Blog niniejszy w założeniu służyć ma publikacji tekstów publicystycznych na temat katolickich Kościołów tradycji bizantyjskiej, czyli Kościołów greckokatolickich. Autor jest duchownym greckokatolickiej archieparchii przemysko-warszawskiej. Prezentowane będą zarówno teksty archiwalne, jak też i pisane na bieżąco. Po polsku i ukraińsku, być może wklei się także co nieco w innych językach.
poniedziałek, 16 września 2013
wtorek, 10 września 2013
Ks. B. Maściuch zamiast bł. Jozafata Kocyłowskiego?
Przemyscy aktywiści "Wspólnoty Samorządowej
Doliny Sanu" ujawnili wreszcie, jakiego to innego duchownego
greckokatolickiego chcieliby mieć jako patrona ulicy w Przemyślu,
zamiast bł. Jozafata Kocyłowskiego, biskupa i męczennika: ks. Bazylego Maściucha, zmarłego w 1936 r. administratora apostolskiego Łemkowszczyzny:
http://zapalowski.eu/index.php?option=com_content&view=article&id=2131%3Anowy-patron-ulicy-w-przemyslu&catid=20%3Amoim-zdaniem&Itemid=54
http://isakowicz.pl/index.php?page=news&kid=8&nid=8454
Cóż, jak widać, niewiele rozumieją z tej całej historii. Kiedy ogłosili, że mają "patrona zastępczego", miałem (niewielką) nadzieję, że zgłoszą kogoś ze wcześniejszych biskupów przemyskich, z XVIII-XIX w. na przykład, albo któregoś z zasłużonych kapłanów z tego okresu. Ciekawym pomysłem byłoby wysunięcie np. bł. Emiliana Kowcza, kapłana i męczennika (1884-1944), to byłoby jednak zbyt finezyjnym krokiem, nie na poziom "patriotów przemyskich". Takiej więc nadziei nie miałem, ale liczyłem na to, że wybiorą po prostu kogoś zasłużonego a nie budzącego kontrowersji ani wśród Polaków, ani wśród Ukraińców. A gdyby szukać wśród nowych męczenników UKGK, to zdecydowany wróg nacjonalizmu doncowsko-ounowskiego bł. Grzegorz Chomyszyn byłby też ciekawą propozycją. Oczywiście, pewnym minusem obu kandydatur (bł. Emiliana i bł. Grzegorza) byłby brak poważniejszych związków z Przemyślem...
Tymczasem WSDS wybrała kandydata nie tylko nie "neutralnego", ale kontrowersyjnego, tylko dla drugiej strony. Administracja Apostolska Łemowszczyzny była, czy się nam to podoba czy nie, elementem antyukraińskiej polityki władz. Piszą aktywiści WSDS: Przejścia na prawosławie wśród Łemków ustały, a nawet nastąpiły powroty do obrządku greckokatolickiego - tylko że przejścia ustały na dobre PRZED utworzeniem AAŁ. Owszem, osobne biskupstwo w Sanoku (ale w ramach metropolii halickiej) byłoby OK. Podobnie OK byłoby poszanowanie partykularnych cech łemkowskich, a zwłaszcza - integralności tradycji wschodniej (nie tylko zresztą na Łemkowszczyźnie). Ale sposób, w jaki przeprowadzono utworzenie AAŁ - tworu doraźnie wyodrębnionego z eparchii przemyskiej, ale i z metropolii halickiej, utworzonego na mocy umowy międzynarodowej - był i jest nadal postrzegany jako dywersja w stosunku do UKGK i eparchii przemyskiej.
Trudno nie zacytować zresztą jeszcze jednego passusu:
Jego następcy kontynuowali jego dzieło, do czasu, kiedy to poprzez działanie nacjonalistów ukraińskich doszło do operacji „Wisła”. Dzięki polityce duszpasterskiej ks. Maściucha i jego następców, na terenie Łemkowszczyzny nie doszło do konfliktu z Polakami i mordów prowokowanych przez OUN i UPA. Łemkowie nie dali poparcia dla ideologii nacjonalistów ukraińskich.
Słowa te obrazują dość dobitnie sposób myślenia (?) "przemyskich patriotów". Ks. Maściuch i jego następcy dobrze wychowali Łemków, nie było konfliktu z Polakami, nie było mordów upowskich, ani poparcia dla ideologii OUN. OK - to dlaczego w takim razie tych "dobrze wychowanych" i stroniących od OUN i UPA Łemków dotknęła taż sama "Wisła"? Czyżby jednak doszło do niej nie tylko "poprzez działania nacjonalistów ukraińskich"? A może to nacjonaliści ukraińscy wysiedlali Łemków z ojczystych gór?
Nie miałbym nic przeciwko ulicy ks. B. Maściucha w Sanoku, a i w Przemyślu zresztą. Ale wysunięcie akurat tej kandydatury w tym kontekście (tj. jako zamiennika bł. Jozafata Kocyłowskiego) świadczy o tym, o czym pisałem był na początku: "patriotom przemyskim" nie chodzi o propozycję do przyjęcia dla wszystkich, im chodzi o to, by postawić na swoim, a jednocześnie zagrać na nosie dzisiejszym przemyskim Ukraińcom, którzy niewątpliwie - nie wchodząc w niuanse biografii i posługiwania ks. Maściucha - odbiorą propozycję WSDS jako skierowaną w nich prowokację.
WSDS zatem nie goi ran, a jątrzy. Działa nie na rzecz pojednania i kompromisu, a na rzecz dalszego konfliktu 2 społeczności.
PS. Przy wszystkich minusach sytuacji przemyskiej wypada zauważyć, że gdzie indziej bywa gorzej. Np. w innej historycznej stolicy eparchii Kościoła ruskiego w granicach obecnej Polski, w Chełmie, w ogóle nie ma patronów ulic związanych z ruskością/ukraińskością, Kościołem unickim (greckokatolickim) czy prawosławnym. Nie ma swej ulicy założyciel miasta, król Rusi Daniel Romanowicz. Nie ma jej nestor historiografii ukraińskiej, urodzony w Chełmie w 1866 r. M. Hruszewśkyj (tu była próba, ale odrzucona przez radę miasta w związku z tym, że Hruszewśkyj dążył do włączenia Chełma i Ziemi Chełmskiej w skład państwa ukraińskiego w roku... 1918). Nie mają swych ulic zasłużeni biskupi uniccy, jak Metody Terlecki (założyciel pierwszego chełmskiego gimnazjum), Jakub Susza (wybitny arcypasterz eparchii w czasach najtrudniejszych, pierwszy badacz historii Chełma, jeden z najwybitniejszych katolickich hierarchów w Rzeczypospolitej w II poł. XVII w., politycznie bez zarzutu, bo udał się pod Beresteczko do obozu królewskiego z cudowną ikoną chełmską Matki Bożej) czy Porfiriusz Skarbek-Ważyński (cywilny naczelnik powstania kościuszkowskiego w Ziemi Chełmskiej). Nie uczczono w ten sposób także międzywojennego polityka ukraińskiego, autonomisty stojącego na platformie lojalności wobec państwa polskiego, szczerego zwolennika porozumienia - a przy tym rodowitego chełmianina z dziada pradziada - Antoniego Wasyńczuka. Paradoksalnie zatem wypada stwierdzić, że to co dzieje się w Przemyślu (gdzie bądź co bądź rada miasta ustanowiła ulicę bł. Jozafata Kocyłowskiego, gdzie nawet wrogowie tej nazwy i postaci szukają zamiennika wśród grekokatolików), przy wszystkich zastrzeżeniach, wskazuje na sytuację o wiele lepszą niż w Chełmie, co jest niewątpliwie pochodną bez porównania większej liczebności i znaczenia Kościoła greckokatolickiego i społeczności ukraińskiej w grodzie nad Sanem.
http://zapalowski.eu/index.php?option=com_content&view=article&id=2131%3Anowy-patron-ulicy-w-przemyslu&catid=20%3Amoim-zdaniem&Itemid=54
http://isakowicz.pl/index.php?page=news&kid=8&nid=8454
Cóż, jak widać, niewiele rozumieją z tej całej historii. Kiedy ogłosili, że mają "patrona zastępczego", miałem (niewielką) nadzieję, że zgłoszą kogoś ze wcześniejszych biskupów przemyskich, z XVIII-XIX w. na przykład, albo któregoś z zasłużonych kapłanów z tego okresu. Ciekawym pomysłem byłoby wysunięcie np. bł. Emiliana Kowcza, kapłana i męczennika (1884-1944), to byłoby jednak zbyt finezyjnym krokiem, nie na poziom "patriotów przemyskich". Takiej więc nadziei nie miałem, ale liczyłem na to, że wybiorą po prostu kogoś zasłużonego a nie budzącego kontrowersji ani wśród Polaków, ani wśród Ukraińców. A gdyby szukać wśród nowych męczenników UKGK, to zdecydowany wróg nacjonalizmu doncowsko-ounowskiego bł. Grzegorz Chomyszyn byłby też ciekawą propozycją. Oczywiście, pewnym minusem obu kandydatur (bł. Emiliana i bł. Grzegorza) byłby brak poważniejszych związków z Przemyślem...
Tymczasem WSDS wybrała kandydata nie tylko nie "neutralnego", ale kontrowersyjnego, tylko dla drugiej strony. Administracja Apostolska Łemowszczyzny była, czy się nam to podoba czy nie, elementem antyukraińskiej polityki władz. Piszą aktywiści WSDS: Przejścia na prawosławie wśród Łemków ustały, a nawet nastąpiły powroty do obrządku greckokatolickiego - tylko że przejścia ustały na dobre PRZED utworzeniem AAŁ. Owszem, osobne biskupstwo w Sanoku (ale w ramach metropolii halickiej) byłoby OK. Podobnie OK byłoby poszanowanie partykularnych cech łemkowskich, a zwłaszcza - integralności tradycji wschodniej (nie tylko zresztą na Łemkowszczyźnie). Ale sposób, w jaki przeprowadzono utworzenie AAŁ - tworu doraźnie wyodrębnionego z eparchii przemyskiej, ale i z metropolii halickiej, utworzonego na mocy umowy międzynarodowej - był i jest nadal postrzegany jako dywersja w stosunku do UKGK i eparchii przemyskiej.
Trudno nie zacytować zresztą jeszcze jednego passusu:
Jego następcy kontynuowali jego dzieło, do czasu, kiedy to poprzez działanie nacjonalistów ukraińskich doszło do operacji „Wisła”. Dzięki polityce duszpasterskiej ks. Maściucha i jego następców, na terenie Łemkowszczyzny nie doszło do konfliktu z Polakami i mordów prowokowanych przez OUN i UPA. Łemkowie nie dali poparcia dla ideologii nacjonalistów ukraińskich.
Słowa te obrazują dość dobitnie sposób myślenia (?) "przemyskich patriotów". Ks. Maściuch i jego następcy dobrze wychowali Łemków, nie było konfliktu z Polakami, nie było mordów upowskich, ani poparcia dla ideologii OUN. OK - to dlaczego w takim razie tych "dobrze wychowanych" i stroniących od OUN i UPA Łemków dotknęła taż sama "Wisła"? Czyżby jednak doszło do niej nie tylko "poprzez działania nacjonalistów ukraińskich"? A może to nacjonaliści ukraińscy wysiedlali Łemków z ojczystych gór?
Nie miałbym nic przeciwko ulicy ks. B. Maściucha w Sanoku, a i w Przemyślu zresztą. Ale wysunięcie akurat tej kandydatury w tym kontekście (tj. jako zamiennika bł. Jozafata Kocyłowskiego) świadczy o tym, o czym pisałem był na początku: "patriotom przemyskim" nie chodzi o propozycję do przyjęcia dla wszystkich, im chodzi o to, by postawić na swoim, a jednocześnie zagrać na nosie dzisiejszym przemyskim Ukraińcom, którzy niewątpliwie - nie wchodząc w niuanse biografii i posługiwania ks. Maściucha - odbiorą propozycję WSDS jako skierowaną w nich prowokację.
WSDS zatem nie goi ran, a jątrzy. Działa nie na rzecz pojednania i kompromisu, a na rzecz dalszego konfliktu 2 społeczności.
PS. Przy wszystkich minusach sytuacji przemyskiej wypada zauważyć, że gdzie indziej bywa gorzej. Np. w innej historycznej stolicy eparchii Kościoła ruskiego w granicach obecnej Polski, w Chełmie, w ogóle nie ma patronów ulic związanych z ruskością/ukraińskością, Kościołem unickim (greckokatolickim) czy prawosławnym. Nie ma swej ulicy założyciel miasta, król Rusi Daniel Romanowicz. Nie ma jej nestor historiografii ukraińskiej, urodzony w Chełmie w 1866 r. M. Hruszewśkyj (tu była próba, ale odrzucona przez radę miasta w związku z tym, że Hruszewśkyj dążył do włączenia Chełma i Ziemi Chełmskiej w skład państwa ukraińskiego w roku... 1918). Nie mają swych ulic zasłużeni biskupi uniccy, jak Metody Terlecki (założyciel pierwszego chełmskiego gimnazjum), Jakub Susza (wybitny arcypasterz eparchii w czasach najtrudniejszych, pierwszy badacz historii Chełma, jeden z najwybitniejszych katolickich hierarchów w Rzeczypospolitej w II poł. XVII w., politycznie bez zarzutu, bo udał się pod Beresteczko do obozu królewskiego z cudowną ikoną chełmską Matki Bożej) czy Porfiriusz Skarbek-Ważyński (cywilny naczelnik powstania kościuszkowskiego w Ziemi Chełmskiej). Nie uczczono w ten sposób także międzywojennego polityka ukraińskiego, autonomisty stojącego na platformie lojalności wobec państwa polskiego, szczerego zwolennika porozumienia - a przy tym rodowitego chełmianina z dziada pradziada - Antoniego Wasyńczuka. Paradoksalnie zatem wypada stwierdzić, że to co dzieje się w Przemyślu (gdzie bądź co bądź rada miasta ustanowiła ulicę bł. Jozafata Kocyłowskiego, gdzie nawet wrogowie tej nazwy i postaci szukają zamiennika wśród grekokatolików), przy wszystkich zastrzeżeniach, wskazuje na sytuację o wiele lepszą niż w Chełmie, co jest niewątpliwie pochodną bez porównania większej liczebności i znaczenia Kościoła greckokatolickiego i społeczności ukraińskiej w grodzie nad Sanem.
niedziela, 25 sierpnia 2013
Grekokatolicy i prawosławni w Polsce w świetle spisu powszechnego z 2011 r.
W nawiązaniu do wpisu z 12 lipca br., poświęconego ogólnej prezentacji wstępnych danych spisowych w obszarze wyznaniowym, proponuję dziś lekturę kolejnego opracowania, poświęconego wiernym dwóch konkretnych wspólnot: Polskiego Autokefalicznego Kościoła Prawosławnego.
Tak jak i tekst poprzedni, także i ten został przeze mnie napisany z myślą o portalu Ekumenizm.pl i tamże pierwotnie opublikowany.
Tak jak i tekst poprzedni, także i ten został przeze mnie napisany z myślą o portalu Ekumenizm.pl i tamże pierwotnie opublikowany.
Grekokatolicy
i prawosławni w Polsce w świetle wyników wstępnych Narodowego Spisu
Powszechnego z 2011 r.
9 kwietnia 2013 r. Główny Urząd Statystyczny opublikował w Internecie opracowanie
pt. Ludność. Stan i struktura demograficzno-społeczna, zawierające pierwsze od 1931 r. (!) dane spisowe
dotyczące poszczególnych wyznań, bardzo zresztą na razie fragmentaryczne. W poprzednim artykule piszący te słowa dokonał ogólnego przeglądu wyników spisu w obszarze
konfesyjnym. Celem niniejszego opracowania jest bliższe przyjrzenie się
wynikom, uzyskanym przez Polski Autokefaliczny Kościół Prawosławny i Ukraiński
Kościół Greckokatolicki.
Prawosławni
Kościół prawosławny,
przypomnijmy, uzyskał według danych spisowych wynik 156 tys.
wiernych. Wynik relatywnie dobry, potwierdzający silną pozycję PAKP jako
największego wyznania mniejszościowego w Polsce oraz drugiej po Kościele
rzymskokatolickim (łacińskim) wspólnoty religijnej w naszym kraju. Z drugiej
atoli strony wynik ten może jednak być uznany za wysoce niezadowalający. Po
pierwsze dlatego, że sam PAKP zadeklarował wobec GUS liczbę
504 tys. 150 wiernych wg.
stanu na rok 2011, co oznacza, że owa deklarowana wielkość przeszacowana była
ponad trzykrotnie (!). Po drugie z uwagi na niewielką różnicę między wynikiem
PAKP a liczbą plasujących się na kolejnym miejscu Świadków Jehowy (137
tys.). Po trzecie wreszcie dlatego, że
wśród wymienionych z nazwy w opracowaniu GUS wspólnot religijnych żadna nie
doświadczyła tak wielkiego rozdźwięku in
minus między deklarowaną przez siebie a wynikającą ze spisu liczbą
wiernych. Niektóre wręcz odnotowały wynik lepszy, jak Kościół
Ewangelicko-Augsburski (71 tys. w NSP 2011 przy 61 tys. 738 wg.
autodeklaracji), wspomniani już jehowici (odpowiednio 137 tys. wobec 129 tys.
270) czy Kościół Zielonoświątkowy (26 tys. wobec 22 tys. 429).
Czy możemy tu mówić o zaskoczeniu? Raczej nie. Otóż fikcyjny charakter deklarowanych przez PAKP statystyk obnażył już kilka lat temu p. Krzysztof Goss (zob. np. jego artykuł pt. Trzeba głosić prawdę
). Zgodnie z obliczeniami tego badacza prawosławnych w Polsce dobrych już kilka lat temu było mniej więcej 200 tys., z czego 150 tys. w głównym mateczniku tego wyznania, czyli woj. podlaskim.
Jak podaje Goss, liczbę 200 tys. prawosławnych w Polsce potwierdził w jednym z
wywiadów stojący na czele PAKP Metropolita Warszawski i całej Polski, Wielce
Błogosławiony Sawa Hrycuniak. Pan Goss, zbierając jeszcze w 1998 r. dane nt. liczby wiernych od wszystkich prawosławnych proboszczów w woj. podlaskim, uzyskał wynik zaledwie 113 tys. osób zarejestrowanych w parafialnej ewidencji ludności.
Skąd zatem liczba 150 tys.? Jest ona
pochodną odjęcia od liczby mieszkańców województwa liczby zamieszkałych w nim
katolików obrządku łacińskiego. Możliwe jest zatem w świetle zaprezentowanych
wyników spisu, że p. K. Goss zbyt ostrożnie oszacował był liczebność „trzecich” grup wyznaniowych w na
północnym Podlasiu (poza tradycyjnymi, acz obecnie liczebnie znikomymi
wspólnotami staroobrzędowców i muzułmanów są tam jeszcze Świadkowie Jehowy i
protestanci). Istnieje też możliwość, że Krzysztof Goss miał jednak rację i w
woj. podlaskim mieszkają tysiące miejscowych odpowiedników „po prostu
prawosławnych” i „prawosławnych ateistów” z państw postsowieckich, tj. ludzie
zasadniczo uważający się za prawosławnych, lecz nie mający realnych związków ze
strukturami PAKP, nie odnotowani w ewidencji parafian tego Kościoła. Można
zatem postawić pytanie: czy szacunki K. Gossa były zbyt
optymistyczne? A może po prostu wyliczenia tego badacza zdezaktualizowały się
już w tak znacznym stopniu – i prawosławnych w Polsce obecnie rzeczywiście jest
już nie 200 tys., a poniżej 160 tys.? Może zawiniła tu metodologia przyjęta
przez GUS? A może tych „brakujących” 40-50 tys. prawosławnych szukać należy
wśród ludzi, którzy z takich czy innych przyczyn odmówili udzielenia odpowiedzi
na pytanie o przynależność wyznaniową (2 mln 734 tys. wg. GUS!) i/lub osób,
których konfesyjnej afiliacji nie dało się określić np. z powodu wyjazdu za
granicę? Spora emigracja zarobkowa z północnego Podlasia do zachodniej Europy
jest faktem znanym nie od dziś (już w latach dziewięćdziesiątych XX w. takie
np. Siemiatycze miały regularne połączenie autokarowe z Brukselą)…
Grekokatolicy
W przypadku Ukraińskiego Kościoła
Greckokatolickiego (inaczej: Kościoła Katolickiego Obrządku
Bizantyjsko-Ukraińskiego) przez wiele lat zagmatwaniu statystyk sprzyjał status
tego Kościoła w Polsce powojennej: w latach 1947-1956 de facto zdelegalizowanego i zakazanego, w latach 1957-1989 ledwie
tolerowanego na zasadzie „wewnętrznego problemu Kościoła
(rzymsko)katolickiego”. Dopiero we wrześniu 1989 r. wyświęcony został pierwszy
w Polsce od 1946 r. biskup greckokatolicki, który zresztą samodzielnym rządcą
odrodzonej eparchii (diecezji) przemyskiej stał się dopiero w kwietniu 1991 r.
W takich warunkach długo kwitły wszelkiego rodzaju spekulacje i bajki
„statystyczne”. Fantazjowano na temat 200-300 tys. grekokatolików w Polsce,
sporadycznie padały i większe liczby. Pierwszą jaskółką realizmu zdawała się
być na gruncie polskim statystyka opracowana przez warszawską nuncjaturę na
podstawie danych pochodzących z badań
ankietowych dokonanych przez rzymskokatolickie kurie diecezjalne, opublikowana
w miesięczniku „Powściągliwość i Praca” nr 7-8/1994 (a także na blogu
ruthenus.blogspot.com we wpisie z dnia 14 października 2011 r.). Uzyskana tam
liczba 110 tys. 380 grekokatolików była już bliższa prawdy, acz pobieżny
nawet przegląd zawartych tam danych wskazywał, że w niektórych diecezjach ankietę
nuncjatury potraktowano dość powierzchownie i najprawdopodobniej podawano „na
oko” liczby znacznie „zaokrąglone” w górę. Być może zresztą wytłumaczenie kryje
się w tym, że kurialiści w diecezjach z dużym udziałem ludności
greckokatolickiej uczciwie podawali liczbę osób formalnie będących
grekokatolikami, ale de facto
objętych wyłącznie duszpasterstwem rzymskokatolickim.
A jak było naprawdę? Osoby
zainteresowane szczegółami zachęcam do lektury mego artykułu w Kalendarzu
„Błahowista” za 2013 r. (dostępny na blogu ruthenus.blogspot.com, wpis z 7 czerwca 2013 r.). Tu podam tylko rezultaty mych badań. Punktem wyjścia były –
przez analogię do badań Krzysztofa Gossa – dane z momentu poprzedzającego akcję
„Wisła” (1947), już po przesiedleniach
ludności ukraińskiej do Związku Sowieckiego (1944-1946). Otóż liczbę
grekokatolików pozostałych w Polsce w przededniu akcji „Wisła” szacować można
na 80-100 tys. Gdyby grupa ta nie doznała żadnych szykan, prześladowań,
delegalizacji, gdyby rozwijała się w takim tempie, w jakim wzrastała ludność
Polski powojennej w ogóle – to w połowie lat osiemdziesiątych XX w. byłoby w
Polsce już nie 80-100 tys., a 120-155 tys. grekokatolików. Absolutnie nie więcej! Wszelkie zatem szacunki mówiące o 200 tys. i
więcej wiernych UKGK były zatem od samego początku pozbawione wszelkich
podstaw, podkreślić bowiem należy, że nawet owe 120-155 tys. hipotetycznych
wiernych mogłoby zostać osiągnięte w warunkach bez mała cieplarnianych, a
warunki realne do takich nie zaliczały się w żadnym razie.
Ile zatem wynosiła realna
liczba grekokatolików w Polsce? Łącznie z tymi, którzy tylko formalnie
przynależeli do Kościoła greckokatolickiego, ale nie praktykowali w jego
nielicznych i rozproszonych punktach duszpasterskich, mogła w istocie sięgać
owych 110 tys. 380 z ankiety nuncjatury. Jeśli jednak interesuje nas liczba
osób rzeczywiście utrzymujących żywy związek z grekokatolicyzmem, to na
podstawie schematyzmu ks. D. Błażejowśkiego (BLAZEJOWSKYJ D., Schematism of the Ukrainian Catholic Church: a Survey of the Church in Diaspora, Rome 1988, s. 930-985) oszacować
można, że w przededniu Tysiąclecia Chrztu Rusi (1988) było ich 40-44 tys. Z
kolei na początku XXI wieku, w przededniu akcesji RP do WE (1 maja 2004 r.),
liczbę „zewidencjonowanych” grekokatolików w Polsce oszacowałem na 31 tys.
Zatem liczba uzyskana w NSP 2011 – 33 tys. – nie jest żadnym zaskoczeniem, bo
niemal dokładnie wpisuje się w moje szacunki, z tym tylko zastrzeżeniem, że
dotyczą one sytuacji sprzed niemal 10 lat, a liczba 31 tys. już wtedy była
szacunkiem maksymalnym. Z drugiej strony na liczbę grekokatolików w Polsce
wpływają nie tylko czynniki o charakterze ujemnym (asymilacja, wyjazdy na
Zachód), ale i te dodatnie – zwłaszcza imigracja z Ukrainy.
Oczywiście również w
przypadku UKGK wynik spisowy (33 tys.) niższy jest od autodeklaracji, czyli
liczby wiernych obu greckokatolickich eparchii podanej w „Annuario Pontificio”
(55 tys. – 30 tys. w archieparchii przemysko-warszawskiej, 25 tys. w eparchii
wrocławsko-gdańskiej). Ale i to nie jest niespodzianką. Wystarczyło prześledzić
fluktuacje tej statystyki w „AP”, by
dojść do wniosku, że nie jest ona, delikatnie rzecz ujmując, zbyt dokładna. Oto
np. w „AP” z 2005 r. eparchia wrocławsko-gdańska miała 50 tys. wiernych, a już
w edycji z roku następnego liczba ta spadła do 21 tys. Ta ostatnia liczba
podawana była ciągle aż do 2009 r. włącznie, natomiast w edycjach z lat
2010-2012 spotykamy już liczbę 25 tys.
Jak zatem
interpretować owe 33 tysiące – liczbę raczej przekraczającą szacunki dotyczące
liczby osób pozostających w ewidencji parafialnej UKGK w Polsce? Być może –
jest to przy interpretacji danych NSP 2011 zwrot w zasadzie rytualny – ów
statystyczny „urodzaj” zawdzięczamy urokom GUS-owskiej metodologii. Być może
jednak jest to świadectwo pozostawania pewnej części zdeklarowanych
grekokatolików poza strukturami parafialnymi UKGK, w szczególności wskutek
braku takowych w miejscu zamieszkania tych wiernych. Pamiętać należy, iż sieć
parafii greckokatolickich w Polsce obejmuje zasadniczo dwa obszary: 1) tzw.
ziemie ojczyste (ukr. ridni zemli),
czyli tereny, gdzie grekokatolicy mieszkali do 1947 r. (woj. małopolskie,
podkarpackie, południowe skrawki lubelskiego) i gdzie przywrócono do mniej lub
bardziej regularnego greckokatolickiego kultu kilkadziesiąt świątyń (kilka
wybudowano), oraz 2) tzw. ziemie odzyskane, na które przesiedlono
grekokatolików w 1947 r. Poza tymi dwoma obszarami parafii greckokatolickich
prawie nie ma (a i tam, gdzie są, znajdują się w dużym na ogół rozproszeniu).
„Nadmiar” grekokatolików w NSP 2011 może być zatem przesłanką do postawienia
tezy, iż wskutek migracji ludności obecna sieć parafialna UKGK w jakiejś części
przestała być adekwatną do potrzeb wiernych „nowej” czy „wtórnej” diaspory.
Oczywiście pełniejszy obraz uzyskamy wtedy, gdy dostępne staną się dane
dotyczące regionów zamieszkania grekokatolików. Równie ciekawie zapowiadają się
– także w przypadku prawosławnych – dane dotyczące obywatelstwa, narodowości,
języka i innych cech osób deklarujących przynależność do jednego z dwóch
omawianych tu Kościołów wschodnich.
sobota, 24 sierpnia 2013
Z Dnem Nezałeżnosty, Ukrajino! - Lublin 24.VIII.2013
24 sierpnia 1991 r. Rada Najwyższa Ukraińskiej SRS (czy SRR, jak kto woli) uchwaliła deklarację niepodległości. Dlatego też właśnie 24 sierpnia. został proklamowany oficjalnym Dniem Niepodległości Ukrainy.
Nie znalazłem lepszego sposobu uczczenia Dnia Niepodległości Ukrainy niż wizyta na grobach osób, które na różne sposoby starały się kłaść podwaliny pod ukraińską państwowość.
Zacząłem od mogiły ks. Andrzeja Pełenśkiego (1864-1940), greckokatolickiego kapłana i działacza oświatowego towarzystwa Proswita.
Nagrobna płyta świeżo po umyciu...
...i już po wyschnięciu:
Grób ks. Pełenśkiego znajduje się na rzymskokatolickiej części cmentarza przy Lipowej. Natomiast na części prawosławnej pochowani są żołnierze Armii Czynnej Ukraińskiej Republiki Ludowej. W 2001 r. wzniesiono tam również osobny pomnik.
Pod ww. pomnikiem od lat odbywają się ukraińskie uroczystości oficjalno-patriotyczne. Tak było i dzisiaj (zobacz i posłuchaj - Radio Lublin; można również obejrzeć obszerny materiał w telewizyjnej Panoramie Lubelskiej).
Ja sam w uroczystościach tych udziału nie brałem, na cmentarz prawosławny przyszedłem już pod wieczór. Zdjęcie wklejone poniżej zostało zrobione już przy użyciu lampy błyskowej:
Duży wieniec - jak wynika z napisu na szarfie - pochodzi od Konsulatu Generalnego Ukrainy w Lublinie, mniejszy zaś, jak się domyślam, złożyło Towarzystwo Ukraińskie. Nie wiem, kto zapalił dużego znicza (stojącego pośrodku), natomiast dwie skromne czerwone lampki po bokach zapalił piszący te słowa.
Nie znalazłem lepszego sposobu uczczenia Dnia Niepodległości Ukrainy niż wizyta na grobach osób, które na różne sposoby starały się kłaść podwaliny pod ukraińską państwowość.
Zacząłem od mogiły ks. Andrzeja Pełenśkiego (1864-1940), greckokatolickiego kapłana i działacza oświatowego towarzystwa Proswita.
Nagrobna płyta świeżo po umyciu...
...i już po wyschnięciu:
Grób ks. Pełenśkiego znajduje się na rzymskokatolickiej części cmentarza przy Lipowej. Natomiast na części prawosławnej pochowani są żołnierze Armii Czynnej Ukraińskiej Republiki Ludowej. W 2001 r. wzniesiono tam również osobny pomnik.
Pod ww. pomnikiem od lat odbywają się ukraińskie uroczystości oficjalno-patriotyczne. Tak było i dzisiaj (zobacz i posłuchaj - Radio Lublin; można również obejrzeć obszerny materiał w telewizyjnej Panoramie Lubelskiej).
Ja sam w uroczystościach tych udziału nie brałem, na cmentarz prawosławny przyszedłem już pod wieczór. Zdjęcie wklejone poniżej zostało zrobione już przy użyciu lampy błyskowej:
Duży wieniec - jak wynika z napisu na szarfie - pochodzi od Konsulatu Generalnego Ukrainy w Lublinie, mniejszy zaś, jak się domyślam, złożyło Towarzystwo Ukraińskie. Nie wiem, kto zapalił dużego znicza (stojącego pośrodku), natomiast dwie skromne czerwone lampki po bokach zapalił piszący te słowa.
piątek, 12 lipca 2013
Wyznania w Polsce wg. danych spisu powszechnego z 2011 r.
Tematyka statystyczno-wyznaniowa gościła już na moim blogu: zamieszczałem tu swego czasu tabelkę statystyczną opracowaną przez Nuncjaturę warszawską, opublikowaną w 1994 r. oraz mój artykuł o statystyce UKGK w Polsce 1988-2013, zamieszczony pierwotnie w Kalendarzu "Błahowista" za 2013 r.
W dniu wczorajszym w serwisie Ekumenizm.pl ukazał się mój artykuł "Wyznania w Polsce wg. spisu powszechnego z 2011 r.". Ponieważ publikacja ta pod względem technicznym daleka jest od doskonałości, postanowiłem zamieścić ów tekst także i tutaj:
W dniu wczorajszym w serwisie Ekumenizm.pl ukazał się mój artykuł "Wyznania w Polsce wg. spisu powszechnego z 2011 r.". Ponieważ publikacja ta pod względem technicznym daleka jest od doskonałości, postanowiłem zamieścić ów tekst także i tutaj:
Statystyka wyznaniowa w
Polsce współczesnej w świetle Narodowego Spisu Powszechnego z 2011 r.
NSP 2011 był pierwszym
od 80 lat polskim spisem powszechnym, w którym pojawiło się pytanie o przynależność wyznaniową
respondenta. Było to pytanie
fakultatywne. Można było: 1) odmówić
udzielenia odpowiedzi lub 2) podać
wyznanie, do którego się należy lub też 3) zadeklarować bezwyznaniowość.
Podkreślić należy, iż
NSP 2011 przewidywał zastosowanie 2 typów ankiet spisowych: „pełnej” i
„reprezentacyjnej”. Pytanie o wyznanie zawarte było jedynie w wersji
reprezentacyjnej badania spisowego. Wersja ta miała objąć zaledwie 20 %
ludności. Stąd też wyniki uzyskane w spisie są swego rodzaju ekstrapolacją
wyników owej cząstkowej ankiety na sumaryczny wynik badania. Nie podważając
metodologii, zastosowanej przez GUS do wyliczeń, które będą zaprezentowane
poniżej, wypadało jednak zasygnalizować, że dane wyznaniowe zebrane w ramach
NSP 2011 miały charakter quasi-sondażowy
i być może w tym fakcie dopatrywać się można źródła pewnych „niespodzianek”
zawartych w opublikowanych przez GUS w opracowaniu Ludność.
Stan i struktura demograficzno-społeczna. Dla uzyskania
pełniejszego obrazu sytuacji dane NSP 2011 dotyczące poszczególnych
społeczności wyznaniowych skonfrontowane zostaną poniżej z danymi pochodzącymi z GUS-owskiej
publikacji Wyznania
Religijne - Stowarzyszenia Narodowościowe i Etniczne w Polsce 2009-2011,
w której zawarto autodeklaracje poszczególnych wspólnot wyznaniowych w
przedmiocie liczby członków.
Ogółem spis objął 38
mln. 512 tys. osób, spośród których aż 2 mln. 734 tys. (7,1 %) odmówiło
odpowiedzi na pytanie o przynależność wyznaniową. Dla całkiem sporej grupy, bo
aż dla 627 tys. (1,63 %), nie udało się ustalić przynależności wyznaniowej. Jak
wyjaśnia GUS, „są to przede wszystkim przypadki osób, które w trakcie badania
spisowego przebywały za granicą, a także mieszkańcy obiektów zbiorowego
zakwaterowania i bezdomni, którym nie zadawano większości pytań spisowych, w
tym – pytania o wyznanie”.
Odpowiedzi na pytanie dotyczące
wyznania udzieliło zatem 35 mln. 151 tys. osób, czyli 91,27 % ludności, z czego
do bezwyznaniowców zalicza się 929 tys. osób, czyli 2,41 % ludności. Do poszczególnych wyznań
należy więc według danych spisowych 34 mln. 222 tys. osób, tj. 88,86 % ludności
Polski.
Statystyczną palmę
pierwszeństwa dzierży – co do tego chyba nikt nie mógł mieć wątpliwości –
Kościół rzymskokatolicki, inaczej „Kościół Katolicki – obrządek łaciński”.
Obejmuje on 33 mln. 729 tys. wiernych, co stanowi 87,58 % ludności. Sam Kościół
rzymskokatolicki zadeklarował GUS-owi w 2011 r., iż jego wierni stanowią 95,5 %
ludności (nie podając liczby bezwzględnej). Jak widzimy, w świetle NSP 2011
procent ten jest niższy o ok. 8 pkt. Co ciekawe, Kościół rzymskokatolicki
istotnie liczy sobie 95,95 % - ale nie
ludności Polski, lecz osób, które odpowiedziały na pytanie o przynależność
wyznaniową.
Pozycja nr 2 – tu
również nie ma niespodzianki: „[Polski Autokefaliczny] Kościół Prawosławny”.
Sporym jednakże zaskoczeniem dla osób znających statystykę PAKP jedynie z
autodeklaracji tego Kościoła jest liczba wiernych wynikająca z danych
spisowych: zaledwie 156 tys. (0,41 % ludności). Dla porównania: sam PAKP podał
do GUS-u liczbę 504 tys. 150 wiernych, czyli ponad trzykrotnie większą. Do
sprawy tej powrócę w zakończeniu.
Na trzecim miejscu
uplasował się Związek Wyznania Świadków Jehowy ze 137 tys. wiernych (0, 36 %
ludności). Sami jehowici podali 129 tys. 270 jako liczbę „głosicieli”, czyli
pełnoprawnych, ochrzczonych członków Związku w 2011 r. Być może tutaj właśnie
tkwi źródło lepszego wyniku w spisie – wynik NSP odzwierciedlać może tych
adeptów ZWŚJ, którzy już utożsamiają się z doktryną jehowicką, biorą udział w
życiu tej społeczności, ale jeszcze nie zostali pełnoprawnymi „głosicielami”.
Oczywiście może to być też przeszacowanie wynikłe z winy GUS.
Podobnie rzecz się ma z
czwartą grupą wyznaniową w kraju: Kościołem Ewangelicko-Augsburskim
(luterańskim), liczącym sobie wg. spisu 71 tys. wiernych (0,18 % ludności),
podczas gdy sam KE-A w 2011 r. deklarował 61 tys. 738 wiernych. Być może nastąpiło
przeszacowanie z winy GUS, być może sam KE-A nieco zbyt rygorystycznie
„urealnił” swą statystykę (dla porównania: w r. 2000 deklarował 87 tys. 300
wiernych, w 2005 – już 77 tys. 500 członków, zaś w roku 2009 liczba luteranów
wynosić miała 75001). Możliwym wyjaśnieniem jest też fakt, iż parafie luterańskie
nie są w Polsce rozsiane równomiernie (dotyczy to właściwie wszystkich
większych grup wyznaniowych w RP, poza rzymskimi katolikami). Spore połacie
kraju są ich pozbawione (przykład: całkiem spore województwo lubelskie liczy
sobie 1 parafię – w stolicy województwa, z 1 filiałem – w małej wiosce
przygranicznej). Spory „naddatek” luterańskich wiernych może być zatem pochodną
ich diasporalnego statusu, który sprawia, że wielu ewangelików augsburskich po
prostu „wypada” z ewidencji parafialnej, nie przestając jednak odczuwać związku
z luteranizmem.
Piąte miejsce zajął
Kościół greckokatolicki, inaczej „Kościół Katolicki – obrządek
bizantyjsko-ukraiński”, czyli metropolia przemysko-warszawska Ukraińskiego
Kościoła Greckokatolickiego. Wg. spisu liczba grekokatolików w Polsce wynosi 33
tys. (0,09 %), przy czym dotyczy to wiernych UKGK, a nie innych katolików
tradycji bizantyjskiej, w szczególności neounitów, ujętych w spisie jako osobna
pozycja. GUS w publikacji Wyznania
Religijne - Stowarzyszenia Narodowościowe i Etniczne w Polsce 2009-2011
podał liczbę wiernych zaczerpniętą z Annuario
Pontificio 2012 – 55 tys. Dodać wszakże należy, iż moje własne – a zatem
przez greckokatolickiego duchownego dokonane – szacunki, publikowane w
oficjalnych wydawnictwach UKGK, opiewały na maksymalnie 31 tys. wiernych na
początku XXI w., jeszcze przed akcesją RP do WE i falą masowych wyjazdów do
pracy na Zachodzie. Do problemu powrócę w zakończeniu tego artykułu.
Miejsce szóste należy
do Kościoła Zielonoświątkowego – 26 tys. wiernych (0,07 % ludności). Co
ciekawe, także i tym przypadku dane spisowe są bardziej optymistyczne od
autodeklaracji (22 tys. 429 wiernych w 2011 r.). Być może powodem takiego
wyniku są deklaracje osób jeszcze nie ochrzczonych, a już utożsamiających się z
KZ – podobnie jak to (hipotetycznie) było w przypadku Świadków Jehowy?
Na miejscu siódmym –
ostatnim wśród imiennie wskazanych wspólnot wyznaniowych – GUS
umieścił Starokatolicki Kościół Mariawitów z 10 tys. (na s. 101 opracowania
dodano „niespełna”), co stanowi 0,03 % ludności. Sam SKM deklarował wobec GUS
liczbę 23 tys. 436 wiernych, czyli ponad dwukrotnie więcej. Co jest przyczyną tak dużej rozbieżności?
Piszący te słowa nie czuje się kompetentnym, by odpowiedzieć na to pytanie.
Na mariawitach
„płockich” kończy się GUS-owska lista największych grup wyznaniowych.
Członkowie wszystkich pozostałych konfesji razem wzięci według danych spisowych
liczą sobie jedynie 59 tys. (0,15 % ludności).
Jak widzimy, wstępne
dane spisowe mają charakter fragmentaryczny. Być może już jesienią 2013 r.
pojawi się pełniejsze opracowanie danych spisowych nt. wyznań. Dopóki go nie
ma, bez odpowiedzi pozostają pytania np. o to, gdzie „podziały się” wspólnoty
takie, jak Kościół Polskokatolicki (deklarujący 20 tys. 402 wiernych w 2011 r.)
czy Kościół Adwentystów Dnia Siódmego (odpowiednio 9 tys. 654 wiernych)? Czy
dane uzyskane w ramach NSP 2011 w przypadku tych dwóch wyznań były na tyle
niższe od 10 tys. wiernych, że
spowodowały nieuwzględnienie tych wspólnot wśród największych wyznań w Polsce?
A może lista siedmiu wspólnot, od rzymskich katolików po mariawitów „płockich”,
niekoniecznie odzwierciedla rzeczywistą strukturę liczebności poszczególnych
grup wyznaniowych? Jeśli sięgniemy do wersji demo formularza
spisowego (ma być
dostępna w internecie do 25 lipca 2013 r.), to łatwo możemy stwierdzić, że gdy
na s. 10 formularza osobowego pojawia się „wyznaniowe” pytanie nr 4, to po
wybraniu wariantu „należę do:” pojawia się do wyboru lista…tychże samych
siedmiu wyznań, niemal w tej samej kolejności (jedyna różnica:
zielonoświątkowcy na ostatnim miejscu). Ósmym punktem do wyboru jest „inne” –
ale tu już trzeba wybrać z listy (ew. wpisać własną opcję). Być może zatem to,
co prezentuje GUS, niekoniecznie jest rzeczywistym wykazem wyznań liczących od
(„niespełna”) 10 tys. wiernych w górę, ile zestawieniem statystyki tych wspólnot,
które z góry uznano za „wiodące”? Może w bardziej szczegółowych opracowaniach,
które mają się niezadługo ukazać, liczba polskokatolików czy adwentystów
„głównego nurtu” okaże się również bliska 10 tys. (a może, zwłaszcza w
przypadku pierwszej grupy, nawet i wyższa)? Skądinąd nie można wykluczyć, że
takie właśnie sformułowanie ankiety mogło wpływać sugerująco na rachmistrzów
czy osoby dokonujące samospisu – powodując albo deklarowanie przynależności do
któregoś z wyznań „głównej listy”, albo też np. odmowę udzielenia odpowiedzi?
Przypominam, że odpowiedzi odmówiły 2 mln. 734 tys. osób, zaś liczba członków
wszystkich grup wyznaniowych poza Kościołem rzymskokatolickim ma wg. spisu
wynosić ledwie 493 tys., czyli ponad 5 razy mniej.
Osobnym, złożonym problemem
jest statystyka prawosławnych i grekokatolików. Na jej temat opublikowałem był
w nr 21 tygodnika ukraińskiego „Nasze Słowo” z 26 maja 2013 r. artykuł Kościoły
w spisie ludności 2011 r. Z uwagi na to, że dostępny jest on
jedynie w języku ukraińskim, w Polsce mało znanym, postaram się jego zasadnicze
tezy przedstawić w osobnym tekście polskojęzycznym.
Subskrybuj:
Posty (Atom)