środa, 13 stycznia 2021

Umarł biskup "z ludzką twarzą": + Florentyn Crihalmeanu (17.IX.1959-12.I.2020)

 CHRYSTOS RAŻDAJETSIA!


Kolejna wieść, której by się nigdy nie chciało otrzymać: komplikacje po COVID-19 przecięły nić żywota arcypasterza eparchii Cluj-Gherla w Siedmiogrodzie, Florentyna Crihalmeanu.

Każdemu, kto ciekaw jest biografii tego hierarchy, polecam wspomnienie opublikowane przez KAI oraz stosowny rekord w bazie Catholic Hierarchy. Nie będę w tym miejscu dublował podanych tam informacji biograficznych. Wspomnę tylko, dlaczego przedwczesny zgon tego właśnie biskupa, którego widziałem tylko kilka razy w życiu, a rozmawiałem z nim tylko raz, krótko i na temat techniczno-organizacyjny, tak bardzo mnie dotknął.

W dniach 4-9 września 2007 r. odbywało się w rumuńskim Sybinie (rum. Sibiu, węg. Nagyszeben, niem. Hermannstadt) III Europejskie Spotkanie Ekumeniczne. Byłem jego uczestnikiem jako członek delegacji Konferencji Episkopatu Polski, reprezentujący w ramach tejże delegacji UKGK w RP. Tam właśnie miałem okazję zetknąć się ze śp. Biskupem Florentynem. Na początku zresztą nie wiedziałem, że tak właśnie się nazywa, ani że to akurat On jest biskupem obejmującej Sybin eparchii Cluj-Gherla. Zwrócił mą uwagę szlachetnością rysów, bijącą z twarzy inteligencją i ujawniającą się w zachowaniu niekłamaną i nieudawaną dobrocią i życzliwością. Pamiętam, jak w sobotę 8.IX.2007 (święto Narodzenia NMP - w Rumunii święta nieruchome zarówno prawosławni, jak i grekokatolicy, obchodzą wg. nowego stylu), po Liturgii greckokatolickiej sprawowanej w hali widowiskowej, gdy już wychodziliśmy stamtąd - jak witał się z wiernymi świeckimi i z duchownymi. Jaką emanował serdecznością i jak ona była odwzajemniana, co potwierdzało raz jeszcze, że nie jest to jakaś jednorazowa poza na użytek obserwatorów zagranicznych. Taki mały obrazek: Biskup radośnie wita się z młodym księdzem, wychodzącym z hali w towarzystwie żony i pchającym dziecinny wózek. Wymienili pozdrowienia i uśmiechy, potem Biskup odszedł kilka kroków... by jeszcze raz zawrócić i z uśmiechem pogładzić niemowlaka po nosku. Opis nie oddaje niestety atmosfery tych wydarzeń. W każdym razie było widać, że to jest arcypasterz kochający swoje "owieczki" i nawzajem przez nie kochany. Daleki jestem od łatwych zachwytów i egzaltacji, skoro zatem tych parę dni w Sybinie, te przelotne obserwacje i kontakty wywarły we mnie wrażenie niezatarte, takie na całe życie - to doprawdy coś znaczy. Podobnie błp. Kurt I. Lewin, Żyd ocalony z Zagłady dzięki m.in. braciom Szeptyckim (bł. Klemensowi i Czcigodnemu Słudze Bożemu Andrzejowi), raz tylko zetknął się z bł. Emilianem Kowczem, spędził noc na plebanii w Przemyślanach, by za dnia pójść w drogę do Uniowa - przegadali może kilka godzin, ale niezatarte wrażenie duchowej wielkości przemyślańskiego proboszcza pozostało synowi rabina do końca życia (o czym sam mi mówił, będąc już u kresu życia). Zresztą słyszałem i od innej, o wiele lepiej ode mnie orientującej się w realiach rumuńskich osoby, potwierdzenie słuszności mych spostrzeżeń na temat biskupa Florentyna. Nie mam zatem żadnych wątpliwości, że to, co pisze p. Bogumił Luft dla KAI  (Dla rumuńskich grekokatolików niespodziane odejście tego „pracowitego, łagodnego i skromnego” biskupa – jak Go określili autorzy wydanego z tej okazji oficjalnego komunikatu diecezji Kluż-Gherla – jest bardzo bolesne. Biskup Florentin był człowiekiem niezwykłym, a jako hierarcha stosunkowo młody – był nadzieją swojego Kościoła.) w zupełności odpowiada prawdzie.

Biskup Florentyn odszedł do Domu Ojca. W to nie wątpię. Ale jak bardzo szkoda, że ten wredny wirus rodem z Chin skosił nam, pozostającym na tym łez padole, kolejnego dobrego człowieka, który nie przestał nim być, obejmując rządy w eparchii. Biskupa nie zbiskupiałego. Na szczęście nie ostatniego...