowości należących do aglomeracji miejskich. Oznacza to, że wiejskie parafie greckokatolickie, niezależnie od procesów laicyzacyjnych, ponoszą straty na skutek procesów depopulacyjnych. Młodzi wyjeżdżają, niejednokrotnie zabierają potem do miast zniedołężniałych rodziców czy dziadków. Ci, co na wsi zostają, dzieci mają mniej lub wcale. Procesy te uderzają nie tylko w aktualny "stan posiadania" naszych wspólnot wiejskich, ale i w ich możliwości ewentualnej ekspansji: gdybyśmy chcieli przyciągać do siebie nowych wiernych, to na wsi jest coraz mniej potencjalnych kandydatów do wciągnięcia w naszą orbitę duszpasterską. Stąd perspektywy parafii wiejskich są raczej ponure, z wyjątkami miejscowości podmiejskich czy jakichś centrów turystycznych, uzdrowisk i sanktuariów (w szerokim sensie), nastawionych jednak bardziej na turystów czy pielgrzymów, niż na ludność miejscową; w związku z tym ostatnim czynnikiem wspomnieć wypada, że takie ośrodki miałyby większe szanse, gdyby mieściły się w nich małe monastery czy domy zakonne, a takich na wsi nie mamy w  ogóle, choć były próby założenia w Polsce monasteru studyckiego, i to - o ironio losu - właśnie w Cyganku...


ks. Ratzinger o tym „wyjściu” oraz opisie sytuacji, pisze tak, cyt: „Pójdźmy krok dalej. Z obecnego kryzysu wyłoni się Kościół jutra [...] Niewątpliwie odkryje nowe formy posługi kapłańskiej i będzie wyświęcał do kapłaństwa wypróbowanych chrześcijan, którzy wykonują już jakiś zawód.” Uważam osobiście, że jeszcze jesteśmy w okresie przejściowym. Z jednej strony księża, tacy jak ja, po seminarium, tylko z jedną dziedziną wykształcenia, teologia, oraz ci którzy już mają inny zawód oprócz teologii. W jednym z ostatnich odcinków naszego programu telewizyjnego Pełnia Wiary, była prezentowana sylwetka ks. Mikołaja, który jest informatykiem. Na swoje utrzymanie zarabia projektując strony internetowe oraz aplikacje jednocześnie posługując w parafiach eparchii Wrocławsko-Koszalińskiej.


Takie jest i moje zdanie. Mamy okres przejściowy. Obok klasycznych form "dorabiania", jak etaty kapelańskie, uczenie religii (także i rzymskokatolickiej niekiedy!), praca na uczelni - pojawiły się nowe. Któryś z naszych księży z Ukrainy, opiekujący się małymi wspólnotami nowych migrantów, pracuje, jak czytałem, w administracji czy kolportażu "Gościa Niedzielnego". Inny jest praktykującym psychoterapeutą, zgodnie z posiadanym wykształceniem świeckim. 

W jakimś sensie zwiastunami owej Ratzingeriańskiej przyszłości są nasi diakoni, którzy święcenia przyjęli już jako ludzie mający już świeckie profesje. Nie słyszałem, by był u nas taki prezbiter (w Ukrainie - owszem, z jednym takim, nauczycielem akademickim z Politechniki Lwowskiej, studiowałem był teologię), choć były przypadki wejścia do Zakonu Bazyliańskiego czy kleru eparchialnego ludzi mających świeckie zawody - ale nie wykonywali ich oni jako duchowni. To się pewnie będzie zmieniać. Jako ciekawostkę podam, że wśród rzymskokatolickich duszpasterzy akademickich KUL pojawił się niedawno jezuita, który do zakonu wstąpił jako chirurg i podobno nadal praktykuje. 


Na moim profilu instagramowym @zonatyksiadz, dla obserwujących zadałem pytanie, jaka praca dla księdza, poza służbą w parafii, była by przez ciebie akceptowalna? W sumie nikogo nie muszę pytać o zdanie, oprócz eparchy. Zgodnie z prawem, praca nie powinna godzić w nauczanie Kościoła. Obserwujący wskazali kilka zawodów. Między innymi: dziennikarz, pisarz, specjalista marketingu, kucharz, ogrodnik, pracownik biurowy, kierowca, bibliotekarz. Zapewne to jeszcze nie wszystkie pomysły, ale one już dają pewne światło, co byłoby akceptowalne społecznie. 


Czy kapłan może wykonywać każdą pracę świecką? Oczywiście nie. Nie może po pierwsze robić takich rzeczy, które są z natury grzeszne - to dotyczy wszystkich wiernych. Po drugie, są pewne ograniczenia dotyczące już stricte kleru. Na pierwszym miejscu wymieniłbym kwestię tzw. "łagodności chrześcijańskiej". Duchowny nie może mieć do czynienia z przelewem krwi ludzkiej nawet w okolicznościach, w których tradycyjna teologia moralna dopuszcza udział świeckich. Nie może brać udziału w orzekaniu ani wykonywaniu kary śmierci, nie może brać udziału w walce zbrojnej (w wojsku może służyć jako kapelan albo członek personelu medycznego). Oczywiście, jakieś państwo może tych zasad nie respektować i kapłanów powoływać do zwykłej służby (księża francuscy w czasie I wojny, księża włoscy - późniejszy papież Jan XXIII zanim został kapelanem, był podoficerem, ks. Antoni Łopaciński z Łotwy zmobilizowany do Armii Czerwonej, później kapelan "ludowego" WP). Wtedy pozostaje ewentualnie wyjście znane ze wspomnieć biskupa polowego WP F.J. Gawliny, który jako kleryk diecezji wrocławskiej trafił do armii niemieckiej: "strzelałem (...) do świerczków, żeby Francuzom nie wyrządzić szkody" (J. Gawlina, Wspomnienia, opr. J. Myszor, Katowice 2004, s. 22). Ale generalnie nie wolno się dobrowolnie zaciągać do wojska (kan. 383 pkt 2 KKKW), a w przypadku obowiązku wojskowego należy korzystać z przysługujących zwolnień (tamże pkt 3).

Dalej idą zakazy handlu, biznesu i udzielania poręczeń majątkowych (KKKW, kan. 385 par. 2 i 3), kierowania związkami zawodowymi (to też może być sposób na życie) - kan. 384 par. 2 KKKW, wreszcie przyjmowania urzędów, z którymi łączy się wykonywanie władzy świeckiej (par. 383 pkt 1 KKKW). No i generalnie: "Duchowni powinni powstrzymywać się od wszystkiego, co nie przystoi ich stanowi według dokładniejszych przepisów prawa partykularnego oraz powinni unikać tego, co jest mu obce." (KKKW, kan. 382). Na szczęście "dokładniejsze przepisy prawa partykularnego", rozwijając ten przepis, nie wspominają konkretnie o podejmowaniu zawodów świeckich:

"§ 1. Священнослужителі повинні цілком утримуватися від усього, що не личить їхньому станові та християнському свідченню, а зокрема:

  1. висловлювати незгоду із вченням Церкви;

  2. підтримувати забобонні, магічні, окультні тощо практики;

  3. відвідувати заходи та видовища непристойного характеру;

  4. зловживати спиртними напоями;

  5. прихильно ставитися до різнорідних груп, рухів та організацій, котрі виразно протиставляються Церкві та християнським цінностям." (Kanony Prawa Partykularnego UKGK, kan. 58). 


Gdyż dojście do pytania „co ludzie sobie pomyślą?” Dla poszczególnego księdza może być trudną przeprawą. Doświadczyłem tego osobiście, gdy w mojej historii wraz z małżonką zajmowaliśmy się marketingiem sieciowym . Dzisiaj z tych działań pozostały tylko i aż wspaniałe znajomości. Skargi „tych co sobie pomyśleli” znalazły swoje sformułowanie w upomnieniu oraz zakazie wypowiedzi w mediach społecznościowych.


Z jednej strony współczuję, z drugiej zaś muszę zauważyć, że marketing sieciowy, zwany także wielopoziomowym (ang. multi-level marketing, stąd skrót MLM) jest dość kontrowersyjnym zjawiskiem. Niejednemu w Polsce nazwy takie jak Amway czy Herbalife do dziś nie kojarzą się najlepiej, a Thermomix został niedawno bohaterem filmiku na Kanale Zero. Z "trzeciej strony" - doskonale rozumiem frustrację Ks. Pawła, wobec którego (jak się domyślam) ani autorzy skarg (jak rozumiem: niektórzy z wiernych, niekoniecznie parafian), ani wystawca upomnienia (jak rozumiem: biskup eparchialny) wykazali troskę o Jego pion moralny, ale żeby się bardziej zatroszczyć o byt materialny Jego i Rodziny, może w jakiś sposób zrekompensować odejście z MLM (do którego nie wszedł przecież na złość duszom pobożnym, tylko z realnej potrzeby zarobku) - to już nie.  Z "czwartej strony" - obiektywnie patrząc, MLM jak najbardziej podpada pod zakaz zajmowania się handlem z kan. 385 par. 2 KKKW i kan. 60 Kanonów Prawa Partykularnego UKGK (cytuję: "Священнослужителям забороняється займатися фінансовими операціями, підприємницькою діяльністю і торгівлею особисто або через посередників для власної користі чи користі інших, хіба що за дозволом власного єпархіального єпископа. Єпархіальний єпископ не повинен надавати такого дозволу, не порадившись із власним Митрополитом.").


Jakie zatem powinno być właściwe rozwiązanie? Po raz pierwszy stanąłem przed tym problemem w roku 2002, gdy po marcowym Zgromadzeniu obu ówczesnych eparchii metropolii przemysko-warszawskiej przygotowywałem projekt ustawy partykularnej o diakonach i minorzystach, który następnie został przyjęty przez komisję duszpasterską, w potem - po nie zawsze szczęśliwych ingerencjach w tekst - został promulgowany i do dziś obowiązuje (w nowej redakcji z 2016 r.) przynajmniej w archieparchii przemysko-warszawskiej.W eparchii wrocławsko-koszalińskiej zdaje się obowiązywać (w każdym razie "wisi na stronie") redakcja pierwotna, z 2005 r.

Miałem o tyle łatwiej, że problem dotyczyć duchownych z założenia "nieetatowych", czyli mających się utrzymywać z pracy świeckiej. Pewien protodiakon z Kanady, największy w UKGK autorytet w sprawach diakońskich, udzielił mi wielu mądrych rad w procesie pracy nad projektem. W sprawie ograniczeń zawodowych stwierdził prosto i celnie: jeśli biskup nie utrzymuje duchownego i ten ostatni musi siebie i rodzinę utrzymać sam, to jakie prawo ma biskup wyznaczać, jakie zajęcia wolno owemu duchownemu wykonywać, a jakich nie? Przyjąłem ową linię rozumowania i stąd w ustawie (nr 41 redakcji z 2016 r., nr 43 redakcji z 2005 r.) norma mówiąca to tylko, że praca duchownego musi odpowiadać normom moralnośc chrześcijańskiej, zaś w sprawach wątpliwych osąd należy do biskupa.


Ks. Paweł jest w innej sytuacji. Jest duchownym jak najbardziej "etatowym", uprawnionym do utrzymania siebie (i rodziny) z pieniędzy kościelnych. Kodeks Kanonów Kościołów Wschodnich stanowi:

"Kan. 390 § 1. Duchowni mają prawo do odpowiedniego utrzymania, a zatem, stosownie do wypełniania powierzonego im urzędu albo zadania, do sprawiedliwego udziału w wynagrodzeniu, które, jeśli chodzi o duchownych żonatych, także powinno wystarczyć na utrzymanie ich rodziny, jeśli w inny wystarczający sposób tego nie zabezpieczono.

§ 2. Mają także prawo, aby im i ich rodzinie, jeśli są żonaci, było zabezpieczone odpowiednie ubezpieczenie i zabezpieczenie socjalne oraz opieka medyczna. Aby to prawo mogło być zrealizowane, duchowni są zobowiązani opłacać składki w instytucji, o której mowa w kan. 1021 § 2, zgodnie z przepisem prawa partykularnego."

Prawo Partykularne UKGK wtóruje prawu powszechnemu:

Кан. 63

§ 1. Священнослужителі мають право на справедливу винагороду, розмір якої щорічно встановлює єпархіальний єпископ, порадившись із колегією єпархіальних радників і радою з економічних справ, беручи до уваги обставини місця і часу.

§ 2. Священнослужителі зобов’язані сплачувати внески до установи, про які мова в кан. 127 партикулярного права, у розмірі, визначеному єпархіальним єпископом.

Od razu powiem, że tajemniczej "instytucji" nie mamy, jej rolę odgrywają ZUS i NFZ. ;-) Istniejące w eparchiach tzw. fundusze kapłańskie mają charakter doraźno-zapomogowy i nie odpowiadają kryteriom ww. "instytucji".

Jak zatem widzimy, "duchowni mają prawo". Znamy więc podmiot uprawnienia. A jaki podmiot odpowiada za realizację tegoż uprawnienia? KKKW stanowi w kan. 192:

"§ 5. Biskup eparchialny winien się troszczyć, aby duchowni i ich rodziny, jeżeli są żonaci, mieli, zgodnie z przepisami prawa, odpowiednie utrzymanie, opiekę i zabezpieczenie społeczne, jak również opiekę lekarską."

Jak widzimy, prawu do utrzymania/wynagrodzenia, ubezpieczenia itd. po stronie duchownego (i jego rodziny) odpowiada po stronie biskupa eparchialnego nie "obowiązek zapewnienia", lecz "troski o zapewnienie" duchownemu tych rzeczy, a i to "zgodnie z przepisami prawa". Czyli zapewnić nie musi, byle się troszczył.

Osobiście od dawna jestem zwolennikiem systemu pensyjnego, podobnie jak je we Włoszech czy w łacińskiej diecezji opolskiej; wydaje się to również zgodne z duchem kan. 63 par. 1 Kanonów Prawa Partykularnego UKGK (nie wiem, czy w Ukrainie jest to realizowane, w Polsce na pewno nie). Na razie jednak takie rozwiązanie pozostaje wyłącznie w sferze pobożnych życzeń, które nie wiadomo czy i kiedy się ziszczą. 

W obliczu katastrofy demograficznej i laicyzacji wydaje mi się, że model duchownego podejmującego również pracę świecką może stać się dominującym. Jeśli zaś chodzi o typ duchownego-dwuzawodowca par excellence, to również może się on upowszechnić. Oczywiście pojawią się w związku z tym pewne trudności. Kiedy taki duchowny ma zdobywać drugi zawód/wykształcenie? Łączyć studia teologiczne ze świeckimi? Czy najpierw zdobyć wykształcenie i zawód świecki, założyć rodzinę, ustabilizować się społecznie, a potem podjąć formację do stanu duchownego? A może przeciwnie - tak jak teraz: najpierw seminarium, ślub i święcenia, a potem - "na parafii" - szukanie i zdobywanie kwalifikacji w zawodzie świeckim? Pierwsze dwa warianty oznaczają konieczność odejścia od klasycznego modelu seminaryjnego. Trzeci nie - ale pojawia się trudność wspólna dla nr 2 i 3. Kto będzie utrzymywał kandydata i jego rodzinę w czasie formacji (wariant 2)? Jeśli młody ksiądz "na parafii" będzie potrzebował nowego zawodu, bo z parafii nie wyżyje - to jak wyżyje on i rodzina w czasie, gdy będzie dopiero zdobywał kwalifikacje? Trzeba pamiętać, że o ile istnieją już modele formacji duchownych dla kandydatów w starszym wieku, w tym i żonatych-dzieciatych, to jednak istnieją one tam, gdzie pieniądze nie są wielkim problemem, problemem może być tam brak kapłanów. Bo nie jest to łatwe, połączyć rodzinę, pracę i formację. W modelach, o których wspomniałem, bywa możliwość rezygnacji z pracy świeckiej na czas formacji, a nieraz i w ogóle (bo, powtarzam, pieniądze tam są, tylko kapłanów brakuje). U nas - przynajmniej na potrzeby naszych rozważań - przyjmujemy, że pieniędzy nie ma i duchowny, nawet proboszcz miałby dorabiać poza Kościołem. W takiej sytuacji możliwe wydają się dwa wyjścia - wariant nr 1 (w istocie wykluczający klasyczne seminarium), albo nr 2 - dla bogatych, których byłoby stać na czasowe porzucenie pracy na czas formacji, ew. dla tych, którzy by znaleźli sponsora. Można oczywiście przyjąć założenie, że do seminarium (klasycznego) przyjmujemy tylko ludzi już po studiach, z jakimiś kwalifikacjami - ale to ryzykowne. Czasy dzisiejsze charakteryzują się znaczną dynamiką, w tym na rynku pracy. Dyplom po 6 latach bez kontaktu z daną dziedzina może stracić na wartości (podobnie w wariancie 2). Z drugiej strony ta współczesna dynamika daje możliwości poszukiwań i rozwoju zawodowego także w wariancie 3 - czego dowodem sam Ks. Paweł, z pojedynczym przecież dyplomem i to z teologii, a jednak działający na różnych polach.

Oczywiście, duchowny posługujący w parafii i wykonujący pracę świecką to sytuacja stwarzająca pewne problemy, z których zaznaczę hasłowo trzy: 1) dyspozycyjność względem wiernych (oczywiście w sytuacji, gdy tych wiernych będzie malutko, nie będzie ona tak wielkim problemem), 2) dyspozycyjność względem biskupa, 3) zależność od biskupa. Dwa ostatnie mogą się na pierwszy rzut oka wydać problemami li tylko samych biskupów, w istocie jednak mogą wpływać na organizację pracy duszpasterskiej i na zwiększenie problemu łagodzenia konfliktów. Z jednej strony dobrze, by biskup czuł i wiedział, że swymi kapłanami nie może pomiatać, z drugiej kapłani mogą mieć w sytuacji długotrwałego zaognionego konfliktu z arcypasterzem pokusę zorganizowania nawet i jakiejś lokalnej schizmy.

I, na koniec, JAKA PRACA? Odpowiem tak - wykluczamy zajęcia niemoralne, służbę wojskową poza duszpasterstwem wojskowym, sprawowanie władzy publicznej. Co do reszty - co najmniej ostrożnie podchodzić należy do tych zajęć, które mogą duchownego zantagonizować z ludźmi czy w szczególności z parafianami. Po części na tym opierał się ów odwieczny zakaz zajmowania się handlem: na założeniu, że handlarz musi się targować (kiedyś nie było ustalonych cen), że jego zysk jest stratą klienta, że handel stwarza pokusę chciwości, spekulacji kosztem ubogich etc. Prawo kościelne powszechne i partykularne daje to jednak pewną furtkę - utrzymując zakaz, wprowadza możliwość biskupiej dyspensy. I słusznie, bo "zajmować się handlem" można jako prezes wielkiej firmy albo jako sprzedawca w obuwniczym. Drugie zastrzeżenie - żeby świeckie zajęcie nie "wciągnęło" bez reszty duchownego, i czasowo, i mentalnie. Z tego punktu widzenia najlepsza jest praca najemna, od-do, najlepiej w sektorze publicznym, nie w "korpo" żądającym od pracowników nieomalże zaprzedania mu się duszą i ciałem.

Zatem podsumowując - uważam, że kryteria selekcji zajęć dopuszczalnych dla księdza powinny być takie, by poprzez zajęć tych uprawianie nie zbrukał się on moralnie, nie zantagonizował z ludźmi, nie zdezawuował samego siebie jako świadka Chrystusa i nie zatracił priorytetów. Tyle.

I na sam koniec uwaga historyka: w jakimś sensie historia się powtarza. Unickich proboszczów w XVII-XVIII w. określano nieraz mianem agricola cum facultate liturgizandi  - "rolnik z prawem celebrowania Liturgii". Parafie były małe, często jednowioskowe, chłopska "owczarnia" przy największej nawet hojności wiele dać swemu pasterzowi nie mogła, patron cerkwi też niekoniecznie był szczodry. Trzeba było żyć głównie z uprawy parafialnej ziemi i hodowli zwierząt. Myślę, że w obecnym momencie dziejowym warto by głębiej przestudiować tamte dzieje, by uświadomić sobie wszystkie minusy i plusy (tak, były i plusy!) ówczesnej sytuacji. Nie powtórzy się ona w dawnym kształcie, ale pewne paralele między "rolnikami z prawem celebrowania Liturgii" a "dwuzawodowcami" jednak da się zauważyć, a być może i wyciągnąć konstruktywne wnioski dla nadchodzącej epoki.


diakon Piotr Siwicki


   

 





środa, 11 września 2024

Fundusz Kościelny III

            Kontynuując wątek, któremu poświęcone były dwa poprzednie wpisy, czyli kwestię likwidacji bądź przekształcenia Funduszu Kościelnego, chciałbym w pierwszej kolejności zanotować dwa fakty, następnie zaś wyrazić osobisty pogląd na temat pożądanego z punktu widzenia interesów UKGKwRP rozwiązania.


1) Stojący na czele Międzyresortowego Zespołu do spraw Funduszu Kościelnego wicepremier Władysław Kosiniak-Kamysz zapewnił w dniu dzisiejszym, że (cytuję za "Gościem Niedzielnym"):

(...) we wrześniu będzie w stanie przedstawić szefowi rządu "kilka rozwiązań" w tej sprawie.

"Jesteśmy na finale prac. Zespół, który powołaliśmy, intensywnie spotyka się dwa razy w tygodniu, w tym tygodniu również - pod jego koniec. Myślę, że tak, jak mówiliśmy - we wrześniu będę w stanie przedstawić (...) rekomendacje, kilka rozwiązań dla Rady Ministrów i dla premiera" - powiedział Kosiniak-Kamysz.

Dodał, że podstawową kwestią omawianą przez zespół jest zabezpieczenie społeczne. Jak powiedział, "wielu ministrów zgłasza pomysł odpisu podatkowego". "Oczywiście do każdego pomysłu są uwagi. Finał będzie najważniejszy. Gdy nasz zespół zakończy prace nad projektem, to zapoznam premiera z efektami" - oświadczył wicepremier. (...)


                     No cóż, czekamy. Jak wiadomo, pierwsze posiedzenie Zespołu odbyło się 9 lutego br., a pierwszy raport miał być gotowy do 31 marca. Okoliczność ta pozwala cum grano salis postrzegać i te dzisiejsze zapewnienia. Nawet zresztą gdyby zostały one spełnione, to nie ma raczej szans, by nowe regulacje weszły w życie od 1 stycznia 2025 r. Likwidację czy przekształcenie Funduszu trzeba będzie zapewne odłożyć na co najmniej rok.


2) Wspominany przeze mnie w poprzednich wpisach dr Łukasz Bernaciński udzielił Katolickiej Agencji Informacyjnej obszernego wywiadu na temat Funduszu i jego ewentualnych przekształceń. Serdecznie zachęcam do lektury.


3) Na koniec - moje trzy grosze. Obserwując, jak wszyscy, obecną sytuację społeczno-ekonomiczną, charakteryzującą się z jednej strony silnymi nastrojami antyklerykalnymi (antykościelnymi? antyreligijnymi?) części społeczeństwa, z drugiej zaś kiepskim stanem finansów państwa (zapowiedziany na 2025 r. ogromny deficyt budżetowy w kwocie "do 289 mld", wiszący nad RP cień procedury nadmiernego deficytu itd.) - coraz bardziej przychylam się do myśli, że "model czeski" rozwiązania kwestii Funduszu Kościelnego mimo wszystko rysuje się jako najbardziej sensowny, przy czym podkreślam, że chodziłoby w tym wypadku o zwrot ziemi w naturze.

                 Otóż dla państwa polskiego oznaczałoby to pozbycie się kilkudziesięciu tysięcy hektarów ziemi  z zasobu Krajowego Ośrodka Wsparcia Rolnictwa, co oznaczałoby a) ulgę dla budżetu - i to już na zawsze (nie taką znów wielką co prawda, ale propaganda rządowo-partyjna mogłaby ją niewątpliwie rozdąć do rozmiarów gigantycznych), b) odcięcie się od bezpośredniego finansowania działalności zasadniczej związków religijnych raz i na zawsze, co też można by "sprzedać" elektoratowi jako sukces niebywały zgoła. 

               Państwo rozliczyłoby się z tymi związkami wyznaniowymi, które utraciły nieruchomości rolne na mocy ustawy z 1950 r., czyli z zaledwie kilkoma (?) ze 185 istniejących oficjalnie we współczesnej Polsce. Które z nich uznałyby to rozwiązanie za opłacalne? Myślę, że wiele zależy do tego, z czym taką rekompensatę w naturze zechciano by porównywać. Jeśli z sytuacją obecną, gdzie każda osoba duchowna i zakonna dowolnego wyznania korzysta z dopłaty do składek ZUS-owskich, to pewnie ocena ta byłaby mniej entuzjastyczna, niż gdyby obiektem porównania był sławny odpis podatkowy, dla małych wspólnot będący nader wątpliwym źródłem wsparcia. Wiele oczywiście zależałoby od tego, jak liczna jest wspólnota, ilu ma duchownych w ZUS-owskim rozumieniu, i ile hektarów by dostała w ramach rozliczenia.

            Wyznania, które w 1950 nie istniały (a takich jest większość) lub też istniały, lecz nic nie utraciły, na takim rozwiązaniu kwestii Funduszu jednoznacznie straciłyby. Z  drugiej strony jednak - Fundusz powstał w końcu wskutek konfiskaty dóbr bardzo konkretnym wyznaniom, i chociaż nigdy nie operował pieniędzmi uzyskanymi z dochodów z przejętych ziem, to jednak wyznaniom nie poszkodowanym w 1950 r. po prostu nic się nigdy nie należało, zatem dotychczasowe korzystanie z dobrodziejstw dotacji funduszowych uznać można za dodatkowe, nienależne wsparcie, które się po prostu skończyło i tyle.

        Najważniejsze dla nas pytanie: czy skorzystałby na tym UKGK? Moim zdaniem, biorąc pod uwagę ogromny areał zabranych nam i nie oddanych nigdy ziem (do czego należałoby doliczyć grunta przekazane rzymskokatolickim jednostkom organizacyjnym), w zestawieniu z naszą niewielką mimo wszystko liczebnością - w modelu "autonomicznym", odrębnym od KRK, mogłoby się to nam opłacić może i bardziej, niż jakiejkolwiek innej wspólnocie religijnej w Polsce.

         Wymagałoby to rzecz jasna z naszej strony solidnej pracy analitycznej, śmiałych decyzji oraz lobbingu na rzecz takiego właśnie, a nie innego rozwiązania problemu Funduszu Kościelnego. Rozwiązania, które ze względów wyżej wymienionych mogłoby nie tylko być opłacalne dla nas, ale i wygodne dla obecnego Rządu.


diakon Piotr Siwicki  






piątek, 24 maja 2024

Polski model asygnaty podatkowej na rzecz związków wyznaniowych

 Asygnata podatkowa na rzecz związków wyznaniowych: propozycja modelu dostosowanego do warunków polskich

 

                              Wstęp

 

               W poprzednim wpisie blogowym, z 26 kwietnia br., poruszyłem był aktualną i nurtującą ostatnio wiele umysłów w Polsce kwestię ewentualnej likwidacji bądź przekształcenia Funduszu Kościelnego. Omówiłem w szczególności różne warianty owych zmian oraz ich blaski i cienie z punktu widzenia interesów UKGKwRP.

            O pracach toczących się w łonie Rządu RP, w szczególności o działaniach powołanego zarządzeniem premiera z 11 stycznia br. Międzyresortowego Zespołu do spraw Funduszu Kościelnego, wiadomo niewiele. Po raz pierwszy zebrał się 9 lutego, pierwsze sprawozdanie z prac miał przedstawić Radzie Ministrów do 31 marca. Czy zbierał się jeszcze i ile razy, czy przedstawił owo sprawozdanie – nie wiem (nie ma śladów tego w dostępnych publicznie porządkach obrad RM, chyba że sprawozdanie owo ukryło się w „sprawach bieżących”). Są jednakże pewne sygnały medialne, które sugerują, że rozwiązaniem, do którego skłania się strona rządowa, jest asygnata podatkowa, czyli odpis od podatku dochodowego, przy czym słyszy się o stawce wynoszącej 0,5 % dla Kościoła Katolickiego i 0,7 % dla wyznań mniejszościowych.

            Na tak wstępnym etapie prac, gdy jeszcze nie mamy nawet oficjalnego stanowiska Rządu i nie zaczęły się negocjacje rządowo-kościelne, nie można owych pogłosek traktować jak ostatecznej decyzji w sprawie Funduszu Kościelnego. Teoretycznie wszystkie możliwe warianty, poza asygnatą, nadal pozostają „w grze”, zwłaszcza gdy chodzi o rozwiązania opłacalne dla niektórych przynajmniej wspólnot mniejszościowych (jak wypłata ekwiwalentu pieniężnego za ziemię zabraną, a nie zwróconą po 1989 r.). Tym niemniej warto, moim zdaniem, podzielić się z Czytelnikami tego bloga oryginalnym, a przy tym bardzo prostym pomysłem na „polski model asygnaty”, model omijający przynajmniej część istotnych wad odpisu od podatku PIT w takim kształcie, jaki jest nam znany z „1 % (obecnie 1,5 %) na organizacje pożytku publicznego”. Wychodzę z założenia, że skoro się na jakiś pomysł wpadło, warto nim podzielić się z publicznością.

          

                          Krótka powtórka z wad odpisu w obecnej formie

 

                Zacznijmy od wad, jakim obarczony jest obecny system odpisu. Podatek od dochodów osobistych nie jest w Polsce powszechny – nie płacą go rolnicy i osoby do 26 roku życia. Niektóre ryczałtowe formy opodatkowania przychodów nie przewidują skorzystania z odpisu; dotyczy to podatników rozliczających się z fiskusem na zasadach tzw. karty podatkowej oraz… duchownych, uiszczających zryczałtowany podatek od przychodów uzyskiwanych z funkcji duszpasterskich. Co więcej, podniesienie kwoty wolnej do 30.000 zł. i obniżenie pierwszego progu podatkowego do 12 % spowodowało, że wielu podatników PIT już to nie miało w ogóle tzw. podatku należnego, już to wyniósł on o wiele mniej, niż wcześniej – a owo 1,5 % liczone jest właśnie od podatku należnego. Co prawda głoszone w kampanii wyborczej obietnice zwiększenia kwoty wolnej do 60.000 zł. są raczej coraz dalsze od wcielenia w życie, ale – biorąc pod uwagę wszystko to, co napisałem wyżej – już w stanie obecnym wielu najgorliwszych nawet wiernych różnych wyznań nie będzie w stanie wesprzeć swej wspólnoty odpisem w klasycznym kształcie, a wielu innych wesprze ją symbolicznymi zgoła kwotami, co zwłaszcza wyznania liczebnie słabe odczują boleśnie.

 

                                „Torcik” polski na wzór włoski

 

           Jak można by „obejść” ww. wady odpisu podatkowego? Punktem wyjścia niech będzie włoski system otto per mille (czyli 0,8 %), gdzie do podziału między społeczności wyznaniowe (i specjalny fundusz państwa włoskiego, przeznaczony m.in. na pomoc charytatywną za granicą) przeznaczone jest z góry 0,8 % dochodów z włoskiego PIT-u, a podział między poszczególne wyznania (i państwo) dokonuje się na zasadzie swoistego plebiscytu podatników, w oderwaniu od rzeczywistych dochodów każdego z nich. Udział w „plebiscycie” jest dobrowolny, ale państwo włoskie na wspomniany fundusz przejmuje tylko taki procent z otto per mille, jaki wynika z oddanych głosów. Ta część otto per mille, która odpowiada „udziałowi” podatników nie biorących udziału w „plebiscycie”, nie jest bynajmniej zwracana do „ogólnego kotła” budżetu państwa, lecz dzielona pomiędzy poszczególne wyznania w proporcji do ich poparcia w „plebiscycie”; fundusz specjalny państwa włoskiego w tym wtórnym podziale nie uczestniczy.

            Jak by to wyglądało w warunkach polskich? Całość dochodów z PIT za rok 2023 to 91,7 mld zł., a zatem potencjalny „tort do podziału” wyniósłby:

 

            przy stawce 0,3 % -   275.100.000 zł.

            przy stawce 0,5 %  -  458.500.000 zł.

            przy stawce 0,7 %  -  641.900.000 zł.

            przy stawce 1,5 %  -  1.375.500.000 zł.

 

Podałem kwoty akurat dla tych 4 stawek, ponieważ druga i trzecia pojawiają się we współczesnych pogłoskach medialnych, czwarta jest równa obecnej stawce odpisu na OPP, zaś pierwsza pojawiała się już w latach 2012-2013, gdy Rząd negocjował z KEP pierwszy projekt zastąpienia Funduszu Kościelnego odpisem podatkowym (ostatecznie projekt upadł ze względu na sprzeciw mniejszych wyznań, w szczególności PAKP). Wtedy Rząd optował początkowo za 0,3 %, KEP za 1 %, ostatecznie ustalono kompromisową stawkę 0,5 %. Poza tym, jak łatwo zauważyć, przy stawce 0,3 % „torcik” nasz jest niewiele większy od przewidzianej w budżecie na 2024 r. sumy wydatków na Fundusz Kościelny (257 mln).

          Oczywiście czym innym jest 0,5 % (czy inny odsetek) jako stawka klasycznego odpisu, a czym innym taki sam odsetek jako udział „torcika wyznaniowego” w całości dochodów z PIT.

 

                               Torcik” już mamy – ale jak go podzielić?

 

           Gdy znamy już przybliżony rozmiar „torcika”, musimy sobie odpowiedzieć, jakim sposobem przeprowadzić można by „plebiscyt” analogiczny do włoskiego. Uwarunkowania polskiego prawa podatkowego nie dają nam możliwości załatwienia tej sprawy przy okazji dorocznego rozliczania PIT. Po prostu nie każdego ta czynność dotyczy. Można w teorii wprowadzić składanie przez każdego pełnoletniego obywatela (i mieszkańca?) w urzędzie (niekoniecznie skarbowym) jakiejś prostej deklaracji. Byłaby to oczywiście dodatkowa mitręga biurokratyczna. Dlatego też – i to jest sedno mego pomysłu – byłbym za rozważeniem zastosowania do podziału środków z naszego „torcika” danych z najnowszego Narodowego Spisu Powszechnego, czyli na początek z NSP 2021.

          Udział poszczególnych wyznań w podziale „torcika” wyrażałby się ułamkiem, którego licznik równy byłby liczbie zadeklarowanych w NSP identyfikacji. W przypadku UKGKwRP byłaby to cyfra 33.209. Bardziej skomplikowana jest kwestia mianownika. Najmniejszy możliwy mianownik to liczba osób, które zgłosiły w spisie przynależność do jakiegoś wyznania. Przyjęcie tego mianownika oznaczałoby, że cały „torcik” jest do podziału między różne wyznania (nie do końca! – niektóre deklaracje miały charakter ogólny, jak „chrześcijaństwo” czy „protestantyzm”), a osoby, które odmówiły odpowiedzi na pytanie o przynależność wyznaniową (ponad 7,8 mln!), zadeklarowały bezwyznaniowość (ponad 2,6 mln!) czy też których wyznania nie ustalono (ponad 16 tys.) – nie zostaną w tym podziale w żaden sposób uwzględnione.

                Taki najmniejszy mianownik byłby korzystny dla wszystkich wyznań, a zwłaszcza dla mniejszościowych. Nie jest on jednak jedynym możliwym do zastosowania – można uznać, że mianownikiem winna być liczba wszystkich, którzy odpowiedzieli na pytanie o wyznanie (w ten sposób uwzględniono by istnienie zdeklarowanych bezwyznaniowców). Można także wyznaczyć największy możliwy mianownik – ogół ludności objętej spisem, co uwzględniłoby zarówno osoby o nieustalonej przynależności, jak też i tych, którzy odmówili odpowiedzi na pytanie o afiliację wyznaniową, a tych było wszak ponad 7,8 mln – 20,53 % ludności!

               Jak mianownik wpływa na wielkość udziału w „torciku”, można wskazać na przykładach (odsetki podaję według tabel GUS):

               Kościół rzymskokatolicki – to aż 98,26 % ogółu należących do wyznania, ale już tylko 89,77 % tych, którzy odpowiedzieli na pytanie o wyznanie, zaś w zestawieniu z całością ludności – jedynie 71,3 %!

               Kościół prawosławny: 0,55 % należących do wyznania, 0,5 % odpowiadających na pytanie, 0,4 % ludności Polski.

               Kościół greckokatolicki: 0,12 % należących do wyznania, 0,11 % udzielających odpowiedzi, 0,09 % ogółu ludności.

               Osobiście nie sądzę, by w przypadku przyjęcia danych spisowych jako podstawy podziału „torcika” przyjęto najmniejszy, czyli najkorzystniejszy dla wspólnot religijnych mianownik. Nie w tych czasach, nie przy tych nastrojach (części) społeczeństwa, nie przy tej koalicji rządowej. Do podziału między poszczególne wyznania w obecnych okolicznościach przeznaczona zostałaby zapewne tylko taka część „torcika”, która odpowiadałaby sumie identyfikacji wyznaniowych (i to tych konkretnych, odpowiadających konkretnym organizacjom religijnym mającym w RP status oficjalny) podzielonej przez ogół ludności. Reszta trafiłaby do „wspólnego kotła” albo może na specjalny fundusz państwowy na modłę włoską. Niektórzy politycy lewicowi zapewne postulowaliby przeznaczenie części „torcika” odpowiadającej odsetkowi bezwyznaniowców (a przy większym tupecie również i tych odmawiających odpowiedzi) na organizacje ateistyczno-„humanistyczne” – moim zdaniem najzupełniej bezzasadnie.

         

                                     Szacunkowe wpływy z podziału „torcika”

         

                     Poniżej zaprezentuję obliczenia biorące pod uwagę potencjalne wpływy dla UKGKwRP występującego samodzielnie, Kościoła Katolickiego jako sumy katolików łacińskich i wschodnich oraz – dla porównania – PAKP.

 

                     UKGKwRP to  33.209 identyfikacji, co podzielone na 38.036.118 daje udział w „torciku” równy 0,00087 (czyli 0,087 %).

                     Jeśli „torcik” w całości liczony będzie jako 0,3 % dochodów z PIT, udział naszego Kościoła wyniesie raptem 239.337 zł. Na cały rok, na całą metropolię!

Przy stawce 0,5 % - będzie to 398.895 zł.

Przy stawce 0,7 % - „aż” 558.453 zł.

Przy stawce 1,5 % - 1.196.685 zł.

              Możemy też – z czystej ciekawości – sprawdzić, ile by wyniosły wpływy z podziału „torcika”, gdyby (co, jak napisałem powyżej, jest skrajnie mało prawdopodobne) za mianownik przyjąć liczbę deklarujących w NSP 2021 przynależność do wyznania (27.601.000). Udział UKGKwRP byłby wtedy nieco większy, wyniósłby dokładnie 0,12 %. Przy stawce 0,3 % dałoby to 330.120 zł., zaś przy stawce 1,5 % - 1.650.600.

 

              Zajmijmy się teraz Kościołem Katolickim – wspólnotą katolików rzymskich i wschodnich. Spisowych identyfikacji rzymskokatolickich było 27.121.331, greckokatolickich 33.209, ormiańskokatolickich 188, neounickich 57, innych wschodniokatolickich 6. Łącznie daje to 27.154.791 identyfikacji. Udział Kościoła w populacji kraju – 71,392 %. Szacowane wpływy wyniosłyby:

 

przy stawce 0,3 % - 196.399.392 zł.

przy stawce 0,5 % - 327.332.320 zł.

przy stawce 0,7 % – 458.265.248 zł.

przy stawce 1,5 % - 981.996.960 zł.

 

               I wreszcie Polski Autokefaliczny Kościół Prawosławny – 151.648 identyfikacji, co oznacza 0,399 % ludności. Szacowane wpływy z asygnaty:

 

przy stawce 0,3 % - 1.097.649 zł.

przy stawce 0,5 % - 1.829.415 zł.

przy stawce 0,7 % - 2.561.181 zł.

przy stawce 1,5 % - 5.488.245 zł.

 

             Mało to – czy dużo? Wielu z nas może mieć pokusę, by wielkość udziału w „torciku” oceniać skalą budżetu własnej rodziny. W takiej skali rzeczywiście kwota, powiedzmy, tych 558 tys. 453 zł. rocznie, które przypadłyby na UKGKwRP przy stawce 0,7 %, może robić wrażenie wręcz ogromnej. Nieco dalej postaram się wykazać konkretnymi liczbami, jak jest naprawdę – a przede wszystkim, czy w nowym modelu otrzymywalibyśmy więcej, czy mniej niż w obecnym. Zanim to uczynię, pozwolę sobie podjąć próbę oszacowania, jak mogłyby wyglądać wpływy UKGK z asygnaty, gdyby miała ona formę znaną nam z odpisu 1,5% na OPP.

 

 

                                    A gdyby tak „stylem klasycznym”?

 

                  O ile całość wpływów z PIT za 2023 r. jest nam już znana, o tyle dane na temat odpisu na OPP mamy dopiero za rok poprzedni, tzn. dotyczą one deklaracji składanych w pierwszych miesiącach ub.r. za rok podatkowy 2022. Wartość tych danych dla naszych szacunków podnosi fakt, że to właśnie w tym roku podatkowym wprowadzono kwotę wolną od podatku w wysokości 30 tys. zł. i obniżono pierwszy próg podatkowy z 17 % do 12 %. Spowodowało to znaczny spadek liczby podatników dokonujących odpisu – aż o 21 % (dotąd zawsze liczba ta z roku na rok wzrastała), choć jednocześnie wpływy wzrosły o 37,2 %.  

                  Według danych Ministerstwa Finansów na dzień 15 września 2023 r. 1,5 % przekazało (około?) 12.652.000 podatników. Łączna suma przekazanych środków wyniosła (około?) 1.530.000.000. Zakładając (najzupełniej dowolnie rzecz jasna), że udział grekokatolików był tu równy ich procentowi w społeczeństwie (przypominam – 0,087 %) otrzymalibyśmy kwotę 1.331.100 – dla stawki 1,5 %. Dla innych stawek byłyby to odpowiednio kwoty:

 

stawka 0,3 % - 266.220 zł.

stawka 0,5 % - 443.700 zł.

stawka 0,7 % - 621.180 zł.

 

                 Szacunki te, jak widzimy, są nieco wyższe od kwot uzyskanych metodą dzielenia „torcika” – mimo że dochody budżetu państwa z PIT za rok 2022 były o wiele mniejsze (68,1 mld zł. wobec 91,7 mld w roku 2023). Rzecz w tym, że odpis na OPP liczony jest jako 1,5 % podatków należnych wykazanych w deklaracjach poszczególnych podatników, a nie jako 1,5 % dochodów budżetu z PIT (suma odpisu na OPP wyniosła 2,247 % dochodów budżetu z PIT ). Poza tym, jak powiedzieliśmy sobie, założenie że grekokatolicy odpisują na OPP taki odsetek sumy ogólnej, jako stanowią w społeczeństwie, jest – jak już sobie powiedzieliśmy – najzupełniej dowolny. 1,5 % na OPP nie jest zresztą odpisem na Kościół – tu mogą występować dodatkowe czynniki hamujące, jak choćby obawa przez ujawnieniem swych związków ze wspólnotą tak jednoznacznie kojarzoną z ukraińskością. Nawet jednak przyjmując, że na odpisie klasycznym zyskalibyśmy w porównaniu do asygnaty opartej na wynikach NSP – to jednak zysk byłby niewielki, a kwoty w obu wypadkach bardzo podobne. Spróbujmy teraz owe kwoty przełożyć na realia kościelnych finansów, a w szczególności zestawić je z tym, co dziś płaci za nas ZUS-owi Fundusz Kościelny.

 

                 Zysk czy strata?

 

             Rozpatrujemy, rzecz jasna, wariant „autonomiczny” – UKGKwRP jako samodzielny podmiot i beneficjent asygnaty (w takiej czy innej formie).

             Co nam daje Fundusz Kościelny obecnie? Tym duchownym, którzy nie mają pensji oficerskiej, nauczycielskiej czy innej – pokrywa 80 % składek ZUS-owskich: emerytalnej, rentowej i wypadkowej; sam duchowny pokrywa w całości składkę zdrowotną (NFZ) i, jeśli tak sobie wybrał, dobrowolne ubezpieczenie chorobowe (ZUS). Zatem do każdego duchownego Fundusz co miesiąc wpłaca do ZUS 990 zł. 59 gr. (stan na I półrocze br., przy płacy minimalnej równej 4.242 zł.). Weźmy sobie dla przykładu maksymalny uzyskany szacunek – 1.331.100 zł. (przypominam, że dotyczy on nierealistycznej stawki 1,5 % i oparty jest na bardzo optymistycznych założeniach). Dzielimy to na 990,59 – a następnie na 12 (bo tyle jest miesięcy w roku; podniesienia kwoty dopłaty w II półroczu nie uwzględniamy) i otrzymujemy 111,97872. Oznacza to, że za te pieniądze można by pokryć dopłaty do składek ZUS 112 osób i jeszcze trzeba by dopłacić z innego źródła 252 zł. 96 gr. Nie znam dokładnej liczby osób duchownych i zakonnych UKGKwRP, które korzystają z dopłat Funduszu Kościelnego do składek ZUS (aczkolwiek sam się do tego grona zaliczam od ponad 7 lat), ale wydaje mi się, że nawet kwota, choć tak optymistycznie przeszacowana, nie zdoła zrównoważyć tego, co utracilibyśmy po likwidacji Funduszu Kościelnego. A przecież stawki 1,5 % nikt nie proponuje – mowa jest raczej o 0,7 % dla wyznań mniejszościowych!

 

                             Wnioski

 

1)    Tak, jak pisałem był 26 kwietnia br. – na asygnacie podatkowej, w modelu „autonomicznym”, finansowo stracimy. Oczywiście możemy łudzić się, że gdyby asygnata otrzymała kształt klasyczny, to będziemy mogli pozyskiwać sympatyków – ale ja osobiście nie wierzę ani w setki tysięcy pracowników z Ukrainy, rozliczających PIT legalnie i wskazujących UKGKwRP jako beneficjenta odpisu wyznaniowego „z wdzięczności, że jesteśmy jedynym autentycznie ukraińskim Kościołem w Polsce”, ani też w analogiczne rzesze Polaków, przynajmniej dopóki będziemy tak „misyjni” i „otwarci” jak dotąd.

2)    Naszą szansą na zrównoważenie wynikłych z likwidacji Funduszu Kościelnego strat, a może nawet na dodatkowy zysk, jest model „ogólnokatolicki”, przy czym w naszym interesie byłoby nie tylko i nie tyle zachowanie dopłaty do składek, ile przeznaczenie wpływów z asygnaty na wsparcie dla duszpasterzy najmniejszych, najuboższych katolickich parafii w Polsce – najlepiej na wypłacanie ich proboszczom/administratorom pensji. W ogóle zaś wariantem pożądanym byłoby w mojej ocenie pójście za wzorem włoskim i opracowanie podobnego systemu wynagrodzeń duchowieństwa, czego pierwociny obserwować możemy od pewnego czasy w diecezji opolskiej Kościoła łacińskiego.

3)    Rzecz jasna, pkt 2 dotyczy asygnaty podatkowej, która nie jest jedynym możliwym rozwiązaniem. Moim zdaniem istnieje możliwość starania się o rekompensatę za zabrane nam po 1944 r. roku nieruchomości ziemskie (a także o swego rodzaju „powrót do źródeł” Funduszu Kościelnego i wypłacanie nam corocznie ryczałtowego ekwiwalentu dochodów z tych nieruchomości – co jednak w obecnej sytuacji uznaję za czysto teoretyczne rozwiązanie). Jesteśmy wspólnotą mniejszościową, potraktowaną wyjątkowo okrutnie przez władze komunistyczne – możemy próbować wynegocjować dla siebie osobny wariant „wyjścia z Funduszu”. W każdym razie nie należy odrzucać a priori takiej właśnie drogi, będącej jednym z wariantów modelu „autonomicznego” – jedynym potencjalnie opłacalnym.

 

                                                                        diakon Piotr Siwicki