piątek, 3 maja 2019

Proboszcz z Teksasu: czy UKGK jest Kościołem naprawdę globalnym?



CHRYSTOS  WOSKRESE!


„(…) Kościół nie powinien uznawać za główny cel zachowania języka czy służby interesom narodowym części wspólnoty. Naszą misją jest niesienie Chrystusa i Jego Dobrej Nowiny do każdego i każdej, niezależnie od narodowości czy przynależności rasowej.
Obecnie często mówi się, że przynajmniej w sensie geograficznym UKGK już stał się Kościołem globalnym, obecnym na wszystkich kontynentach świata, lecz moje spostrzeżenia skłaniają mnie do użycia innego określenia, a mianowicie, że jesteśmy „globalnym Kościołem dla Ukraińców”. Abyśmy się naprawdę stali Kościołem globalnym, nie wystarczy erygować parafie w dziesiątkach krajów – trzeba jeszcze myśleć i działać w sposób globalny, czyli prezentować całemu światu wartości naszej bogatej tradycji cerkiewnej w sposób zrozumiały dla wszystkich bez wyjątku. Oczywiście, spotykałem się z zarzutami typu: „Jeśli w naszej cerkwi tak rzadko słyszymy język ukraiński, to może lepiej chodzić do najbliższego kościoła rzymskokatolickiego, wszak i tu, i tam wszystko jest po angielsku”. Jednakże takie zarzuty są dla mnie dziwne. Główną perłą, którą mamy w naszej cerkwi – jest nasz obrządek, nasza spuścizna liturgiczna, teologiczna, architektoniczna, ikonograficzna, to nasze tradycje, nasz śpiew… Czy mamy zatem prawo zachowywać to wszystko tylko dla siebie samych? Czy byłoby prawidłowym zachowaniem, np. wynaleźć lek przeciw rakowi i stosować go wyłącznie u niewielkiej grupy ludzi? Myślę, że nie. Mamy z czego być dumni i czym się dzielić, więc otwierajmy nasze skarby dla szerokiego ogółu. Nie mogę tego robić sam. To zadanie całej wspólnoty – być misyjną i wzrastać, a  nie wymierać!
(…)
Co z amerykańskiego doświadczenia misyjnego, zdaniem Księdza, mogłoby znaleźć zastosowanie dla ulepszenia posługi dla naszych wiernych w Europie?
(…) uważam, że duszpasterze i wierni nie powinni myśleć kategoriami pobytu tymczasowego w danym kraju. Myśleli tak również i nasi poprzednicy tutaj w Ameryce: pobędę kilka lat, zarobię pieniędzy i wrócę. Zapewniam, że wrócą bynajmniej nie wszyscy.  Będą się tworzyły rodziny mieszane, rodzić się będą dzieci i wnuki na obcej ziemi. Dlatego należy postawić sobie pytanie: co będzie z moim Kościołem za 30 czy 50 lat? Jaki plan duszpasterski mam na kolejne dziesięciolecia? Czy nie żyję wyłącznie dla siebie samego, nie dbając o przyszłość? Co po sobie pozostawię? Dlatego też z amerykańskich doświadczeń Ukraińców nasi nowi imigranci w Europie winni przejąć świadomość tego, że należy budować własne świątynie i struktury, a nie jedynie wypożyczać od katolików rzymskich. Z innej strony ważną rzeczą jest, by nie powtarzać błędów Ukraińców z Ameryki, którzy częstokroć wokół swych parafij zbudowali niewidzialne mury, tworząc swoiste getta narodowościowe. Kościół globalny – to Kościół otwarty. Jeśli we wspólnocie będziemy jednym w Chrystusie, to któż wtedy będzie „naszym” czy „nie-naszym”? Po tym nas poznają, że jesteśmy naśladowcami Chrystusa, gdy będziemy żywili miłość do wszystkich. W tym jest przyszłość Kościoła misyjnego.”



sobota, 23 marca 2019

Z czarnych kart dziejów Kościoła na południowym Podlasiu


Na temat roli, jaką odegrał Kościół rzymskokatolicki w Polsce powojennej wobec katolików wschodnich, zwłaszcza tradycji bizantyjskiej, zdania są mocno podzielone. Wśród przedstawicieli duchowieństwa łacińskiego częstokroć wyrażany jest pogląd, jakoby grekokatolicy w Polsce powojennej przetrwali okres 1947-1989 wyłącznie dzięki pomocy ze strony Kościoła łacińskiego. Myśl przeciwstawną wyraził był rozmowie ze Zbigniewem Podgórcem śp. Profesor Jerzy Nowosielski (luty 1988 r.):

NOWOSIELSKI: (...) Pragnę jednak podkreślić, że w Polsce sprawa jest bardzo trudna, ponieważ u nas w stosunku do unii grzeszny jest nie tyle Kościół prawosławny, ile Kościół rzymskokatolicki. Przecież likwidacja unii w 1947 roku w Polsce to był jedyny moment, w którym Kościół rzymskokatolicki kolaborował z władzami komunistycznymi. 

PODGÓRZEC: A na czym ta kolaboracja polegała?

NOWOSIELSKI: Na niszczeniu, na świadomym niszczeniu unitów i ich Kościoła.

PODGÓRZEC: W jaki sposób?

NOWOSIELSKI: Kościół rzymskokatolicki zapędzał ich po prostu do obrządku łacińskiego, z całą satysfakcją i całym zapałem. (...) To był jedyny wypadek kolaboracji Kościoła rzymskokatolickiego w Polsce z władzami komunistycznymi. Ciężki to grzech i trzeba przyznać się do niego, a nie tuszować. 

PODGÓRZEC: Zwrócił Pan uwagę na bardzo istotną sprawę. 

NOWOSIELSKI: Powtarzam, to nie prawosławni zniszczyli unię w Polsce, tylko rząd komunistyczny i Kościół rzymskokatolicki. 

PODGÓRZEC: Ręka w rękę.

NOWOSIELSKI: Tak, z pełną premedytacją i dużą przyjemnością.

PODGÓRZEC: Dlaczego jednak Kościołowi rzymskokatolickiemu tak zależało na zniszczeniu unii?

NOWOSIELSKI: Bo zawsze jej nienawidził.

PODGÓRZEC: Kościół rzymskokatolicki nienawidził unii? 

NOWOSIELSKI: Tak, Kościół rzymskokatolicki zawsze nienawidził Kościoła unickiego. Szczególnie w Polsce."

Kto jest ciekaw szerszego kontekstu tych słów, a także argumentacji, którą Profesor wspierał Swe - przyznajmy - skrajne tezy, niech zajrzy do książki Zbigniewa Podgórca  Mój Chrystus. Rozmowy z Jerzym Nowosielskim (Białystok 1993, s. 115-117, ale także 106-107).

Prof. Nowosielski był świadkiem historii - w szczególności na przykład świadkiem dewastacji wystroju cerkwi greckokatolickiej w Krakowie przez nowych użytkowników z łacińskiego zgromadzenia saletynów - i nie zaś jej badaczem, zobowiązanym do starania się o jaki-taki obiektywizm. Stąd też nie dziwi jednolicie czarny obraz Kościoła łacińskiego, przy jednoczesnym "wybieleniu" Kościoła, do którego należał był sam Nowosielski - prawosławnego. 



CIEŚLIK: Jakie były polskie reakcje na DKW [Dekret Soboru Watykańskiego II o katolickich Kościołach wschodnich Orientalium Ecclesiarum]? Czy jego uchwalenie miało jakiś wpływ na sytuację unitów?


GAJEK: Sobór odbywał się w okresie panowania w Polsce komunizmu. Władze państwowe zgodziły się na wydanie dokumentów soborowych jedynie w nielicznym nakładzie, wobec tego nawet nie wszyscy księża mieli je w ręku. Niewątpliwie w kręgach odpowiedzialnych za życie Kościoła w Polsce DKW uświadomił potrzebę nowego zrozumienia praw grekokatolików, żyjących w narzuconej przez władze komunistyczne sytuacji półpodziemia. A ze strony rzymskokatolickich duszpasterzy na ogół nie dostrzegano potrzeby protestu przeciwko tym ograniczeniom narzuconym grekokatolikom. Stąd niekiedy oskarżenia, że łacinnicy akurat w tym punkcie byli dość posłuszni władzom państwowym.

CIEŚLIK: W tej sprawie pojawiają się wręcz sprzeczne opinie. Reprezentantem jednej uczynię tu prof. Jerzego Nowosielskiego, który twierdzi, że niszczenie Kościoła greckokatolickiego to jedyny moment kolaboracji Kościoła rzymskokatolickiego z władzami komunistycznymi. Druga opinia jest taka, że to jedynie dzięki pomocy Kościoła rzymskokatolickiego Kościół greckokatolicki w Polsce przetrwał. Jak możliwe są tak skrajne opinie i na ile mają one pokrycie w faktach?

GAJEK: Ukazała się niedawno niezmiernie cenna książka ks. mitrata Stefana Dziubyny: "I stwerdy diło ruk naszych" (Warszawa 1995). Może ona stanowić dobrą inspirację do tego, żeby poszukać w archiwach i całą tę sprawę spokojnie i głęboko przestudiować. Nie ulega wątpliwości, że opieka, jaką Kościół rzymskokatolicki (zwłaszcza w osobie prymasa Stefana Wyszyńskiego) okazał rozproszonym w Polsce grekokatolikom, stanowiła bardzo ważny element pomagający przeżyć temu Kościołowi okres komunizmu. Otwarte pozostaje pytanie, na ile ta pomoc była wystarczająca, na ile odpowiadała oczekiwaniom grekokatolików? Zwłaszcza że te oczekiwania w okresie popaździernikowym wzrastały, a mentalność niektórych łacińskich kurii biskupich - co wynika choćby z dokumentacji ks. Dziubyny - pozostawała ciągle na poziomie roku 1950. Wydaje się, że w tym sensie DKW uświadomił także i kuriom biskupim potrzebę zmiany swego nastawienia.

Sprawę zaspokajania potrzeb duchowych grekokatolików zostawiano często proboszczom. Czasem było to rozwiązanie opatrznościowe, w wielu wypadkach jednak bardzo utrudniało wzajemne współżycie. Opinia prof. Nowosielskiego jest bardzo radykalna -- myślę, że świadomie przerysowana -- i trudno się z nią w takim brzmieniu zgodzić. Wyraża ona jednak zdanie chyba także wielu grekokatolików, którzy w niektórych przypadkach tak odbierali postawę inercji ze strony hierarchii łacińskiej.

Podobnie wygląda sprawa greckokatolickich świątyń przejętych przez rzymskich katolików. Są zdania, że w ten sposób w ogóle ocalały one od zniszczenia, ale są też opinie, że zajęto nie swoją własność. Tego typu diametralnie różne opinie ukazują całą złożoność wzajemnych stosunków."


Niewątpliwie to dzięki ramom organizacyjnym zapewnionym przez Kościół rzymskokatolicki (mowa przede wszystkim o latach 1957-1989) wspólnota greckokatolicka, dotknięta skutkami akcji "Wisła" i przez państwo "ludowe" nie uznawana de iure (przyjmowano założenie, jakoby przestała ona istnieć wskutek wyjazdu wiernych do Związku Sowieckiego w latach 1944-1946!), mogła, choćby i w "półpodziemiu", ale działać, zapewniając wiernym udział w życiu liturgicznym, słuchanie kazań w ojczystym języku, potem i katechizację dzieci i młodzieży oraz inne formy duszpasterstwa. Bez rzymskokatolickiego "parasola" nie mogłyby legalnie działać greckokatolickie zakony. Niemożliwe też byłoby legalne i jawne kształcenie duchownych. Grekokatolików czekałoby podziemie par excellence, które co prawda mogliby teoretycznie przetrwać - ale w jakim stanie wyszliby z niego? Casus zdelegalizowanych w 1950 roku Świadków Jehowy, którzy przetrwali bez statusu prawnego i bez wsparcia Kościoła rzymskokatolickiego do legalizacji w roku 1989 - może dawać podstawy to twierdzeń optymistycznych, ale czy byłyby one oparte na solidnych podstawach, biorąc pod uwagę różnice między sytuacją wewnętrzną obu wspólnot, ich zasadami organizacyjnymi, a także polityką władz w stosunku do każdej z nich?

Poza tym trzeba pamiętać, że łacinnicy to nie tylko Polacy. Kościół greckokatolicki w Polsce otrzymywał przez lata cenne wsparcie organizacyjno-materialne m.in. od Kongregacji Kościołów Wschodnich, organizacyj takich jak Kirche im Not czy Renovabis, od Krajowej Konferencji Biskupów Katolickich USA wreszcie. Także i po 1989 r. O tym też należy pamiętać.

Historia jednak ma to do siebie, że pamiętać musi nie tylko o jasnych, lecz i o ciemnych kartach dziejów. Dotychczas mowa była jedynie o tych grekokatolikach, którzy sami (lub ich wysiedleni w 1947 r. przodkowie) pochodzili z dawnej Galicji. Tymczasem w Polsce powojennej byli też (a i do dzisiaj zachowała się jedna mała parafia w Kostomłotach) inni katolicy tradycji bizantyjskiej - tak zwani neounici. 

Niestety, rola łacińskiej zwierzchności diecezjalnej (której podlegali od początków "neounii" w latach 20-ych XX w.) i łacińskiego środowiska kościelnego (z którym tworzyli jeden organizm kościelny, spojony przez osoby wspólnych biskupów diecezjalnych - ale i dziekanów na przykład) w powojennych dziejach neounitów daleka była od ideału. Wynika to dość jednoznacznie z ustaleń polskich (!) badaczy: Andrzeja Tłomackiego Kościół rzymskokatolicki obrządku bizantyjsko-słowiańskiego (Kościół neounicki) na południowo-wschodnim Podlasiu w latach 1924-1947, „Radzyński Rocznik Humanistyczny” 5(2007) s. 113, 119-120 oraz Witolda Bobryka Obrządek bizantyjsko-słowiański Kościoła katolickiego, w: Dzieje Lubelszczyzny 1944-1956. Aspekty społeczne, gospodarcze, oświatowe i kulturalne, red. T. Osiński i M. Mazur, Lublin 2017, s. 231-238. Właśnie z artykułu W. Bobryka pochodzi list, który poniżej cytuję in extenso - a który jest cennym źródłem na temat rzeczywistego stosunku łacińskiego duchowieństwa diecezji podlaskiej (a przynajmniej dużej jego części) do katolików tradycji bizantyjsko-słowiańskiej. 

List ów napisał 31 sierpnia 1945 r. kapłan-birytualista o. Jan Panek OMI (oblat), zaangażowany w duszpasterstwie neounickim, do biskupa Czesława Sokołowskiego, w latach 1940-1946 administratora apostolskiego diecezji siedleckiej czyli podlaskiej.  Treść mówi sama za siebie. Natomiast szczególnie przykre wrażenie robi okoliczność, że - w przeciwieństwie do sytuacji grekokatolików z eparchii przemyskiej i administracji apostolskiej Łemkowszczyzny - nie można tu mówić o narodowym czy politycznym podłożu konfliktu. Zarówno adresat jak i autor listu są etnicznymi Polakami. Wierni-neounici są niewątpliwie en masse pochodzenia rusko-ukraińskiego, ale z nacjonalizmem ukraińskim spod znaku Bandery nic wspólnego nie mają. Paradoksem historii jest fakt, że neounici na południowym Podlasiu częstokroć byli dyskryminowani czy prześladowani przez współpracujące z Niemcami czynniki ukraińskie, jak wójtowie gmin (niejednokrotnie zresztą pochodzący z b. Galicji nominalni grekokatolicy) - w nacjonalistycznym ujęciu poza terenami dawnej monarchii habsburskiej "ukraińską wiarą" miało być prawosławie, a podlegli łacińskim (czytaj: polskim) biskupom neounici, obserwujący rosyjsko-synodalną odmianę rytu bizantyjskiego, byli co najmniej podejrzani, podobnie jak rozmaite "sekty" protestanckie zaliczające się do szeroko pojętego nurtu chrześcijan ewangelicznych: sztundyści/baptyści, zielonoświątkowcy itp. Nie było też na południowym Podlasiu krwawych walk ukraińsko-polskich, ani też masowych mordów na polskiej ludności cywilnej. 

Z przedwojennej neounii ocalała tylko parafia w Kostomłotach, której proboszcz, śp. ks. Aleksander Pryłucki, po prostu konsekwentnie odmawiał biskupowi siedleckiemu (od 1946 r.) Ignacemu Świrskiemu przejścia na obrządek łaciński i zlatynizowania kostomłockiej cerkwi; żył sobie z tego, co wyhodował w ogrodzie (i co z owych plonów sprzedał), a zachowując wobec władz komunistycznych postawę w pełni lojalną, zapewnił sobie z ich strony spokój.

Publikując na moim blogu ten list, nie chcę odgrzewać dawnych antagonizmów (w tej dziedzinie i tak działa wielu wybitnych specjalistów, niestety!), ale skłonić do refleksji nad zjawiskiem, które po dziś dzień nie jest niestety przeszłością w świętym Kościele katolickim - szykanowaniem, dyskryminacją, prześladowaniem jednych katolików przez innych. Nie tylko "wschodniaków" przez łacinników i nie tylko na tle obrządkowym...


**********************************************************************

"Już miesiąc minął, jak stosownie do pisma Kurii nr 3782 zdałem ostatecznie inwentarz „fundi instructi” unickiej parafii w Szóstce ks. Antoniemu Soszyńskiemu. Sumienie jednak nie daje mi spokoju i wciąż mnie coś przynagla, żeby napisać Ekscelencji coś o Szóstce i tamtejszych unitach. Długo odkładałem i wahałem się to uczynić, mówiąc sobie, że to już nie moja sprawa, lecz wreszcie zdecydowałem się na napisanie tego listu, wiedząc, że wypowiedziawszy się z trapiących mnie myśli przed Ekscelencją jako przed Ojcem Diecezji, znajdę spokój.
Szkoda, że nie ma obecnie w Szóstce lub okolicy żadnego księdza unickiego. Wydaje się, jakoby tam zatryumfował gwałt, brutalna siła zewnętrzna, która spaliła cerkiewkę. Szkoda, że ten pożar nie został w Szóstce publicznie napiętnowany. Unia została tam stłumiona siłą zewnętrzną, gwałtem i to w chwili, gdy były nawrócenia, gdy znów zaczęła się rozwijać. W ostatnich miesiącach mego tam pobytu miałem 9 formalnych nawróceń. Wielu innych było gotowych każdej chwili zapisać się do Unii. Na nabożeństwa unickie uczęszczali prawie wszyscy prawosławni. Z czasem utworzyłaby się tam parafijka unicka licząca do 500 dusz. Zyskiwałem powoli zaufanie u prawosławnych. Gdyby nie straszono, że unitów wywiozą do Rosji, gdyby unitów po równi z prawosławnymi nie bito i rabowano po nocach (omijając łacinników), byliby zaraz gromadnie przystępowali do unii i powoli staliby się nie gorszymi katolikami od łacinników.
Obecnie unici szósteccy zgłaszają się do księdza Soszyńskiego, aby ich zapisał za łacinników, bo boją się rabunków. Dopiero gdy ks. Soszyński da im zaświadczenie, że są łacinnikami, dają im spokój. Gdy wyjeżdżałem z Szóstki, zapytywali mnie unici i prawosławni, czy Ksiądz Biskup przyśle na me miejsce innego księdza unickiego. Odpowiadałem wymijająco, że choć może nie zaraz, ale przyśle. Opowiadali przy tym, że zmarły Ks. Biskup Przeździecki podczas wizytacji publicznie mówił, że choćby był w Szóstce choć tylko jeden unita, to mimo to będzie się starał dla niego o księdza unickiego. Obecnie wydaje się, jakby w Szóstce i okolicy Kościół katolicki uznawał tylko łaciński obrządek. Prawda, że obecnie tam prawosławni, a nawet unici zgłaszają się na łacinników, ale to tylko dlatego, aby uniknąć prześladowań. Początkowo całe rodziny zaczęły się zgłaszać za mego jeszcze tam pobytu do unii. To nie podobało się wielu łacinnikom. Zaczęto ich straszyć, że ich wywiozą, kwestionowano w gminie ważność metryk przeze mnie wydawanych. Wtedy ruch nawróceniowy, który zapowiadał się na większą skalę, chwilowo ustał, lecz na nabożeństwa unickie nadal przychodziło dużo ludzi, którzy zapowiadali przy tem, że powoli wszyscy przyjdą do unii. Gdy już z Dokudowa przyjechałem do Szóstki, aby tam w myśl polecenia Księdza Biskupa odprawić wschodnią liturgię, gotowało się na nabożeństwo wielu ludzi. Niestety w nocy przyszli do mnie jacyś ludzie, niby wielcy Polacy, źle się ze mną obeszli, po prostu znieważyli mnie. O godz. 5-tej rano tego samego dnia spłonęła cerkiewka i już słowiańskiej liturgii w Szóstce nie mogłem odprawiać.
Ks. Antoni Soszyński nic nie zrobił dla uspokojenia ludzi, przeciwnie z jego przybyciem nastało znacznie większa nienawiść dla Unii. Choć łacinnicy swój kościół odebrali, nie mogli znieść, że prócz ich nabożeństwa odprawia się nadal nabożeństwo unickie. Ks. Soszyński wyraźnie mi powiedział, że gdy on będzie w Szóstce, to unii tam nie będzie. Chciał, żebym się zrzekł ziemi unickiej. Na to nie przystałem, gdyż wyglądałoby to wobec ludzi, zwłaszcza unitów i prawosławnych, że kasuje się parafię unicką. Wykazałem mu przez wyciąg z protokołu podziału ziemi kościelnej szósteckiej, że podziału tego dokonała Władza Diecezjalna i nikt tego kwestionować nie może. Był z tego bardzo niezadowolony i pytał ludzi świeckich, czy ja prawnie trzymam tę ziemię. Stąd rosła nienawiść do unii. Łacinnicy w oczy mi mówili, że trzymam połowę ziemi łacińskiej, a ich proboszcz się denerwuje, że nie ma utrzymania. Obecnie ks. Soszyński ostatecznie objął i ziemię unicką, stąd wniosek dla ludzi, że parafia unicka tam ostatecznie skasowana.
W Worsach, wioska obok Szóstki, prawosławni mają kaplicę, w której obecnie nikt nie odprawia. Za mego tam pobytu chcieli nawet, żebym tam odprawiał, ale część prawosławnych się wahała z przystąpieniem do unii, dlatego poprzestawałem na kaplicy św. Jerzego w Szóstce, do której ludzie i z Wors przychodzili. Wypożyczyłem od prawosławnych z Wors korony, używane przy ślubie. Te spłonęły razem z cerkiewką św. Jerzego.
Prawosławni z Kwasówki i z Łózek obok Drelowa, wśród nich kilku unitów, prosili mnie, żeby im czasem odprawić w Drelowie. Raz już im obiecałem, lecz ks. [Leon] Gliszczyński stanowczo się temu sprzeciwił, twierdząc, że to by był tryumf dla prawosławnych, że jego parafianie byliby na to oburzeni i ściągnąłbym na siebie ich nienawiść. Wobec takiego sprzeciwu odprawiać tam nie mogłem. Mimo to zebrało się na cmentarzu dużo ludzi, którzy byli powiadomieni, że tam będzie nabożeństwo unickie. Tłumaczyłem ks. Gliszczyńskiemu, że przemówię do zebranych prawosławnych, zachęcając do unii i w ten sposób zapoczątkuję tam pracę unijną. Ks. Gliszczyński nie ustąpił i w Drelowie nie doszło do niczego.
Piszę o tym wszystkim po prostu, żeby się wypowiedzieć przed Ekscelencją i pozbyć się trapiących mnie myśli. Poza tym Ekscelencja może o niejednych szczegółach nie wie i lepiej będzie mógł sobie wyrobić sąd o pracy unijnej na Podlasiu. Tak jest i w okolicy Dokudowa; w Kodniu w znacznie mniejszym napięciu jest niechęć do unii. Dobrze jest, jeśli ksiądz unicki obsługuje z poświęceniem łacinników, jeśli łaciniczy i dąży do skasowania unii. Jeśli stara się natomiast podtrzymać liturgię wschodnią, stara się o rozwój sprawy, naraża się na nienawiść łacinników, na utrudnienia wszelkiego rodzaju, na pomawianie o politykę ukraińską. Prawda, że obecnie u nas panuje odwet za wypadki na Wołyniu, lecz niesłuszny. Przede wszystkim ci, którzy u nas ukrainizowali, prawie wszyscy wyjechali, a poza tym prześladuje się u nas zupełnie niewinnych ludzi, zacnych, zasłużonych dla Kościoła, a tym samym dla Polski, którzy nawet za okupacji niemieckiej podawali się za Polaków. W Dokudowie rabowali i bili starych ludzi za to, że według ich słów „zachciewa im się unii”. Jeśli się rabuje, to z małymi wyjątkami tylko u unitów. Tak jest w okolicy Dokudowa. Czasem mi się wydaje, że ci różni nocni ludzie nie uważają sobie za grzech rabować, jak oni mówią, u „ruskich”. Takich rabunków jest bardzo dużo. Niemal co noc kogoś okradną i pobiją. Uważam, że to ani Polsce, ani tym mniej imieniowi katolików chwały nie przynosi.
W Dokudowie, korzystając z pozwolenia Ekscelencji, odprawiam jedną niedzielę po słowiańsku, a drugą po łacinie. Inaczej mogłoby dojść do katastrofy podobnej do szósteckiej. Mieszkam w Ortelu [K]rólewskim, gdyż takie było polecenie Kurii, dołączone do nominacji na administratora parafii Ortel Królewski.
Mimo wszystko nie tracę nadziei w rozwój unii. Myślę, że w Wielkiej Polsce będzie też miejsce dla unitów. Wszak unia to dzieło katolickiej Polski, to zadanie Polski i mimo wszystko, myślę, Polska to zadanie spełni.
Bardzo przepraszam za śmiałość i za zajmowanie uwagi Ekscelencji tak długim listem. Odważyłem się na napisanie go, bo znam miłość Ekscelencji do sprawy zjednoczenia Kościołów.”
Archiwum Diecezji Siedleckiej, Communia, t. 7, Pismo Jana Panka OMI skierowane do bpa Czesława Sokołowskiego, 31.VIII.1945, k.41-47
Cyt. za: Bobryk W., Obrządek bizantyjsko-słowiański Kościoła katolickiego, w: Dzieje Lubelszczyzny 1944-1956. Aspekty społeczne, gospodarcze, oświatowe i kulturalne, red. T. Osiński i M. Mazur, Lublin 2017, s. 237-238 (w przyp. 50)     

piątek, 28 grudnia 2018

Bł. Grzegorz Chomyszyn o położeniu narodu ukraińskiego w państwie polskim (1931)

Sława Isusu Chrystu!


28 grudnia 1945 r. w więziennym szpitalu w Kijowie odszedł do Pana uwięziony 11 kwietnia 1945 r. (wraz z innymi hierarchami greckokatolickimi metropolii halickiej) biskup stanisławowski Grzegorz Chomyszyn, beatyfikowany przez Jana Pawła II w 2001 r. jako męczennik za wiarę.

Rocznica ta jest dobrą okazją, by opublikować moje autorskie tłumaczenie na język polski jednego z listów pasterskich Błogosławionego - "Do ludzi dobrej woli o położeniu politycznym narodu ukraińskiego w państwie polskim". Jego ukraiński oryginał jest łatwo dostępny w sieci. Przekładu polskiego całości niestety jak dotąd nie opublikowano. Niniejszy wpis blogowy zmienia ten stan rzeczy.

O ile na moim blogu dzisiejsza publikacja jest niejako kontynuacją poprzedniej, z 3 kwietnia br., której przedmiotem był polski wariant książki-broszury Błogosławionego "Problem ukraiński", o tyle w rzeczywistości było odwrotnie: pierwszym chronologicznie był właśnie list pasterski datowany 23 lutego 1931 r., a kontynuacją i rozwinięciem myśli w nim zawartych był "Problem ukraiński", którego wersja ukraińska nosi datę 15 sierpnia 1932 r. O ile jednak w kwietniu br. (a nawet wcześniej) dysponowałem był gotowym, przedwojennym jeszcze polskim tekstem "Problemu", o tyle list z 1931 r. musiałem tłumaczyć sam, na co w obecnym moim rozkładzie zajęć codziennych niełatwo mi było znajdować czas. Z Bożą pomocą jakoś jednak się z tym tłumaczeniem uporałem i niniejszym przedkładam PT. Czytelnikom tego bloga pełny tekst listu z 1931 r.

W ramach wprowadzenia - poza tym, co już wyłuszczyłem był 3 kwietnia br. - chciałbym dodać, że list dzisiaj publikowany pisany był w jeszcze krótszym dystansie czasowym wobec tzw. "pacyfikacji Małopolski wschodniej" (16.IX-30.XI.1930), o której znajdziemy tam wyraźne wzmianki. Pozbawiony jest zbędnych i w zasadzie nie związanych z tematyką polityki tudzież stosunków polsko-ukraińskich dywagacji na temat "bizantynizmu" czy kleru żonatego - obecnych w "Problemie ukraińskim".  Dzięki temu jest to tekst bardziej przejrzysty i bardziej w moim odczuciu sensowny, skupiony na rozpatrywaniu zasadniczej kwestii, bez wycieczek ku ulubionym tematom Autora.

Historycy myśli politycznej znaleźć tu mogą oddźwięki treści znanych z korespondencji między założycielem nurtu państwowego w historiografii ukraińskiej i ideologiem ukraińskiego monarchizmu "klasokratycznego" Wacławem Lipińskim (ukr. Wiaczesław Łypynśkyj, 1882-1931) a  redaktorem "chomyszynowskiej" gazety "Nowa Zoria" i doradcą politycznym bł. Grzegorza Józefem Nazarukiem (1883-1940). Na przykład owo odżegnywanie się od zdezawuowanego w społeczeństwie ukraińskim pojęcia "ugody" z Polską/Polakami przy jednoczesnym podkreślaniu "lojalności" wobec państwa polskiego - czyż nie jest jakimś echem tezy Lipińskiego o stanowisku "lojalnym, lecz nie ugodowym", jakie winni byli zająć według Autora Łystiw do bratiw-chliborobiw Ukraińcy w II Rzeczypospolitej (o czym Lipiński napisał był do Nazaruka)?

Ci z czytelników polskich, którzy bezkrytycznie dają posłuch kampanii propagandowej na temat bł. Grzegorza jako "Proroka Ukrainy", być może znajdą w tym liście - podobnie jak i w "Problemie ukraińskim" - nieco materiału do refleksji na temat polskiej odpowiedzialności za zły stan stosunków z Ukraińcami, o czym Błogosławiony pisał sporo i nie bez emocjonalnego zaangażowania.

Ci z czytelników ukraińskich, którzy (także wskutek ww. kampanii propagandowej) ukształtowali w sobie wizerunek "Chomyszyna zdrajcy i ugodowca", może się zastanowią, czy poglądy głoszone przez Błogosławionego usprawiedliwiają takie oceny.

Wszystkim innym zaś z pewnością lektura listu pasterskiego z 1931 r. nie zaszkodzi, a może i przyniesie jakiś duchowy czy intelektualny pożytek... Oby!


List Pasterski Grzegorza Chomyszyna Biskupa Stanisławowskiego do ludzi dobrej woli o położeniu politycznym narodu ukraińskiego w państwie polskim
Stanisławów 1931
Nakładem Ordynariatu Biskupiego

GRZEGORZ CHOMYSZYN
z Bożego zmiłowania i błogosławieństwa Świętej Apostolskiej Stolicy Rzymskiej
BISKUP STANISŁAWOWSKI
Wszystkim ludziom dobrej woli
Pokój w Panu i błogosławieństwo arcypasterskie!

Słowa Pisma św. Jeżeli Pan domu nie zbuduje, na próżno się trudzą ci, którzy go wznoszą (Ps 127, 1) odnoszą się nie tylko do budowy zwyczajnego domu, lecz do wszelkiego działania, zarówno w życiu jednostek, jak też i w życiu społeczeństwa. Dotyczy to tym bardziej budowli narodowej i państwowej. Mężowie tacy, jak budowniczowie gmachu narodowego czy państwowego muszą w swych wysiłkach i planach kierować się nadprzyrodzonymi i naturalnymi Bożymi prawami i etyką, bo tylko te zasady i prawa są niezłomne i niewzruszone. Jedynie one mogą być trwałym fundamentem, na którym może się bezpiecznie opierać życie narodu i budowla państwa.
Gdy wejrzymy na dzieje narodu ukraińskiego, przyznać musimy, że w budowaniu jego państwa nie dostawało tego mocnego i trwałego fundamentu. Bizantynizm, z którego zrodziliśmy się i wyrośli, nie wytworzył u nas prawdziwego autorytetu,  jak również i szacunku dlań oraz posłuszeństwa wobec niego [autorytetu – P.S.] – a zarazem nie odrodził wewnętrznego życia duchowego i nie obudził idei wyższych. To główne nasze zło, to chroniczna nasza słabość, która złowieszczo odbija się na dziejach naszego narodu. Chociaż nie brakowało wśród nas mężów wielkich i utalentowanych, chociaż naród nasz obdarzony jest takimi pięknymi przymiotami, to główne nieszczęście nasze – anarchia – nie pozwalało mu utrwalić swej państwowości, zarówno w czasach książęcych, kozackich  jak i naszych. Niezliczeni wrogowie naszego narodu słabli i przemijali, lecz ten jeden jego wróg, anarchia, ciągle trwał.
Weźmy ostatni zryw naszego narodu do budowy swego państwa pod koniec [I] wojny światowej. Wszystkie okoliczności wskazywały na to, że istniała możliwość utworzenia własnego państwa. Narody małe i malutkie zdobyły swe państwa suwerenne, a nasz 40-milionowy naród pozostał rozbity i podzielony między inne państwa, rzucony na zgubę. A dlaczego? Bo tu właśnie wyszła na jaw nasza anemia duchowa, tu właśnie wyraźnie zaznaczył się brak stosowania w życiu zasad wiary i etyki, a w ślad za tym nie było u nas silnego i mądrego autorytetu, jak również i powszechnego, wypływającego z idei, posłuszeństwa i poświęcenia. Do głosu doszli demagodzy, górę wzięły elementy destruktywne, które – chociaż państwo nie zostało jeszcze zbudowane – już wypowiedziały wojnę Bogu! I wypełniły się na nas słowa Prawdy odwiecznej, że jeśli Bóg domu nie zbuduje, daremnie trudzą się budowniczowie.
A gdy nie zbudowaliśmy swego państwa, to ta część narodu ukraińskiego, która znalazła się pod władzą polską – innych części, w innych państwach, w niniejszym liście nie biorę w rachubę – powinna była poważnie i rozumnie zreflektować się i zająć stanowisko, które przynajmniej jako-tako umożliwiałoby jego [narodu – P.S.] istnienie i rozwój. Były momenty i okazje, gdy mogliśmy osiągnąć pewne korzyści i ulgi, jednak nasza góra, niczym w zaślepieniu, stanęły na stanowisku nieprzejednanym. Stanęliśmy i stoimy nadal na stanowisku negacji, gorączki narodowej, demagogii – i ponosimy każdego dnia ogromne straty, zaś polskim czynnikom państwowym i społeczeństwu polskiemu dajemy pretekst i okazję do stosowania tym większej bezwzględności wobec narodu ukraińskiego. A przecież prosty rozum mówi, że żadne państwo na świecie nie może tolerować, a tym bardziej traktować życzliwie, obywateli którzy nie chcą uznać lub podporządkować się jego władzy. Tym sposobem, utraciwszy swój dom, chcemy pozbyć się również i resztek majątku, które nam jeszcze pozostały.
Rozum naturalny mówi również, że gdy mamy przeciwko sobie zwycięskiego i zwyciężającego przeciwnika, to byłoby dowodem wielkiej głupoty stawać z nim do walki. Potwierdzenie tego znajdujemy w słowach Jezusa Chrystusa, który mówi, że każdy król, mając walczyć z innym królem, rozważa najpierw, czy może rozpocząć wojnę, mając dziesięć tysięcy żołnierzy, podczas gdy przeciwnik ma dwadzieścia tysięcy. A gdy zobaczy, że to niemożliwe, wtedy naprzód wysyła prośbę o pokój (Łk 14, 31-32). Jakże inaczej postąpiliśmy my, gdy nie mając nawet amunicji, odrzuciliśmy pokój, który nam proponowały najsilniejsze państwa świata!
A jeszcze jaśniej w naszej obecnej sytuacji winno nam przyświecać światło wiary, która mówi, że nic i nigdzie nie dzieje się bez Opatrzności Bożej. Losem zarówno pojedynczych ludzi, jak też i całych narodów, kieruje ręka Boża. Wyroki Boże są nieraz ukryte przed nami, lecz wszystkie one są uzasadnione i sprawiedliwe. Bóg podług największej mądrości i najdokładniejszej sprawiedliwości jedne narody wynosi, a drugie poniża, zaś dyplomaci czy politycy są jedynie narzędziami, którymi się posługuje Boża Opatrzność w Swych planach kierowania narodami.
Kiedyśmy stracili swe państwo i swą władzę, i znaleźli się w innym państwie i pod władzą obcą, powinniśmy zrozumieć, że to dla nas dopust Boży i że tę – choć obcą – władzę uznać musimy, bo nie ma władzy, która by nie pochodziła od Boga (Rz 12, 1), bez względu na to, czy władza ta  przeznaczona została dla poddanych jej ku karze lub pokucie, czy też dla ich dobra i wyniesienia. I tej władzy musimy się podporządkować, o ile nie żąda ona łamania prawa Bożego, naturalnego lub nadprzyrodzonego.
Z tego powodu nasze negatywne stanowisko wobec państwa polskiego, chociaż obcego dla nas, nie odpowiada wymogom ani zwykłego naturalnego rozumu, ani też wiary i etyki, zaś nam, osłabionym, przynosi wielkie straty i szkody.
A już stanowczo potępić należy, jak to zresztą wszyscy nasi Biskupi zrobili zeszłego roku we wspólnym Liście Pasterskim, wszelkie sabotaże i organizacje tajne, chociażby działały one w imię patriotyzmu i idei narodowej. Ich aktów sabotażu nie można nazywać bohaterskimi, chociażby były one dokonywane z ofiarą własnego życia, ponieważ są one nieetyczne. – Omne bonum ex toto, malum ex quacunque parte. – Aby czyn był dobry, musi być on dobrym sam w sobie, środki [jego osiągnięcia winny być] moralnie dozwolone i cel szlachetny. Gdy brak choćby jednego, czyn jest grzeszny, moralnie zły. Chociażby cel był najlepszy, gdy środki lub czy sam w sobie jest grzeszny, cała sprawa jest moralnie zła i pociąga za sobą złe, nieraz bardzo gorzkie następstwa.
Zwykle w takie sabotaże daje się wplątywać młodzież, bo jest ona bardzo czuła na niesprawiedliwości wszelkiego rodzaju, a nie mając doświadczenia i dojrzałej rozwagi (bo kieruje się uczuciem) – daje się łatwo porwać do niebezpiecznych akcji. Ileż przez to złamanych i zmarnowanych młodych dusz! A przecież młodzież to przyszłość i fundament siły i potęgi narodu. Największy wróg naszego narodu nie jest w stanie wyrządzić mu większej krzywdy, niż poprzez wciąganie naszej młodzieży do tego rodzaju czynów. Bo jakaż to korzyść dla naszego narodu z sabotaży? Oczywiście żadna. Przypuśćmy nawet, że przez te sabotaże czy podobne do nich czyny zostanie osłabione, czy nawet rozpadnie się państwo polskie – to czy dzięki nim zbudowane zostanie państwo ukraińskie? Nie! Takimi poczynaniami nie buduje się państwa. Jedynie ślepy nie dostrzega, że dla budowy państwa ważniejsze są działania pozytywne niż negatywne. Mamy wszak przykłady w naszej nawet historii, że chociaż albo my, albo inne wydarzenia historyczne obaliły państwa, do których należeliśmy (jak w końcu XVIII w. państwo polskie, na początku XX w. austriackie i rosyjskie) – to jednak trwałego państwa ukraińskiego nie utrzymaliśmy. A dlaczego? Bo nie byliśmy pozytywnie przygotowani do własnego państwa. Lecz przypuśćmy nawet, że na tych sabotażach powstanie własne państwo – to czy państwo to będzie mogło się ostać i pomyślnie rozwijać? Nie! Bo wytworzy się system anarchiczno-konspiracyjny, który będzie działać nadal przeciwko już własnemu państwu, nawet przeciwko tym, którzy obecnie owym systemem kierują, i system ów doprowadzi do upadku własnego państwa. Ach, na Boga, z miłości do swego narodu, za nic w świecie nie pozwólmy łamać dusz naszej młodzieży! Nie zabijajmy narodu w jego korzeniu, nie popełniajmy na sobie samobójstwa! Młodzież nasza niech uczy się, niech pracuje, niech się hartuje, niech wyrabia w sobie stalowy charakter, bo jedynie z takiej młodzieży wyjść mogą mężowie silni, którzy mogą być wprawnie i mądrze kierować losem swego narodu i państwa.
W końcu trzeba zwrócić uwagę, że tego rodzaju organizacje tajne i sabotaże [są] może na rękę szowinistycznym czynnikom społeczeństwa polskiego, by mieć pretekst do większych represji, a przed zagranicą usprawiedliwienie.
Czy może być ktoś tak naiwnym, by wierzyć, że organa państwowe nic nie wiedzą o tajnych organizacjach i o ich posunięciach? Czy nie można przypuszczać, że władza może przez czas jakiś spokojnie przyglądać się i tolerować sabotaże w tym celu, by w pewnym dogodnym momencie wykorzystać to i uderzyć z całą mocą? I co wtedy zyskujemy? Przecież głosy prasy zagranicznej nie przyniosą nam ulgi, zaś państwa postronne mogą jedynie zamanifestować platoniczną sympatię dla nas, a i to o tyle, o ile wymaga tego ich interes państwowy. Państwo postronne, wrogo nastawione do Polski, może umyślnie podsycać ferment między nami, a następnie wykorzystać nasze niezadowolenie i na cały głos krzyczeć o naszych krzywdach – jednak czyni to ono w interesie własnym, bo kto wie, jak samo ono zamanifestowałoby nad nami swą pięść, gdybyśmy się znaleźli pod jego władzą. A już czystym szyderstwem nad nami [jest] perfidna obrona [ze strony] bolszewików, którzy sami niszczą nasz naród na Wielkiej Ukrainie.


***


Lecz chociaż nie można usprawiedliwiać przewin i błędów z naszej strony, to jednak gdy rozważymy ze wszech stron fundament, na którym one się zrodziły, gdy przyjrzymy się okolicznościom, które się do nich przyczyniły i gdy rozsądzimy rzecz obiektywnie, wziąwszy pod uwagę stosunek i zachowanie strony polskiej, to przewiny nasze jawią się w nie tak bardzo rażącym świetle. Nawet owe sabotaże i organizacje tajne, chociaż godne potępienia, okażą się być niczym odruch konwulsyjnych drgawek tonącego, porwanego przez wir na głęboką wodę, bez względu na to, czy to sam on rzucił się na ową głębię, czy też został pociągnięty przez rwącą falę.
Nie da się zaprzeczyć, że są wszelkie oznaki, wskazujące że czynniki szowinistyczne społeczeństwa polskiego dążą do tego, by nas, Ukraińców, w miarę możności zniszczyć. Ba, dążności takie widoczne są nawet wśród ogółu polskiej prasy bez względu na partie , które ona popiera. Niedawno jeden z głównych działaczy polskich wyraźnie domagał się w prasie asymilacji wszystkich mniejszości narodowych w państwie polskim, a zatem i [mniejszości] ukraińskiej. Ukraińcy w państwie polskim są traktowani niemalże jak obywatele drugiej klasy, jakby byli wyjęci spod prawa. Nie wolno nam nawet nazywać siebie tak, jak chcemy. Państwo polskie pobiera od nas, Ukraińców, daninę majątkową, a w przypadku wojny również daninę krwi, lecz obowiązki swe względem nas spełnia po macoszemu, zwłaszcza w kwestii wykonywania i stosowania obiektywnej sprawiedliwości. Jak się wydaje, tradycyjne „prawem i lewem” nadal jeszcze nie przeżyło się. Nie wykonano wobec nas nie tylko międzynarodowych zobowiązań w przedmiocie autonomii, lecz nawet i uchwał Sejmu polskiego, np. co do tak zwanej autonomii wojewódzkiej, która – w obecnym stanie – jest raczej parodią. Ukraińcy zawsze mają pod górkę. Do urzędów dostęp dla nich ciężki. Nie przyjmuje się ich, albo redukuje tych, którzy [tam jeszcze] są. Na niwie szkolnictwa państwowego Ukraińcy są pokrzywdzeni, zaś w swoich, utrzymywanych ze środków własnych, instytucjach kościelnych, humanitarnych i oświatowych wystawieni są na różne przeszkody i szykany. Co się tyczy szkolnictwa, to za Austrii mieliśmy już dość dobrze rozwinięte szkolnictwo, jakieś 3.500 szkół ludowych, znaczną ilość średnich i siedem katedr na uniwersytecie lwowskim. Za Polski wszystkie nasze katedry we Lwowie zniesiono, część szkół średnich rozwiązano, a z tysięcy szkół ludowych pozostało jakieś 600 utrakwistycznych.
Co się tyczy traktowania przez Polaków naszych instytucji kościelnych, charytatywnych i religijnych, i to naszym kosztem utrzymywanych, to dla oświetlenia rzeczy podam niektóre przykłady. Z wielką biedą i ogromnymi trudnościami da się założyć jakąś ochronkę dla dzieci, w której potwierdzone przez Kościół i uznane przez państwo zakonnice uczą dzieci katechizmu, dbają o ich wychowanie oraz zajmują się dziećmi, gdy ich rodzice zajęci są pracą poza domem. Tymczasem przychodzi zapytanie z polskiego Urzędu, czy na to jest pozwolenie od Kuratorium Szkolnego, bo owa ochronka jest „przedszkolem”. I po cóż wymyślono owo „przedszkole”? Tak dochodzi do tego, że wyższe władze szkolne miast sprzyjać i popierać inicjatywę Kościoła czy społeczeństwa w tej dziedzinie, jeszcze utrudniają i przeszkadzają.
Albo też stawianie innych przepisów i żądań, np. czy dzieci w ochronce mają pantofle, czy są przepisowe stoliki i krzesełka, a nawet, jak słyszałem, czy jest pianino! Na to nie wiadomo nawet, czy wzruszać ramionami, czy się oburzać. Przecież tu u nas to jeszcze nie jest Anglia ani Ameryka, a miejscowość, w której znajduje się ochronka, to nie Londyn ani New York. Tutaj przecież dobrze, jeśli dziecko ma jeszcze jakie takie trzewiki, by mogło w zimie pójść do ochronki, a tu jeszcze trzeba mieć jakieś pantofle i fortepian, choć nędza piszczy i gra nawet bez fortepianu.
W pewnym domu zakonnice własnym kosztem utrzymują maleńkie porzucone dzieci i sieroty. Nieraz im w nocy upadłe matki podrzucają niemowlęta pod drzwi. Nie ma gdzie ich umieścić, dwoje czy troje muszą spać na jednym łóżeczku. Aż tu przychodzi wizytatorka i nie pyta, czy każde dziecko ma co jeść, gdzie się wyspać, czy zakonnice mają z czego te dzieci utrzymywać – lecz pyta, czy każde dziecko ma szczoteczkę i proszek do zębów. Ależ przecież proszek i szczoteczka do zębów nie zastąpią w żaden sposób chleba i innego pożywienia, potrzebnego dzieciom!
I takie rzeczy dzieją się w instytucjach charytatywnych, kościelnych i religijnych, do utrzymania których państwo w niczym się nie przyczynia. Nie przeczę, że odnośne przepisy obowiązują także instytucje polskie, zauważam jednak, że polskie instytucje są bardziej zasobne w środki materialne, a poza tym w instytucjach polskich na wiele niedomagań patrzy się przez palce, w ukraińskich zaś przepisy owe są pretekstem do szykan lub nawet zakazu [działalności]. Zresztą pośród obecnej nędzy materialnej i ogólnego zubożenia te wybredne przepisy wyglądają na czystą ironię.
O poniżającym traktowaniu naszego duchowieństwa przez państwowe organa administracyjne, o szykanowaniu poprzez nakładanie kar pieniężnych lub aresztu za korespondencję po ukraińsku z urzędami, a także w sprawach metrykalnych – nie będę szerzej się tu rozwodził, gdyż przedstawiłem to niedawno w mym piśmie do duchowieństwa z dnia 10 września 1930 r. (zob. Wistnyk nr VII-IX z 1930 r.).
W nie mniejszym stopniu wżerają się w duszę i do żywego dokuczają organa policyjne i administracyjne. Nieustannie i na każdym kroku trzeba się pilnować i oglądać, by czasem nie naruszyć jakiegoś przepisu, bo zaraz kara pieniężna lub areszt. Przepisy przepisami. Ale ich interpretacja i stosowanie stają się czasem po prostu nie do zniesienia i często-gęsto nie odpowiadają pojęciu i poczuciu sprawiedliwości.
Przy tym wszystkim naród ukraiński traktowany jest niemal jak heloci, którzy mają słuchać się i płacić, a którym nie wolno zaznać właściwego sobie rozwoju, jak to by się im należało. To, jak się zdaje, refleksy psychiki jeszcze czasów pańszczyźnianych. Każdy odruch życia narodu ukraińskiego, każdy przejaw swego sobie właściwego życia i rozwoju kulturalnego spotyka się nieraz ze strony społeczeństwa polskiego ze spojrzeniem pełnym zawiści. Dorobek czysto gospodarczy również spotyka się z szyderczym wyśmiewaniem, albo też daje się słyszeć: „Nie pozwolić im – tj. Ukraińcom – wzmocnić się!”.  W polskim, a do tego jeszcze i klerykalnym piśmie zamieszczana jest wypowiedź, że Ukraińcy tutaj, na swej ziemi w Polsce nie są autochtonami, tj. że są ni „przybłędami”. Przezwano nas pogardliwie „kabanami”. Gdy wojska polskie weszły do Ziemi Halickiej [ukr. Hałyczyna], to niemal każda ich piosenka była przeciw „kabanom”. Idąc ulicą sam miałem okazję słyszeć tę wzgardliwą nazwę. I nie tylko od polskich żołnierzy można było to usłyszeć, ale także od świeckich Polaków, a nawet od osób duchownych.
Wznieśli gdzieś Ukraińcy pomnik ku czci poległych ukraińskich bojowników o wolność i pomyślność swego narodu, to od razu zaczyna się wrzask w prasie polskiej: „dzicz hajdamacka, rozpętany bandytyzm”. Społeczeństwo polskie swych bojowników o pomyślność swego narodu, nawet konspiratorów, szanuje i wynosi jako bohaterów, jako „orły i orlęta”, lecz po stronie ukraińskiej uważa to za „barbarzyńskie hordy Ukraińców”. I takie pogardliwe wyrażenia o Ukraińcach czyta się nie tylko w polskiej prasie brukowej, lecz nawet w poważnej, konserwatywnej, ba – nawet w klerykalnej i to wydawanej przez zakonników!... Zaprawdę, trzeba tu heroizmu, trzeba się wznieść wysoko zasadami wiary i etyki ponad tego rodzaju namiętności ludzkie, by zachować spokój ducha, by nie wyjść z równowagi. A tego przecież nie można wymagać od ogółu społeczności ukraińskiej. Stąd też zrozumiałą jest rzeczą, acz nieusprawiedliwioną etycznie i godną potępienia, że na tle takiej sytuacji, że w takich niemal nie do zniesienia dla nas okolicznościach, mogły się zrodzić organizacje tajne i sabotaże, zwłaszcza gdy weźmiemy pod uwagę także i poduszczenia zewnętrzne, które – rzecz zrozumiała – w takiej atmosferze przyjmowane są z łatwością. Społeczność ukraińska nie reagowała tak, jak by należało, a to dlatego, że jedni bali się terroru, a ogół nie miał i nie mógł mieć wpływu na te organizacje, bo są to organizacje tajne – a pozostali zachowali się biernie, ponieważ dostrzegali i odczuwali swój nie do pozazdroszczenia los w państwie polskim. Nasza sytuacja to powolne duszenie i odbieranie powietrza, tak niezbędnego do oddychania i życia.
Nie! Nie jesteśmy helotami, mamy prawo do traktowania nas jak wolnych obywateli w konstytucyjnym państwie. Nie jesteśmy przybłędami, lecz rośliśmy tu od wieków i mamy prawo do korzystania z wszelkich dóbr ziemi, na której żyjemy. Nie jesteśmy stadem „kabanów”, lecz ludźmi, stworzonymi na obraz i podobieństwo Boże. My również mamy poczucie swej godności. Myśmy nie „dzicz hajdamacka”, a nasze dążenie do życia podług własnych wzorów i rozwoju kulturalnego to nie jest „rozpętany bandytyzm”. Mamy przyrodzone prawo do życia i nie można od nas wymagać, byśmy całowali rękę, która nas bije. Nawet rozbójnika nie można zawsze całkiem potępić, bo również i upadły rozbójnik i prawdziwy bandyta może mieć w sobie jeszcze coś ludzkiego, i nieraz może w nim się odezwać zduszone i gwałtem przytłumione poczucie szlachetności, którego czasom trudno się doszukać u ludzi stojących na czele, na wysokich stanowiskach i z wyszukanymi formami towarzyskiej ogłady. Gdy do krzyża przybito odrzuconą i pohańbioną Prawdę, gdy biegli w piśmie i nauce, osoby wysokiej rangi w społeczeństwie żydowskim i cała jego inteligencja szyderczo kpiła i wyśmiewała Zbawiciela świata, umierającego strasznych mękach na krzyżu, gdy omamiony i oszukany wielotysięczny tłum ludzi podnosił zaciśnięte pięści z groźbami pod adresem wiszącego na krzyżu Mesjasza – to właśnie wtedy miał odwagę stanąć w obronie Prawdy, ukrzyżowanej i przez wszystkich opuszczonej, nie kto inny, jak bandyta i zbój, który głośno zawołał: Ten nie uczynił żadnego zła (Łk 23, 41).
Niechże czynniki państwa polskiego, niech społeczeństwo polskie także się zreflektuje i niech dostrzega winę nie tylko po naszej, lecz także i po swej własnej stronie. Niech nas nie uważa wyłącznie za „dzicz hajdamacką”, a przejawów naszego życia za „rozpętany bandytyzm”, lecz niech zwróci uwagę i na siebie, gdzie również nie wszystko wygląda idealnie. Wyłącznym potępianiem narodu ukraińskiego państwo polskie go sobie nie zjedna, „pacyfikacjami” go nie uspokoi, a sobie korzyści nie przysporzy. Taka właśnie „pacyfikacja”, przeprowadzona w zeszłym roku, z wszelkimi jej metodami, nie była w interesie państwa polskiego. Państwo polskie zraziło do siebie naród ukraiński, wywołało w nim żal, rozgoryczenie i ból. Trzeba wielu lat i ogromnych pozytywnych przejawów dobrej woli ze strony państwa polskiego, by naród ten mógł się pozbyć żalu i goryczy, które kryje w sercu. Tej sprawy nie można lekceważyć, a każdy realny i rozumny polityk musi się z nią liczyć. Państwo polskie nie jest aż tak skonsolidowane i mocno zabezpieczone, by mogło lekceważyć naród, nawet znajdujący się w mniejszości. Nieraz małe i niepozorne przyczyny lub okoliczności przesądzają o wynikach i losie spraw wielkich. Turysta, który chodzi po strzelistych, wysokich górach, nieraz zawdzięcza uratowanie swego życia korzonkowi małego krzaka, bo gdyby tego korzonka nie było, nie miałby się na czym zatrzymać przed zsunięciem się w przepaść. Kamień, na który budowniczowie nie zwracają uwagi, może się stać kamieniem węgielnym całej budowli. Kamień odrzucony przez budujących stał się kamieniem węgielnym (Ps 117,22). Opatrzność Boża zakryła przed nami przyszłe losy i nie wiemy, jakie zadanie i jaką rolę odegrać ma ten czy inny naród. Wiemy jedynie, że dotychczasowe dzieje splotły losy jednego narodu z losami drugiego, chociaż owa łączność narodowi ukraińskiemu przyniosła raczej tragiczne skutki.
A może polscy mężowie stanu i polskie społeczeństwo myśli, że uda się nas zasymilować, zniszczyć i w ten sposób pozbyć się kłopotu z nami? Myślę, że w czasach narodowego uświadomienia to niełatwa sprawa. A już w żadnym wypadku nie załatwi się tej sprawy gnębieniem i prześladowaniem, bo to wywoła właśnie skutek wprost przeciwny. Zresztą chociaż by nawet udało się nas zgnębić czy zdeprawować i uniemożliwić nasz rozwój, wytworzyłoby to w organizmie polskim jątrzącą się ranę i zatrutą gangrenę. Podobnie się wyrażał pewien polski działacz-endek, który – będąc ministrem – podczas jednego ze spotkań ze mną powiedział w rozmowie, że Polacy, jako silniejsi, mogliby połknąć Ukraińców, lecz byłoby to niestrawne dla żołądka. Od siebie dodam, że nie tylko byłoby to niestrawne, lecz wywołałoby chorobę, która mogłaby stać się przyczyną katastrofy. Źródło zasypane i zatamowane albo rozsadzi skałę, albo wytworzy trzęsawisko i bagno.


***


Czy Polacy zreflektują się i zastosują wobec narodu ukraińskiego metodę obiektywnej sprawiedliwości i życzliwości, czy też dalej będą stosować system dotychczasowy – oni sami ponoszą za to odpowiedzialność. Do nas należy zadbanie o samych siebie. Musimy głównie i to przede wszystkim dołożyć wszelkich starań, by naród nasz był duchowo zdrowy i skonsolidowany, by jego praca była pozytywną – tak, by nawet w warunkach największego ucisku i zniewolenia mógł on zachować swą siłę twórczą. Znana to prawda, że naród nigdy nie upada przez postronnego przeciwnika, lecz sam przez siebie. Naród może być przez stulecia przygnieciony przez obce państwo, może być gnębiony i prześladowany, ale gdy jest on duchowo zdrowy i zachowa wewnętrzną siłę twórczą, przetrwa wszelkie klęski i przy danej [mu] sprzyjającej okazji może w pełni odżyć i rozwinąć się, podobnie jak ziemia, w zimie przykryta śniegiem i lodem, znów odżywa i rodzi, kiedy na wiosnę lody spłyną i śniegi się roztopią. A naród nieskonsolidowany i zatruty rozkładem duchowym, sam przez siebie upada i staje się nawozem dla innych narodów, albo nawet gdy osiągnie swą niepodległość – rozpadnie się.
Trzy czynniki stanowią o potędze i odgrywają wielką rolę w życiu i rozwoju narodu, a mianowicie: siła militarna, finansowa i duchowa. Z tych trzech czynników najważniejszym jest siła duchowa, bez której dwie pozostałe nie mogą spełniać swego zadania. Siły militarnej ani finansowej nie posiadamy, lecz za to siłę duchową możemy i powinniśmy zdobyć. Stąd też, chociażby nasz dotychczasowy los był dla nas nie wiadomo jak niepomyślny, nie powinniśmy nigdy opuszczać rąk i poddawać się zniechęceniu.
Wszyscy, podług miary sił własnych, winniśmy się wziąć za duchową budowę naszego narodu. Przede wszystkim trzeba nam zadbać o to, by wszystkimi naszymi poczynaniami na wszystkich odcinkach naszego życia rządziły zasady nadprzyrodzonej wiary i etyki, bo tylko na nich, ba – wyłącznie na nich, formują się pozytywne, pożyteczne i trwałe zasady i normy całego ludzkiego życia i tym samym całego prawdziwego rozwoju kulturalnego każdego narodu.
Następnie trzeba nam koniecznie rozumnych, rozważnych i doświadczonych mężów, którzy by prowadzili rozumną i pożyteczną politykę naszego narodu. Jest to może najboleśniejszą naszą raną, żeśmy nigdy nie mieli polityków mądrych i rozważnych, którzy sprawnie kierowaliby sterami życia politycznego naszego narodu. Byli u nas i dotąd jeszcze nie zniknęli tacy, którzy po desperacku i prawie w szaleństwie krzyczą: „Wszystko albo nic!”. Nieustanna negacja i nierozumny, lecz uparty sprzeciw, który – nie mając za sobą żadnego oparcia, zapędził naród w ślepą uliczkę, czy raczej w przepaść. Byli i tacy, którzy prowadzili politykę serwilistyczną, za miskę soczewicy, za posady i korzyści osobiste. I takich u nas najwięcej. Byli wprawdzie i tacy, którzy mieli czyste ręce i dobrą wolę, lecz nie mieli rozwagi, dawali się porwać sentymentom, nastrojowi chwili i dopuszczali się błędów z nieobliczalnymi, gorzkimi następstwami.
I brak owej mądrej, uczciwej i rozważnej polityki zawsze niszczył za jednym zamachem cały nasz dorobek narodowy, tak gorzko nieraz zdobyty. Prawdziwa polityka, to nie szeroka gęba i mocne gardło do demagogicznego wrzasku, ani też nogi prędkie do agitacji.
Prawdziwa polityka to ogromna mądrość, wszechstronna i rozumna orientacja, panowanie rozumu i rozwagi. Prawdziwa polityka to ni interes osobisty, lecz sprawa dobra ogólnego. Słuszną jest zatem zasada, o której słyszałem, wyrażona słowami, że głupcy bawią się w politykierstwo, zaś ludzie mądrzy tworzą i prowadzą politykę.
Ktoś może kwestionować mój osąd naszej polityki, ktoś może usprawiedliwiać klęski naszej polityki, jak np. z winy samej społeczności ukraińskiej, jedno wszakże musiałby mi przyznać – że nigdy nie było u nas polityków i polityki, która by w pełni odpowiadała ideologii katolickiej. Często gęsto politycy nasi kierowali sprawami narodowymi z krzywdą, a nawet negacją wiary i Kościoła katol[ickiego]. Nie było i nie ma u nas pod tym względem refleksji i zastosowania. Niech będzie ktokolwiek i jakikolwiek, aby tylko „pomagał”, bez względu i bez wnikania w to, czy wynikną stąd dobre czy złe następstwa dla wiary i moralności. „Przez Boga czy diabła zapomniana Ukraina [tak dosłownie w oryg.; jest to być może pomyłka, do kontekstu bardziej pasuje zdobuta niż zabuta – uwzględniając to, zdanie brzmiałoby: „Dzięki Bogu lub diabłu zdobyta Ukraina”-P.S.] – powiedział za władzy ukraińskiej sekretarz [minister-P.S.] wojny podczas jednego z posiedzeń [Ukraińskiej] Rady Narodowej w Stanisławowie. I słowa te celnie charakteryzują naszą politykę w jej stosunku do wiary i religii. Znaczy to, że dla wielu naszych polityków obojętnymi były środki – etycznie i nieetyczne – gdy się im [politykom-P.S.] tylko zdawało, że prowadzą one [środki-P.S.] do celu. Tymczasem to nie jest wszystko jedno, czy to Bóg czy też czart pomaga Ukrainie. Daremną jest wszelka ochrona i czuwanie nad państwem, gdy nie chroni go i nie czuwa nad nim Bóg. Gdy Pan nie ochrania Państwa, na próżno czuwa ten, który stróżuje, mówi Duch św.  Jeżeli Pan miasta nie ustrzeże, strażnik czuwa daremnie (Ps. 127,1). To nie wszystko jedno, czy szanujemy i wykonujemy prawa Boże, czy idziemy za dyktaturą czarta. Dlatego też w innym miejscu mówi Duch św., że szczęśliwym jest ten naród, którego Władcą jest Bóg:  Szczęśliwy lud, którego Bogiem jest Pan (Ps. 33, 12).
Stąd też potrzeba nam mężów, którzy prowadziliby politykę naszego narodu, zachowując ściśle zasady katol[ickiej] wiary i etyki, którzy staliby na gruncie Kościoła katol[ickiego] tak, by działalność ich odpowiadała dokładnie ideologii katolickiej. Winni był w pełni Ukraińcami, lecz stać na gruncie w pełni katolickim. Winni być katolikami nie tylko w życiu prywatnym, lecz również w działalności publicznej. Deklarowanie się publiczne katolikiem nie jest wprawdzie u nas w modzie, jednak kto chce być katolikiem prawdziwym, ten niech się nie wstydzi także publicznie okazywać to całym swym zachowaniem.
Następnie rozsądna i realna polityka wymaga, by okazywać również pełną lojalność wobec państwa, w którym się obecnie znajdujemy. Wyobrażam sobie, jak Ukraińcy – czytając to – robią wielkie oczy i ze zdziwieniem pytają się: jak to możliwe, by w tych nieznośnych warunkach, w jakich znajduje się naród ukraiński w państwie polskim, deklarować wobec niego [państwa-P.S.] i podkreślać przy tym lojalność, i to pełną? Tak! Jest to nie tylko możliwe, ale konieczne i dla nas pożyteczne. Podkreślę raz jeszcze krótko to, co już było powiedziane poprzednio: nie Rada Ambasadorów, lecz Opatrzność Boża poddała nas, jako część narodu ukraińskiego, pod władzę państwa polskiego i temu zrządzeniu musimy się podporządkować. Dlaczego tak [właśnie] Opatrzność Boża zrządziła czy dopuściła, nie wolno nam Boga pytać i pociągać do odpowiedzialności. Możemy domyślać się przyczyn, np. dla naszego opamiętania i podniesienia, czy dla ukarania nas – lecz domagać się usprawiedliwień od Boga byłoby wielkim zuchwalstwem. Dla nas niech wystarcza, że wszelkie zrządzenie czy dopust Boży jest najmądrzejszy, najświętszy, a dla nas najpożyteczniejszy.
Poza tym rozum praktyczny mówi nam, że stojąc na gruncie pełnej lojalności mamy tym samym prawo domagać się od państwa wszystkich nam należnych i niezbędnych praw do naszego prawdziwego rozwoju kulturalnego, a państwo zaś nakłaniać do spełniania obowiązków i zobowiązań względem nas. Choćby nas państwo gnębiło i prześladowało, to jednak winniśmy zawsze i wszędzie podkreślać naszą lojalność, jednakże nie na sposób niewolników czy na modłę baranów, lecz wznosząc zarazem donośny głos sprzeciwu: Za co mnie bijesz? [por. J 18, 23 – P.S.]. Bo wtedy właśnie nasz głos protestu będzie uzasadniony, państwu zaś [tym samym] odebrane będą jakiekolwiek podstawy do usprawiedliwienia się. Rozwaga mówi, by nie dać się sprowokować. Dać się wyprowadzić z równowagi – to oznaka słabości duchowej, a jednocześnie dla czynników państwowych pretekst do tym większego i silniejszego ataku przeciw nam. Silniejszy nieraz tylko czeka na to, by słabszy przeciwnik dał się wyprowadzić z równowagi i uderzył niecelnie, bo wówczas [silniejszy] ma okazję i pretekst z tym większą mocą napaść na niego [słabszego – P.S.] i uderzyć go. Stanowczo dochodzić swych praw, bronić się odważnie, jest naszym obowiązkiem – ale [czynić to należy] w sposób legalny, z zachowaniem pełnej lojalności, rozwagi i równowagi ducha. Lojalność wobec państwa nie zawadza zupełnie w zwalczaniu nawet czynników rządowych, w przypadku gdyby – nadużywając swej pozycji – łamały one zasady sprawiedliwości, lub też występowały wrogo przeciwko Kościołowi, wierze i religii.
Posunę się jeszcze dalej i to ku zdziwieniu, być może, samych Polaków, a jeszcze większemu oburzeniu Ukraińców, a mianowicie [powiem], że nasza lojalność powinna dążyć do tego, by państwo polskie było silne i bezpieczne, ale zarazem sprawiedliwe – przy czym to ostatnie jest conditio sine qua non. A to dlaczego? Bo tego się domaga interes i dobro samego narodu ukraińskiego. Gdy państwo jest silne, panuje w nim dobrobyt a przy tym jest ono sprawiedliwe, wówczas każdy naród czuje się w nim dobrze, ma wszystkie warunki do swego życiowego rozwoju i przygotowywania się do swej własnej państwowości, gdy warunki polityczne pozwolą na to [na jej utworzenie – P.S.].
Wyobraźmy sobie, że pewnego dnia znienawidzeni przez Ukraińców Polacy wynoszą się od nas i zostawiają nas samych. I cóż się wtedy z nami dzieje? W ciągu kilku godzin zza Zbrucza nadciągają roje bolszewików, którzy zamkną nasze cerkwie i obrócą [je] na domy rozrywki lub rozpusty, duchowieństwo i inteligencję po części rozstrzelają, po części ześlą na Wyspy Sołowieckie, sam zaś naród zgnębią i zabiją w nim wszystko, co ludzkie, i uczynią go czymś gorszym od bydła. A co się tyczy chłopstwa, fundamentu naszego narodu, to bolszewicy wprowadziliby pańszczyznę państwową: odebraliby ziemię chłopom, którzy swą niegdyś własną ziemię musieliby uprawiać jako najmici dla państwa i to państwo z owoców ich własnej pracy wydzielałoby im głodowe racje, jak to już robią bolszewicy na Wielkiej Ukrainie. A gdyby nie przyszli bolszewicy, to zajęłoby nas inne państwo. Bardzo wątpię, czy los nasz byłby w nim lepszy.
Tak czy siak, znaleźlibyśmy się w państwie obcym, bo nie zdołalibyśmy stworzyć państwa tak silnego, które mogłoby stanąć na przeszkodzie najazdowi tego czy innego sąsiada. Nie mamy odpowiednich mężów stanu ani całego stosownego aparatu państwowego. Niechże się dobrze zastanowią ci, którzy stale zajmują stanowisko negacji i budują w fantazjach państwo ukraińskie. Stworzenie państwa jest bardzo trudną rzeczą, a jeszcze trudniejszą – rządzenie nim. Okazało się to jasno, gdy była okazja zdobycia naszego własnego ukraińskiego państwa. Nie byliśmy jeszcze przygotowani [do tego] i dlatego mimo [istnienia] tylomilionowego narodu ukraińskiego państwo nasze rozpadło się, podczas gdy narody malutkie swą suwerenną władzę zdobyły.
Popatrzmy na Polaków. Mieli już oni wprawionych i zdolnych mężów w polityce zagranicznej i wewnętrznej, a także na wszystkich pozostałych obszarach życia państwowego, a jednak gdy polskie państwo zostało ustanowione, jakież tu pojawiały się trudności, jak dotąd jeszcze elementy destruktywne nim wstrząsają, jak dotąd prowadzone są różne niedookreślone eksperymenty, jak toczy jego organizm sekciarstwo, zaś tarcia [między]partyjne wywołują zamęt, zamieszanie i ferment.
A cóż powiedzieć o nas? Do tego nie wystarczy rąk, które by brały, ani kieszeni, do których by się chowało, ani takoż szerokich ust, które by wrzeszczały, lecz trzeba umysłów mądrych i rozważnych, czystych rąk i szlachetnych dusz.
Wizytator Apostolski, śp. Genocchi, który bywał w świecie i obserwował życie niejednego narodu, wizytując naszą prowincję kościelną w 1923 r. szybko się co do nas zorientował i w rozmowie ze mną ze współczuciem wyraził się wtedy w zaufaniu,  co teraz, po jego śmierci, mogę wyrazić publicznie, a mianowicie: Ucraini nondum sunt maturi ad regendum [Ukraińcy jeszcze nie dojrzeli do rządzenia – P.S.]. A był to człowiek dla nas bardzo przychylny, chociaż nasza niedojrzała prasa uczyniła mu niejeden nieusprawiedliwiony zarzut i krzywdę. Nie bądźmy naiwni, jak owa gospodyni, która niosła do miasta mleko w dzbanku na sprzedaż i fantazjowała po drodze, jak to z pieniędzy uzyskanych ze sprzedaży mleka dorobi się własnego domu, a gdy już zbudowała w swych marzeniach dom, aż podskoczyła z radości. I w tejże chwili mleko wylało się z dzbanka, zaś wyimaginowany dom zniknął jak bańka mydlana.
Zapytają się zatem Ukraińcy: czyż mamy porzucić ideę naszego samodzielnego państwa i na wieki służyć Polakom? Za nic w świecie! Naród, który się wyrzeka idei i nadziei [na uzyskanie] własnego suwerennego państwa, neguje sam siebie; nie jest on wart, by istnieć na świecie. Nie wolno nam wyrzec się idei własnego państwa, ale nie wolno nam go budować tylko w wyobraźni, bez odpowiedniego przygotowania i bez odpowiednich sił, bo to by była tylko śmiesznym przejawem naiwności. Mądra i realna polityka nie kieruje się fantazjami na temat przyszłości, lecz dokonuje tego, co w chwili obecnej nakazuje konieczność, co można teraz, w danych warunkach zrobić i na co zezwalają obecne warunki konieczne. Przyszłość jest przed nami zakryta i do nas nie należy, ale obowiązkiem jest naszym uczynić to, co dyktuje teraźniejszość. Starajmy się dorabiać i siły nasze konsolidować tak, abyśmy byli przygotowani na tę chwilę, gdy zegar historii wybije godzinę narodzin naszego państwa. Biada nam, jeśli nas zaskoczy nieprzygotowanych, bo stanie się z nami coś jeszcze gorszego, niż się stało przy końcu [I] wojny światowej. Kiedy jednak będziemy przygotowani, a Opatrzność Boża zrządzi, by nasze własne państwo zaistniało, wtedy bądźmy pewni, że państwo nasze powstanie, choćby nie tylko Polska, ale i świat cały sprzeciwiał się temu. Czy to nasze państwo będzie w związku z państwem polskim, czy osobno dla siebie samodzielne [! – P.S.], nie naszą jest rzeczą teraz się zamartwiać. Nie wiemy, co w sobie kryje przyszłość. Cały Wschód to wielki sfinks. Być może z bolszewickich popiołów i pogorzelisk zbudzą się narody nowe i nowe państwa, względem których zarówno Polska jak i Ukraina odegrać mają znaczącą rolę.
Słyszę jeszcze jedno pytanie, a mianowicie: co się stanie z ideą Ukrainy Zjednoczonej [Soborna Ukrajina]? Sprawa ta dla nas jest bardzo drażliwą i złowieszczą zarazem. Do Ukrainy naddnieprzańskiej podchodzimy raczej od strony przeczulenia sentymentalnego i fantazji, niż w jej realnych i pozytywnych podstawach [! – P.S.]. Mimo swej ogromnej liczby [ludności], nie ma ona jednak jeszcze wyrobionych i skonsolidowanych sił, niezbędnych do budowy państwa. Zapatrzyliśmy się w Ukrainę Zjednoczoną jak w fantom, i przez to żadnej Ukrainy nie uratowaliśmy i wszystko u siebie [tzn. na obszarze Zachodnioukraińskiej Republiki Ludowej – P.S.] zaprzepaściliśmy. Ratujmy naprzód siebie, a gdy się sami podniesiemy, to i Ukrainie pomożemy. Zrozumiejmy to dobrze, iż nasza Ziemia Halicka [ukr. Hałyczyna, tj. wschodnia Galicja – P.S.] winna być Piemontem dla Ukrainy.
Po rozważeniu wszystkiego, co dotąd powiedziano, przyznać trzeba że wszystkie nasze wysiłki i cała nasza polityka musi iść inną drogą niż dotąd. Musimy również przyznać, że potrzebujemy mężów, którzy prowadziliby realną i pozytywną politykę naszego narodu, i którzy by się liczyli z rzeczywistymi koniecznymi okolicznościami. Jak to już było uprzednio powiedziane, winni oni w pełnej miłości do swego narodu stać na pozytywnym gruncie ideologii katol[ickiej] i zarazem zachowywać pełną lojalność wobec państwa, w którym się teraz znajdujemy. Ich polityka nie może być krótkowzroczna, serwilistyczna, obłudno-chytra, sprzedajna – lecz ze wszechstronną orientacją, poważna i rozważna, dla ogólnego dobra narodu, godna i na wskroś uczciwa. Winni oni dać początek i poczynić wyłom w tej naszej krótkowzrocznej, zaściankowej, zapalczywej i zarozumiałej dotychczasowej polityce. Powinni wystąpić z jasnym programem, zakreślić dokładne wytyczne swej działalności politycznej i konsekwentnie ją realizować. Muszą być przygotowani na liczne i silne uprzedzenia, podejrzenia i przeszkody, jak to u nas zwykle bywa. Nie wolno się im jednak zrażać. Bez ofiar i cierpień nie da się osiągnąć żadnego dobrego i pożytecznego celu. Muszą również pojąć, że potrzeba na to czasu, zanim sprawa ta się skrystalizuje i nabierze mocy i znaczenia. Niechże ich będzie niewielu, niechaj nawet i kilku, lecz wytrwałych i świadomych swego zadania, bo nie w liczebnej masie, lecz w idei jest siła.
We wszystkich naszych dążeniach do podźwignięcia naszego narodu, a tym samym do prowadzenia mądrej, realnej i pożytecznej polityki ma pomagać także i prasa. Jednak właśnie tutaj objawia się źródło całego naszego nieszczęścia. Prasa, raz jeszcze powtórzę, to prasa właśnie ponosi główną odpowiedzialność za nasz los nieszczęsny. To ona stworzyła ten demagogiczny i destrukcyjny kierunek i ową chaotyczną anarchię wszelkiego rodzaju zwodniczych haseł. A co gorsza, pod względem wiary i religii zaszczepiła w narodzie liberalizm i indyferentyzm religijny, a nawet ateizm. Bo cała nasza prasa świecka jest albo liberalną, albo selrobowską czyli bolszewicką. Katolicka prasa nie jest u nas w modzie, nie cieszy się zainteresowaniem, jest zwalczana. Dotąd nie zdobyliśmy się na codzienne pismo katolickie, chociaż jest nas prawie cztery miliony Ukraińców katolików, bo prawosławnych Ukraińców nie bierzemy tu pod uwagę. A już po prostu skandalem jest, że niekiedy nasi katoliccy kapłani postanawiają bojkotować pismo katolickie, jak to się stało na 2 kongregacjach dekanalnych w tut[ejszej] prowincji kościelnej. Jak grzyby po deszczu wyrastają u nas pisma wszelkiego rodzaju destruktywnych kierunków i nigdzie nie słychać protestu, nigdzie nie ma bojkotu – a tutaj pismo katolickie solą w oku i to nawet dla niektórych kapłanów katolickich! Oto ból nad bólami, oto dowód, jak głęboko zsunęliśmy się w przepaść!
Ale i tym nie należy się zrażać. Kierunek dobry i pożyteczny musi zwolna, lecz solidnie i konsekwentnie torować sobie drogę, a to tym bardziej, gdy się się weźmie pod uwagę takie ogromne duchowne zaćmienie u nas. Na to potrzeba lat, ciężkich wysiłków, trzeba samozaparcia i poświęcenia jednego, dwóch, a może i trzech pokoleń. Początek jednak musi być zrobiony i fundament koniecznie położony.


***          
  

Z całą stanowczością zastrzegam się przeciwko wszelkim podejrzeniom i posądzeniom, jakobym ten obecny list napisał jako ofertę pod adresem Polaków. W życiu moim starałem się, podług moich sił, iść prostą drogą. Popularnością w moim życiu nie cieszyłem się, a teraz na starość dbać o popularność również nie myślę. Dbanie o popularność i żądzę popularności uważam za największe niebezpieczeństwo dla Biskupa. Popularność może Biskupa zapędzić w niewolę sroższą niż więzienna. Może go obezwładnić i uczynić niezdolnym do jego działalności jako Biskupa i do szerzenia Królestwa Bożego w duszach ludzkich. Niezmiernie jestem wdzięczny Panu Bogu, że mnie dotąd uchronił od zgubnych sieci popularności tego świata.
Sama zresztą treść tego mojego listu zupełnie nie nadaje się do zdobywania popularności ani ze strony Polaków, ani ze strony Ukraińców, chociaż starałem się obiektywnie powiedzieć prawdę jednym i drugim. Polakom, by się nie uważali wyłącznie za uprzywilejowanych, żeby nie traktowali narodu ukraińskiego ze złośliwą i dokuczliwą a prowokującą pogardą, by nie zamykali mu oddechu niezbędnego do jego egzystencji i by nie stosowali wobec niego „pacyfikacji” z wiadomymi metodami, bo przez gnębienie i prześladowanie nie tylko nie uspokoją narodu ukraińskiego, ale go jeszcze bardziej do siebie zrażą. Si vis amari, ama [Jeśli chcesz być kochanym, (sam) kochaj-P.S.] Chodziło mi o to, by Polacy zrozumieli, że Ukraińcy, chociaż są w mniejszości, mogą polskiemu państwu pomóc albo zaszkodzić, i że interes narodu ukraińskiego to również interes państwa polskiego. Historia splotła oba narody nie po to, by się wzajemnie biły, nienawidziły i wyniszczały, ale by uporządkować podług sprawiedliwości stosunki wzajemne i spełnić wielką misję, która czeka oba narody na Wschodzie.
Dla Ukraińców napisałem ten list, by dać możliwość wyjścia ze ślepej uliczki, w którą zapędziła ich dotychczasowa polityka i cała ich działalność.
Wiem, że liczni wśród Ukraińców narzekają na te nieznośne i zaostrzone stosunki między Polakami i Ukraińcami, a boją się jawnie z tym wystąpić. Dlatego miałem śmiałość zabrać głos w tej sprawie, aby ludziom dobrej woli w narodzie ukraińskim dać możliwość wyjścia z ich dotychczasowej biernej sytuacji, zabrać głos i jawnie powiedzieć: „Dalej tak być nie może!” Z drugiej strony chciałem poprzez ten mój list stępić oręż czynników destruktywnych i nieodpowiedzialnych, których desperacka działalność dotąd nie tylko nie podźwignęła narodu ukraińskiego, ale powoduje niezliczone szkody, a nawet prowadzi ku przepaści.
Słowem, pragnąłem tym listem moim rzucić snop światła na ten pomrok, który zasnuł dusze Polaków i Ukraińców, i dać możliwość rozwiązania tej zaplątanej i nieznośnej sytuacji. Przez to rozwiązanie nie rozumiem jednak owej tak u nas znienawidzonej ugodowości, czy też chwilowego politycznego kompromisu, lecz trwałe uregulowanie stosunków, jak tego domaga się obiektywna sprawiedliwość. Ukraińcy powinni być w pełni lojalnymi obywatelami państwa polskiego, a znowuż państwo polskie powinno w całości spełnić wszystkie ich słuszne i prawowite narodowe i kulturalne postulaty. I dlatego list mój nie zmierza do wytworzenia jedynie chwilowej koniunktury politycznej, lecz raczej daje stałe wskazówki do działalności politycznej na teraz i na zawsze, bez względu na to, czy bylibyśmy w państwie polskim lub jakimś innym, czy też mielibyśmy swoje samodzielne państwo, ponieważ przy pisaniu kierowałem się nie tylko obecnymi uwarunkowaniami, ale głównie i przede wszystkim zasadami wiary, sumienia i etyki.
Przez to również nie chciałem angażować się osobiście i bezpośrednio w politykę. Nie pozwala mi na to ma pozycja jako Biskupa katolickiego. Moim obowiązkiem jest z przysługującego mi prawa i urzędu katolickiego Biskupa stać na straży i czuwać, by i w polityce zachowane były zasady katol[ickiej] wiary i etyki. Zawsze starałem się stać z boku, gdy chodzi o działalność polityczną. Treścią całej mej polityki jest Modlitwa Pańska „Ojcze nasz”. I właśnie treść tej polityki skłoniła mnie do odezwania się tym teraźniejszym moim listem pasterskim bez względu na to, czy spotka mnie uznanie czy dezaprobata. Już buchnęła poprzez kraj nienawiść obopólna i coraz głębiej wżera się w masy. A ta wzajemna nienawiść do dobra nie doprowadzi i kiedy jeszcze bardziej się będzie rozwijać, skończyć się musi katastrofą narodu i Kościoła. Jak błędna polityka doprowadza do katastrofy nie tylko naród, ale i jego Kościół, jaskrawym przykładem naocznym służy Rosja. I dlatego, widząc ową groźną i przerażającą sytuację, nie mogłem milczeć.
Na koniec podkreślam, że napisałem ten list pasterski dla ludzi dobrej woli, z którymi niech będzie łaska Pana naszego Jezusa Chrystusa, miłość Boga i Ojca i wspólność w Duchu świętym. Amen.
Dan w Stanisławowie, 23 lutego n[owego] s[tylu] 1931 – w pierwszym dniu Wielkiego Postu.

+ GRZEGORZ

    Biskup