czwartek, 6 września 2012

Rada Miasta nie uznała zarzutów Parafii Prawosławnej Przemienienia Pańskiego...

...o czym informują "na gorąco" media lubelskie, cytuję:

Lublin: Nie będzie marketu u zbiegu ulic Walecznych i Unickiej (audio)

Rada Miasta w Lublinie ponownie nie zgodziła się, aby u zbiegu ulic Walecznych i Unickiej powstał market.

W lutym właściciel terenu wyciął kilkadziesiąt drzew z myślą o budowie sklepu. Protestowali mieszkańcy, radni zmienili więc plan zagospodarowania przestrzennego. Właściciel działki, parafia prawosławna wnosiła o unieważnienia decyzji, ale radni ją podtrzymali - mówi jej przewodniczący Piotr Kowalczyk...
Lubelska prokuratura wciąż bada jak mogło dojść do wydania pozwolenia na wycinkę kilkudziesięciu starych drzew.
TSpi

ŹRÓDŁO: Radio Lublin (tamże plik z wypowiedzią Przewodniczącego RML p. Piotra Kowalczyka.


 ******************************************************

 
Godz. 11:05 [PILNE] - Radni utrzymali w mocy zakaz zabudowy terenu cmentarza przy ul. Walecznych. W kwietniu przyjęli stosowny plan zagospodarowania przestrzennego. Teraz właściciel działki, parafia prawosławna wystąpiła do rady o uznanie tej decyzji za nieważną. Bez powodzenia. Radni jednogłośnie opowiedzieli się za podtrzymaniem zakazu. Teraz parafia będzie mogła dochodzić swoich racji przed Wojewódzkim Sądem Administracyjnym. 

ŹRÓDŁO: "Dziennik Wschodni" - materiał "Sesja Rady Miasta w Lublinie - relacja".

poniedziałek, 3 września 2012

Miasto nie uzna zasadności zarzutów Parafii Prawosławnej Przemienienia Pańskiego?

Formalnie wczoraj, choć mniej niż godzinę temu, przytoczyłem fragment artykułu p. D. Smagi z "Dziennika Wschodniego". Sprawa dawnego cmentarza przy Unickiej/Walecznych ciągle nie może znaleźć strawnego dla wszystkich zainteresowanych rozwiązania. Red. Smaga napisał, że stanowisko radnych lubelskich w tej sprawie jest "przesądzone": nie uznają oni argumentów PPPP.

W ramach dokumentacji tej sprawy pozwolę sobie przytoczyć projekt uchwały z druku nr 694-1:

 -------------------------------------------------------

Projekt
z dnia 29 sierpnia 2012 r.
Zatwierdzony przez .........................
UCHWAŁA NR ....................
RADY MIASTA LUBLIN
z dnia .................... 2012 r.
w sprawie rozpatrzenia wezwania do usunięcia naruszenia prawa uchwałą nr 439/XX/2012
Rady Miasta Lublin z dnia 26 kwietnia 2012 r.
Na podstawie art. 18 ust. 1, w związku z art. 101 ustawy z dnia 8 marca 1990 r. o samorządzie
gminnym (Dz. U. z 2001 r. Nr 142, poz. 1591 z późn. zm.) - Rada Miasta Lublin uchwala, co
następuje:
 § 1.
Uznaje się za bezzasadne wezwanie z dnia 25 lipca 2012 r., złożone przez Katedralną
Parafię Prawosławną p.w. Przemienienia Pańskiego w Lublinie w imieniu której występuje – ks.
Proboszcz Andrzej Łoś,
do usunięcia naruszenia prawa uchwałą nr 439/XX/2012 Rady Miasta
Lublin z dnia 26 kwietnia 2012 r. w przedmiocie uchwalenia miejscowego planu
zagospodarowania przestrzennego miasta Lublin częsć VIII - Śródmieście dla terenu dawnego
cmentarza unickiego, położonego u zbiegu ulic: Unickiej i Walecznych.
§ 2.
Uzasadnienie stanowiska Rady Miasta Lublin stanowi załącznik do niniejszej uchwały.
§ 3.
Wykonanie uchwały powierza się Prezydentowi Miasta Lublin.
§ 4.
Uchwała wchodzi z dniem podjęcia.

Przewodniczący Rady Miasta
Piotr Kowalczyk

----------------------------------------------------------------

Podkreślenie w tekście projektu pochodzi od autora tut. bloga.

Uchwałę w pdf-ie wraz z obszernym uzasadnieniem (ok. 2,5 strony) ściągnąć można z miejskiego BIP-u.

niedziela, 2 września 2012

"DW": "Kolejny bój o teren przy Walecznych, parafia prawosławna idzie do sądu"

Sąd zdecyduje o losach byłego cmentarza przy ul. Walecznych. Parafia prawosławna, do której należy ziemia chce zaskarżyć zakaz zabudowy tego terenu.

 Pismo z żądaniem zniesienia zakazu wpłynęło właśnie do magistratu. Radni zajmą się nim już w czwartek. To, że radni podtrzymają swą wcześniejszą decyzję jest już przesądzone. A to z kolei otworzy parafii drogę do sądu. - cd. artykułu red. Dominika Smagi na stronie "Dziennika Wschodniego".

sobota, 1 września 2012

Metropolita Andrzej Szeptycki a zbrodnie ludobójstwa

Temat niniejszego wpisu już od dawna "chodził mi po głowie". Zwłaszcza od czasu, gdy kolejne "wołyńskie" rocznice, poczynając zwłaszcza od 65-ej (2008) owocowały licznymi atakami pod adresem Sługi Bożego Andrzeja Szeptyckiego, metropolity halickiego. W sposób szczególny wypada tu wspomnieć bardzo liczne wypowiedzi medialne i książkowe ks. Tadeusza Isakowicza-Zaleskiego (na forum dyskusyjnym eparchii wrocławsko-gdańskiej powstał kiedyś wątek odnoszący się do niektórych publikacji blogowych ks. TI-Z).

Tak, jak w pewnym sensie Ireneusz B. Kondrów po troszę "wyjął mi z ust" to, o czym chciałem był już dawniej napisać (sprawa ew. reformy podziału eparchialnego w Polsce), tak teraz p. prof. Grzegorz  Motyka w swym artykule ("Tygodnik Powszechny" nr 34 z 19 sierpnia 2012) w ogromnym stopniu zawarł to, co sam zamierzałem wspomnieć. Zachęcam do lektury tekstu Profesora Motyki, a jednocześnie pozwolę sobie dorzucić kilka uwag własnych.

Primo: jest zastanawiające, dlaczego akurat Metropolita Andrzej jest obiektem tak silnych ataków. Zarzuca mu się na przykład, że "za mało" było z jego strony potępień zbrodni, czego dowodem ma być fakt, że nie były skuteczne, tzn. mimo tych potępień zbrodnie trwały. Zakłada się zatem, że a) potępienia te, które były, nie miały żadnych skutków (a pewien ich wpływ notują raporty podziemia polskiego), b) że istniał jakiś poziom potępień, który poskutkowałby zaniechaniem rzezi - co jest moim zdaniem czystym nonsensem. Ciekawe, że zupełnie inny jest stosunek polskich publicystów np. do bł. Grzegorza Chomyszyna, biskupa stanisławowskiego - mimo, że ów znany krytyk OUN sprzed wojny w czasie jej trwania żadnych osobnych listów przeciwko zbrodniom chyba nie wydał (ja w każdym razie nigdzie takich listów ani wzmianek o nich nie widziałem), jedynie podpisywał się pod zbiorowymi listami episkopatu (widać uznał to za dostateczny wyraz zaangażowania), a w jego eparchii wymordowano, jak sądzę, procentowo nie mniej Polaków, niż we lwowskiej (odsetek ludności polskiej był tam mniejszy, słabsze liczebnie skupiska utrudniały samoobronę).

Otóż moje brzydkie podejrzenie jest takie, że część przynajmniej osób gromko potępiających "banderowców, a nie Ukraińców" jest nieszczera - i że kieruje nimi nie tylko i nie tyle zrozumiała odraza do zbrodni, ile rzeczywista ukrainofobia. Otóż dla takich osób ważną rzeczą jest, by zwalczać i zohydzać te postaci, które rzeczywiście stanowić mogą fundament budowy solidnej, cywilizowanej Ukrainy. Bandera i spółka takimi nie są i być nie mogą; nacjonalizm dla Ukrainy to kierunek wyłącznie destruktywny, o czym pisał Wiaczesław Łypynśkyj (Wacław Lipiński) jeszcze w latach 20-ych XX w., gdy Doncow dopiero uzyskiwał rozgłos, OUN nie było i o Banderze nikt w świecie nie słyszał. Natomiast Andrzej Szeptycki, ze swą apoteozą pracy organicznej, ofiary codziennego trudu, poszanowania prawa i zasad cywilizacji chrześcijańskiej - takim fundamentem stać się jak najbardziej może. I tego ścierpieć nie mogą ci, którym nie tylko i nie tyle banderowcy, ale możliwość okrzepnięcia Ukrainy jako państwa z prawdziwego zdarzenia spędza sen z powiek.

Secundo: szczególnie wredne są tezy, jakoby Metropolita przekształcił Kościół greckokatolicki w Galicji w społeczność podporządkowaną nacjonalizmowi ukraińskiemu. To akurat Metropolita był do końca rzecznikiem Kościoła otwartego na inne narodowości. I do Metropolity właśnie, do jego dziedzictwa ideowego i duchowego, odwołują się ci, którzy tożsamość Kościoła opierać chcą na religijnych, a nie narodowych podstawach. To Metropolita wreszcie w swej wizji Kościoła przekraczał wyraźnie granice i Galicji, i ukraińskości - sięgając ku Białorusinom, Rosjanom i nie tylko.
Ot, taki drobiażdżek - nazwa Kościoła (obrządku). Po Austrii został termin "greckokatolicki", konkordat z 1925 r. operował terminem "greckoruski" (to termin rzymski - jego uwspółcześnioną wersją jest "bizantyjsko-ukraiński"). Bł. Grzegorz Chomyszyn, dla którego samo określenie "bizantyjski" było czymś wstrętnym, proponował by Kościół/obrządek greckokatolicki w Galicji przemianować na "wschodniokatolicki ukraiński"; w ten sposób z nazwy Kościoła/obrządku usunięto by wszelkie aluzje do nienawistnego władyce Grzegorzowi "bizantynizmu", za to "ruskość" uwspółcześniłaby się (a zarazem ujednoliciła i zawęziła) jako "ukraińskość". Metropolita Andrzej zaś po tym, jak Rzym wprowadził do obiegu termin "bizantyjsko-słowiański", bardzo ochoczo i konsekwentnie ów termin stosował do swej wspólnoty, choć czynniki rzymskie odnosiły tę nazwę do neounitów, zachowując rozróżnienie na obrządek "bizantyjsko-słowiański" oraz halicki "grecko[bizantyjsko?]-ruski".
Ktoś powie, że to nazwa jedynie. Ale za opcją na rzecz takiej czy innej nazwy stoi i stała zawsze również i głębsza, programowa niejako myśl. Orientacja okcydentalistyczna w Kościele greckokatolickim, której patronował bł. Grzegorz, dążąc do zbliżenia z Kościołem łacińskim i negując korzenie bizantyjskie, siłą rzeczy musiała znaleźć jakieś uzasadnienie dla utrzymywania odrębności Kościoła greckokatolickiego od rzymskokatolickiego; jedynym właściwie dostępnym i możliwym uzasadnieniem była narodowość. Natomiast orientalizm spod znaku Metropolity Andrzeja, wysuwając na plan pierwszy obrządek i postrzegając Kościół greckokatolicki jako wspólnotę przekraczającą granice i Galicji, i ukraińskości - działał (i działa) obiektywnie w kierunku przeciwnym. Nic nie ujmując gorliwości pasterskiej i osobistej pobożności bł. Grzegorza, i nie negując, że osobiście był przekonanym i zdeklarowanym wrogiem integralnego nacjonalizmu - to akurat jego działalność prowadziła w o wiele większym stopniu Kościół greckokatolicki w stronę Kościoła narodowego. Podobnie zresztą na przykładzie eparchii przemyskiej - której władyka od 1917 r., bł. Jozafat Kocyłowski, również był okcydentalistą, acz nieco bardziej umiarkowanym od bł. Grzegorza - dostrzec możemy, jak występujący u części młodych kapłanów melanż niewczesnej gorliwości narodowej i religijnej w latynizatorskim duchu doprowadził tam do tzw. "schizmy tylawskiej" na Łemkowszczyźnie w latach dwudziestych.

Tertio: do artykułu prof. Motyki warto dorzucić parę uwag. Profesor pisze m.in.:

W swej książce „Nie zapomnij o Kresach” (wyd. 2011) ks. Zaleski pisze nawet, że arcybiskup „szczerze nienawidził” II Rzeczypospolitej. Na poparcie tego przytacza właściwie jeden „dowód”: Szeptycki słowo „Polacy” pisał małą literą. Gdyby uważniej czytał teksty metropolity, zauważyłby, że pisał on małą literą także słowo „Ukraińcy”, gdyż... takie są zasady ukraińskiej pisowni. Jeśli ten argument ks. Zaleskiego czegoś dowodzi, to jego niewiedzy.

Wydaje mi się (nie znam książki "Nie zapomnij o Kresach"), że ks. TI-Z miał na myśli to, co napisał był już kiedyś na blogu:

O niechęci jego do Polaków niech świadczy następujący fragment z naukowego opracowania ks. prof. dr. hab. Józefa Mareckiego z Papieskiej Akademii Teologicznej w Krakowie: "Warto zaznaczyć, że metropolita Szeptycki, dotychczas doskonale mówiący i piszący po polsku, wnuk pisarza Aleksandra Fredry i absolwent polskich szkół, w liście z 15 listopada 1943 r. słowo "Polacy" pisał zawsze małą literą".

Otóż w tych latach Metropolita niczego już sam nie pisał! Na początku lat trzydziestych "usiadł" na wózku inwalidzkim, natomiast w latach wojny tracił już władzę w rękach; prawą zupełnie już nie władał, lewą od czasu do czasu. Wszystkie pisma dyktował sekretarzowi, a podpisywał lewą ręką lub piórem trzymanym w ustach (!!!). Stąd w firmowanych przezeń pismach dość liczne błędy ortograficzne, syntaktyczne czy stylistyczne. Np. w liście z 28 lipca 1938 r. do o. Edwarda Kosibowicza SI (brudnopis) widnieje zdanie:
I jak długo to nie stanie się, w żaden sposub [!] nie mogę dawać swego podpisu, która [?] chociażby bardziej zdaleka [!] dotykała Unii, a taką jest budowa kościoła św. Boboli. Redaktorka t. 1 dzieł Metropolity Cerkwa i cerkowna jednist', lwowska archiwistka p. Oksana Hajowa, przekładając to na ukraiński nie potrafiła sklecić sensownego zdania i w akcie zrozumiałej rozpaczy dała w przypisie brzmienie oryginalne.  Zatem także list z 15 listopada 1943 r. (do łacińskiego arcybiskupa lwowskiego) fizycznie pisał sekretarz i nie ma co wydziwiać nad polszczyzną Szeptyckiego, "wnuka Fredry" itd. Wnioski ks. prof. Mareckiego są, delikatnie mówiąc, naciągnięte.

Prof. Motyka wspomina także sprawę zabójstwa dyr. Babija:

Autor „Chodzi mi tylko o prawdę” przyznaje, że arcybiskup nie akceptował terroryzmu, ale nie wspomina już, na czym ten brak akceptacji polegał. Chętnie mówi więc o zabiciu przez członków OUN Iwana Babija (błędnie przedstawiając powody zamachu i zniekształcając jego nazwisko), lecz przemilcza fakt potępienia tego mordu przez Szeptyckiego. Tymczasem po zabójstwie w 1934 r. tego zdystansowanego wobec OUN dyrektora gimnazjum ukraińskiego we Lwowie, Szeptycki stwierdził: „Zabijają w zdradziecki sposób najlepszego patriotę (...) Zabijają bez żadnej przyczyny (...) wszyscy zasłużeni i rozumni Ukraińcy padną z rąk skrytobójców, nie ma bowiem rozumnego Ukraińca, który nie sprzeciwiałby się tak zbrodniczej akcji. (...) powtarzać nie przestaniemy, że zbrodnia zawsze jest zbrodnią, że świętej sprawie nie można służyć zakrwawionymi rękami”.
Te słowa najlepiej oddają stosunek arcybiskupa do aktów terroru.


Otóż p. profesor cytuje tu fragmenty publikowanego listu-apelu z 2 sierpnia 1934 r., datowanego w letniej rezydencji w Podlutem. Natomiast dziś znamy również pierwszą, nie publikowaną wówczas, wersję owego apelu, datowaną we Lwowie 27 lipca 1934 r. i pisaną, według świadectwa Autora, kilka godzin po pierwszej wiadomości o zbrodni. W tej wcześniejszej wersji znalazły się m.in. takie słowa: Morderca i zdrajca miał [ponoć] drugą zbrodnią samobójstwa uwieńczyć bezbożny krwawy czyn. Jeśli tak jest, [to] bez chrześcijańskiego pogrzebu trupa [należy]  w jakimś rowie zakopać i z obrzydzeniem każde ukraińskie serce odwróci się i nie będzie już o nim wspominać. Te drastyczne sformułowania w wersji opublikowanej nie pojawiają się, ale potępienie jest równie silne, a przy tym skierowane bardzo wyraźnie w stronę "ręki" kierującej zamachowcem - kierownictwa OUN:

Godny uczeń [to o zamachowcu, który popełnił samobójstwo] przywódców ukraińskich terrorystów, którzy - siedząc bezpiecznie za granicami kraju - dzieci naszych używają do zabijania ich rodziców, a sami w bezimiennej aureoli bohaterstwa cieszą się wygodnym życiem, ściągając ofiary zagranicznych patriotów przeznaczone dla narodu, którego dobro niszczą.
Zbrodniczą robotę ukraińskich terrorystów, prowadzoną przez szaleńców, potępia, potępiała nieraz i potępiać nie przestanie ukraińska prasa i wszyscy politycy ukraińscy bez względu na przynależność partyjną. A mimo to są tacy, którzy nie zdają sobie należycie sprawy z tego, do jakiego stopnia zbrodnicza i bezrozumna to robota.

Pora na konkluzję. Sługa Boży Andrzej Szeptycki był zarówno mentalnie z zupełnie innej uczyniony gliny, niż nacjonaliści - jak też i dawał wyraz niejednokrotnie swemu potępieniu dla ich zbrodni. Czynił to w bardzo czytelny dla zainteresowanych sposób. Myślę, że warto by wreszcie przyjąć  to do wiadomości. Zwłaszcza tym z Polaków, którzy szczerze rozróżniają nacjonalizm banderowski od ukraińskości, i nie są zakamuflowanymi lepiej czy gorzej ukrainofobami; dla ukrainofobów, przyznajmy, nie ma to znaczenia.
Jaki jest zaś istotny problem moralny związany z postawą Metropolity? Otóż problemem tym było i jest to, że zarówno byli wówczas, jak i obecnie są grekokatolicy, którzy to jasne stanowiska Księcia Kościoła ignorują.

czwartek, 30 sierpnia 2012

Trochę humoru: do czego prowadzi błąd w opisie cytatu z Biblii?

Mały humorystyczny przerywnik między poważnymi wpisami na poważne tematy: anegdotka, którą na ostatniej konferencji Orientale Lumen miał opowiedzieć tytularny prawosławny metropolita dioklejski, emerytowany profesor Oxfordu Kallistos (Ware), a w wersji ukraińskiej zapodał ją na swym blogu naczelny redaktor "Patrijarchatu" p. Anatol Babinśkyj. Nie mogłem oprzeć się pokusie spolszczenia anegdotki.

Pewien facet postanowił wysłać zaprzyjaźnionej parze telegram z okazji ślubu. Rzecz się działa między wierzącymi, stąd człek ów doszedł do wniosku, że treścią ślubnego pozdrowienia będzie cytat z Pisma św.

[Młodszym przypominamy w tym miejscu, że telegram to taki starożytny SMS przesyłany przez pocztę po drucie i doręczany w formie wydruku adresatowi (telegramy z uroczystych okazji miały ozdobne blankiety); za każde słowo w telegramie się płaciło, zatem depesze te były na ogół krótkie. W Polsce telegramy "klasyczne" zlikwidowano w 2002 r. ]

Przyjacielowi młodej pary spodobał się werset 18 z 4 rozdziału 1 Listu św. Jana:  W miłości nie ma lęku, lecz doskonała miłość usuwa lęk, ponieważ lęk kojarzy się z karą. Ten zaś, kto się lęka, nie wydoskonalił się w miłości (tu i dalej cytuję za Biblią Tysiąclecia). Ponieważ zaś cytacik ten nieco jest przydługi dla telegramu (patrz wyżej), napisał na blankiecie jedynie "1 J 4, 18". W końcu telegram wysyłany był do takich, co to Biblię w domu mają i werset dobrze opisany znaleźć potrafią...

Niestety, ktoś gdzieś tam w czeluściach pocztowego Lewiatana przekręcił ów opis, a dokładnie wypadła zeń początkowa jedynka. Zamiast do cytatu z 1 Listu Janowego telegram odsyłał do Ewangelii wg. św. Jana, rozdział i werset bez zmian. Otwarłszy Ewangelię Janową w odpowiednim miejscu, adresaci telegramu przeczytali słowa: Miałaś bowiem pięciu mężów, a ten, którego masz teraz, nie jest twoim mężem. To powiedziałaś zgodnie z prawdą.

A wszystko przez brak jednej cyferki...

środa, 29 sierpnia 2012

Czy UKGK w Polsce potrzebuje nowego podziału administracyjnego?


Sława Isusu Chrystu!

Serdecznie witam na moim blogu po dłuższej, spowodowanej kłopotami zdrowotnymi przerwie. Mam nadzieję, że znowu będę mógł pisać częściej - i że nie będzie to związane z koniecznością zagłębiania się w sprawy tak przykre, jak omawiana na tym blogu (zwłaszcza w lutym-kwietniu br.) afera "marketu na kościach".

Wznowienie działalności blogowej chciałbym rozpocząć od sprawy, która stała się jednym z tematów artykułu Ireneusza B. Kondrowa w portalu grekokatolicy.pl. Chodzi mianowicie o wyrażony tam postulat zwiększenia liczby biskupów/eparchii greckokatolickich w RP (Autor pisze o tym w drugiej części tekstu).

W artykule z 2011 r., poświęconym dwudziestej rocznicy intronizacji biskupa przemysko-sanockiego Jana Martyniaka, napisałem był m.in.:

Щоби не програти в боротьбі за виживання, УГКЦ – яка прецінь мусить рахуватися з повністю від неї незалежними чинниками, як розпорошеність вірних, виїзди закордон, загальна демографічна криза в країні та й атеїзаційні процеси – мала б подбати за справи, про які писав я вище в розділі “Поразки”. Впорядкувати питання назви і юридичного статусу, активізувати мирянство і будувати почуття співвідповідальности за Церкву всіх її членів, певно теж і реорганізувати структуру – або шляхом збільшення кількости єпархій до 3-4 (попри малу кількість вірних!), з одночасним мабуть перенесенням митрополичого осідку на північ (Варшава? Ольштин?), або навпаки: шляхом повернення до 1 єпархії, з почесним архиєпископом-митрополитом на чолі. На чолі Церкви в масштабі Польщі мав би стояти або один архиєрей, або синод 3-4 владик очолений митрополитом.

Pierwszym zatem motywem, skłaniającym mnie do opowiedzenia się za zmianą, jest dysfunkcjonalność struktury obecnej. Owszem, zmniejszyła ona "obciążenie" biskupów obowiązkami pasterskimi i administracyjnymi - "rozłożyły się" one na dwóch. Jednocześnie powstała postulowana przez nas metropolia (co nb. w niczym nie zmieniło zależności od Rzymu).

Niestety, podział obecny ma też wiele negatywów:

1) Pierwszym i największym z mojego punktu widzenia jest brak organu zarządzającego całym UKGK w Polsce. W latach 1991-96 sprawa była jasna:  takim jednoosobowym organem był biskup przemysko-sanocki. Stworzenie metropolii winno teoretycznie owocować powołaniem synodu biskupów tejże - tak jak to jest w Ukrainie (por. kan. 133 par. 1 n. 2 i kan. 138 KKKW). Ale synod z natury rzeczy jest instytucją kolegialną, a - jak to już ustalili starożytni - tres faciunt collegium. Owszem, znane są w dziejach przykłady diarchii (biarchii), ale taki układ wymaga de facto pełnej zgodności obu współrządców. W przypadku jej braku mamy niestety pat. I nie można tu zastosować innej starej zasady - że mianowicie w razie równości głosów przewodniczący ma głos dodatkowy, zwłaszcza gdy prezydencja miałaby stale pozostawać przy metropolicie: w ten sposób mielibyśmy dyktat metropolity, biskup wrocławsko-gdański mógłby się w zasadzie nie fatygować na spotkania z władyką przemysko-warszawskim, chyba że hierarchowie umieliby się zawsze dogadać (ale na takich cechach osobowościowych nie buduje się ustrojów).

2) Drugim minusem jest to, że podział tylko po części zbliżył wiernych do biskupów. Co więcej, największe skupisko grekokatolików, woj. warmińsko-mazurskie, ma do stolicy eparchii tak samo daleko, jak przed 1996 r. Można też zapytać, czemu podział nastąpił na linii wschód-zachód, a nie południe-północ, jak było w przypadku wikariatów generalnych za prymasa Glempa. Nie mówiąc już o tym, że linia graniczna wytyczona wzdłuż Wisły jest absurdem i wyrazem lekceważenia dla tzw. "diaspory do kwadratu" na obszarze Polski środkowej.

3) Trzeci problem dostrzegam w tym, że nastąpił podział jednolitego dotąd organizmu eparchialnego, ale powstałe z podziału eparchie nadal są zbyt silne. Paradoks? Niekoniecznie! Nie mam tu na myśli oczywiście obszaru (o tym wspomniałem w p. 2, obszar jest dla nas zresztą słabością, nie siłą). Otóż zbyt słaba jest w moim przekonaniu świadomość konieczności wspólnego działania, takiej naszej krajowej soborności - zbyt mocna jest iluzja pewnej samowystarczalności poszczególnych eparchii.  I nie zmieniają tego wspólne rekolekcje kapłańskie czy uroczystości. Są to wszak imprezy okazjonalne (nawet jeśli regularnie odbywane), a duch wspólnoty przejawia się przede wszystkim w trwałym, ciągłym współdziałaniu instytucjonalnym. 

4) Obecny kształt naszej metropolii ignoruje fakt istnienia na jej terytorium dawnej eparchii chełmskiej. Nie jest on odzwierciedlony w czymkolwiek, nawet symbolicznie, w tytulaturze (przyznam się, że przed powstaniem metropolii, gdzieś tak około 1995 r., odwiedzając w lubelskim szpitalu Ks. Biskupa Jana Martyniaka, przeprowadziłem usilny lobbing na rzecz eparchii "przemysko-chełmskiej", nawet ofiarowałem był Jego Ekscelencji kserokopie memoriałów ks. Pawła Szymańskiego z XIX w., zwłaszcza tego z 1828 r. - protestu duchowieństwa chełmskiego wobec planów oderwania od metropolii halickiej). Powie ktoś, że to moje dziwactwo i rzecz bez znaczenia. Nie zgadzam się - sfera symboliczna nie jest w Kościele bez znaczenia, zaś tego, kto ma władzę nad danym terytorium, a tradycje tego terytorium ma gdzieś, nazywamy okupantem. Nie mamy prawa zaniedbywać tradycji chełmsko-podlaskich!

Zatem w moim odczuciu sytuacja obecna przyniosła więcej minusów (wynikających z podziału) niż plusów (wynikających z utworzenia metropolii). Co robić?

Pierwsza możliwość: nic. Tak też zapewne będzie. Jest to w końcu najprostsze. Nawet jednak w przypadku pozostawienia struktury bez zmian, można usprawnić jej zarząd. Nowy metropolita przemysko-warszawski mógłby zostać w jakiejś formie prawnej (unia personalna? administrator apostolski?) rządcą eparchii wrocławsko-gdańskiej i w ten sposób jednoosobowym organem zarządu UKGK w Polsce. Mógły wtedy rezydować w Warszawie, zaś przy katedrach przemyskiej i wrocławskiej rezydowaliby biskupi pomocniczy. Wypadałoby też wtedy tak czy inaczej poprawić granicę międzyeparchialną, by nie trzeba było bawić się np. w powierzanie proboszczowi warszawskiemu opieki duszpasterskiej nad wiernymi eparchii wrocławsko-gdańskiej zamieszkałymi w... Pruszkowie czy w woj. lubelskim na lewym brzegu Wisły (!). 
To rozwiązanie oczywiście trochę racjonalizuje system, ale: 
a) nie jest w duchu prawa kościelnego (kumulacja 2 eparchii w 1 ręku - możliwa formalnie, ale...) i zdrowego sensu pasterskiego (kogo będą uważać za swego arcypasterza wierni w Przemyślu czy Wrocławiu?),
b) nie usuwa niektórych minusów ("kwestia chełmska" pozostaje nie rozwiązana w całości, inne - po części).

Drugi możliwy wariant: zwijamy się. Demografia wygląda jak wygląda, my sami wolimy wymrzeć byle się tylko polskim słowem nie skalać, imigranci z Ukrainy nas raczej omijają, my zaś ich specjalnie nie szukamy - a poza tym zasadniczo warunków nie mamy nawet na porządną eparchię, nie mówiąc już o metropolii. Zadowalająca jest, owszem, liczba kapłanów i parafii/cerkwi, terytorium nawet aż za wielkie. Ale wiernych malutko, powołań zakonnych brak, a instytucjonalnie? Porządna eparchia winna mieć sąd i seminarium - tymczasem naszych wiernych "rozwodzą" trybunały rzymskokatolickie, a kandydatów do kapłaństwa kształcą rzymskokatolickie seminaria. Można by zatem widzieć rozwiązanie w konsolidacji - powrocie do jedności eparchialnej. Taki pojedynczy eparcha mógłby zresztą mieć tytuł arcybiskupa-metropolity, to jest formalnie możliwe. Mógłby rezydować w Warszawie, mógłby gdzie indziej. Potrzebowałby już tylko jednej kurii, stąd koszty mogłyby być mniejsze. Co prawda przy większym terytorium większe byłyby koszty rozjazdów, korespondencji etc. - ale w końcu (arcy)biskup taki mógłby mniej jeździć, sprawy załatwiać raczej korespondencyjnie, z wiernymi obcować przez media (w tym elektroniczne). Łatwiej by znaleźć dobrego kandydata, a na razie wcale nie trzeba by szukać: jeden młodszy od Ks. Metropolity biskup już jest. Kapłani mogliby być przenoszeni z parafij mniejszych i uboższych na ludniejsze i bogatsze bez żadnych przeszkód.
W tym wariancie, trzeba sobie jasno powiedzieć, "dostępność" biskupa, jego bliskość i "oswojenie" z wiernymi były mniejsze. Oczywiście, mógłby dużo jeździć, zaniedbując sprawy administracyjne - albo też przyjął by model trochę zbliżony do cesarsko-chińskiego (zwłaszcza gdyby rezydował w Warszawie, skąd do najbliższych parafij daleko). Nie chcę rozstrzygać, czy tak byłoby lepiej - wiele zależałoby od osoby biskupa. Szkoda by jednak było tego, co zdobyliśmy we Wrocławiu, a i tego, co odzyskaliśmy w Przemyślu (gdyby biskup rezydował w Warszawie).  

 Wariant trzeci - najbliższy memu sercu: jednak rozwijamy się. Pamiętajmy, że środowisko nasze w czasie, gdy trwały prace nad koncepcją metropolii, opowiadało się za metropolią z trzema eparchiami (mam na myśli świeckich). Jednakże rzut okiem na mapę naszych struktur wskazuje, że mamy w Polsce zasadniczy podział na 5 regionów. Cztery z nich charakteryzują się stosunkowo liczną obecnością greckokatolickich parafij i wiernych. Według podziału dekanalnego sprzed ćwierć wieku, można by mówić o regionach: przemyskim, wrocławskim, koszalińskim i olsztyńskim. Są to cztery "rogi" polskiej mapy - w środku zaś "biała plama" czy "czarna dziura" (jak kto woli): "diaspora do kwadratu", ziemie po części rdzennie łacińsko-polskie (Polska środkowa, po trosze i zachodnia), po części zaś jak najbardziej bizantyjsko-ruskie, ale wskutek działań władz carskich w 1839 i 1875 r. nie grekokatolicy tam (z niewielkimi wyjątkami) reprezentują wschodnie chrześcijaństwo. 
W "diasporze do kwadratu" niewiele mamy struktur: dwie "pełnowartościowe" (z duszpasterzem na miejscu i cerkwią) parafie - Warszawa i Lublin. W pierwszej - także struktury zakonne męskie (bazylianie) i żeńskie (służebnice, bazylianki); w drugiej - seminarium. Poza tym, cóż: Chełm od lat w stadium organizacji, Łódź obsługiwana od lat "z doskoku", Poznań - z kapłanem na miejscu, ale bez cerkwi. Białystok - o ile nadal istniejący, to obsługiwany z Chrzanowa, w kaplicy przy kościele rzym.kat. I wreszcie Kostomłoty - niby nie nasze, ale jednak nasze i do nas ciążące. Hrebennego z Siedliskami nie liczę, choć to woj. lubelskie i przedrozbiorowa eparchia chełmska; przed 1914 r. była to jednak Galicja, a proboszcz mieszka w Przemyślu niestety.
Czy jest to zatem region bezwartościowy? Nie - są tam nasze historyczne ziemie i (nieliczne już) zabytki, są tam dość liczni potencjalni wierni przede wszystkim z grona imigrantów zarobkowych; zwłaszcza parafia warszawska wydaje się mieć potencjał rozwoju (także... przez podział). Jest to region, który sam się w randze eparchii nie utrzyma, ale jest ważny i potrzebuje wsparcia regionu innego - najlepiej najsilniejszego, czyli warmińsko-mazurskiego (nb. w końcu lat 80-ych XX w. Warszawa i Lublin należały do dekanatu olsztyńskiego). 
Z powyższego wynika idea podziału na 4 eparchie:

1) metropolitalną archieparchię warszawsko-chełmską (woj. mazowieckie, warmińsko-mazurskie, podlaskie, lubelskie, pow. lubaczowski podkarpackiego, łódzkie, świętokrzyskie, większa część wielkopolskiego) ze stolicą w Warszawie;

2) archieparchię (tytuł pozostawiony dla prestiżu) przemysko-krakowską (woj. podkarpackie bez pow. lubaczowskiego oraz małopolskie) ze stolicą w Przemyślu;

3) eparchię wrocławsko-legnicką (śląskie, opolskie, dolnośląskie, lubuskie, może część wielkopolskiego) ze stolicą we Wrocławiu;

4) eparchię koszalińsko-gdańską (pomorskie, zachodniopomorskie, pewnie i północ wielkopolskiego) ze stolicą w Koszalinie (a może w Gdańsku?).

Taki podział w mej ocenie dawałby możliwość nowego uporządkowania spraw cerkiewnych. Synod z 4 biskupów funkcjonowałby nieprzerwanie (przy trzech śmierć jednego komplikowałaby sprawę). Metropolita rezydowałby w Warszawie, co dałoby asumpt do utworzenia tam drugiej parafii. Wreszcie pojawiłby się hierarcha zobowiązany tytularnie do kultywowania pamięci eparchii chełmskiej, który miałby większą motywację i tytuł prawny choćby do poruszenia wobec Kościoła łac. stanu krypt biskupich w Chełmie. Wierni mieliby bliżej do swego biskupa i model posługiwania biskupiego mógłby się bardziej zbliżyć do tego, jaki znamy choćby z Kościoła melchickiego na Bliskim Wschodzie - bardziej duszpasterskiego, w kontakcie z wiernymi, a mniej biurokratycznego. Przy słabych liczebnie eparchiach odpadła by iluzja autarkii - biskupi byliby niejako zmuszeni do czynniejszego współdziałania: po co wydawać cztery organy eparchialne, gdy wystarczy jeden dobrze redagowany, podobnie jedna porządna strona WWW itd. Silniejsza byłaby tu także motywacja, by starać się o rozwój UKGK, a nie tylko biernie obserwować proces asymilacji. Także i w Synodzie Biskupów UKGK głos metropolii z Polski byłby siłą rzeczy bardziej słyszalny.

Oczywiście, można i tu dostrzegać minusy. Np. kapłanom z proponowanej eparchii przemysko-krakowskiej perspektywa pozostania "na całe życie" w jej granicach, na wymierających parafijkach, w drewnianych cerkwiach, z kielichami w zimie przymarzającymi do rąk - raczej się nie spodoba. Ale i temu można zaradzić w duchu solidarności i współdziałania.

Wariant czwarty: wskrzeszenie eparchii chełmskiej. Najmniej chyba prawdopodobny, ale możliwy, więc można go wspomnieć. Otóż z tej dawnej eparchii pozostało nam kilka parafii na różnym szczeblu organizacji: Lublin, Warszawa, Hrebenne, Dziewięcierz, Kraków, Chełm (in statu nascendi) plus nasze-nie-nasze Kostomłoty (parafia lekceważona czasem, ale na tle zwłaszcza południowo-wschodnich dekanatów nie przedstawia się źle: ok. 120 wiernych, cerkiew, plebania, inne budynki, kawał ziemi i lasu...). Pozostawiając eparchie wrocławską i metropolitalną przy dawnych tytułach, z tej drugiej można by wykroić wschodni pas - od pow. lubaczowskiego przez lubelskie, podlaskie, po wschodnią część warmińsko-mazurskiego (dek. węgorzewski). Oczywiście, byłby to może nie "poroniony płód", ale z pewnością "trudne dziecko". Brak oczywistej stolicy (Lublin?), podział regionu warmińsko-mazurskiego, niemal pewne reakcje ze środowiska PAKP - oskarżenia o prozelicki charakter eparchii (obejmującej wszak woj. podlaskie!)... Trzeba by mieć dużą odwagę, być przyjąć wybór na biskupa takiej eparchii, bo łatwo by nie było. Korzyści byłyby skromniejsze niż w wariancie trzecim: synod trzyosobowy, stosunkowo małe zamieszanie związane ze zmianami administracyjnymi, kapłani z południa nadal mogliby się przenosić na północ w ramach jednej eparchii. W jakimś sensie byłby to wariant stworzony dla wygody duchowieństwa dotychczasowych eparchij. Wskrzeszenie eparchii chełmskiej - jako samodzielnej jednostki - ma swoją wartość, zwłaszcza dla mnie, ale wydaje mi się, że dla Kościoła korzystniejszy byłby chyba wariant poprzedni.
  
Jeden z dyskutantów pod tekstem I.B. Kondrowa, podpisujący się jako "petro" (nie ja!), stwierdził słusznie, że sprawy struktur są wtórne wobec spraw ducha. Jestem i byłem tego świadomy, a na dowód pozwolę sobie przytoczyć fragment owego artykułu z 2011 r. - fragment następujący bezpośrednio po passusie dotyczącym spraw organizacyjnych:


Та головне інше – повернення до джерел нашої ідентичности, перехід від етноцентризму до христоцентризму. Щоби врешті-решт дивитися на УГКЦ як на Христову Церкву par excellence, а не на установу створену заради “зберігання українства”. Щоби навчитися думати про Церкву і свою в ній роль саме в ключі Божого покликання – шукання волі Божої по відношенні до себе самого і церковної спільноти, шукання місії, яку має УГКЦ виконати як східна католицька Церква тут і тепер. Щоби розвивати свою ідентичність як християнина, католика, вірного візантійської традиції в її українській чи пак київській версії.